Listopad nie był najszczęśliwszym czasem w Hogwarcie. Wypadek Benjamina, wznowienie zabójstw wśród mugoli i mugolaków przez Voldemorta i jego popleczników, wszystko to sprawiło, że nadejście grudnia większość uczniów Szkoły Magii i Czarodziejstwa przyjęło z radością. Miesiąc ten zwiastował zbliżające się święta Bożego Narodzenia, czyli dla większości spotkanie z rodzinami. Allie, jak tylko zaczął się grudzień, wpadła w świąteczny szał. Kompletnie zapomniała, a przynajmniej chciała na chwilę zapomnieć o śledztwie, które prowadziła z Dante, Val i Jin-sunem. „Przecież są święta, kto jest tak okrutny by zaatakować w święta?” naiwnie miała nadzieję i postanowiła czerpać radość z ostatnich chwil w Hogwarcie przed wyjazdem do domu.
Val, podobnie jak wielu innych Gryfonów, przedostatni wieczór przed świętami spędza w przytulnym Pokoju Wspólnym. Wraz z Diane zajęły miejsce przy kominku i ogrzewają się w blasku płomieni.
—Ale przyjemnie! — zachwyca się Diane. — Jest tak cieplutko, że mogłabym się położyć i zasnąć, nawet mimo tych wszystkich ludzi.
Jak zawsze wieczorami w Wieży Gryfonów panuje zgiełk, lecz każdy przyzwyczaił się do niego.
— Chociaż… czegoś brakuje — kontynuuje dziewczynka. — Coś, co sprawi, że klimat będzie jeszcze bardziej wyjątkowy. Koniecznie trzeba to zmienić — spogląda na Val porozumiewawczo. — Czy myślisz o tym samym co ja, Val?
— Diane, niestety nie znam zaklęcia na telepatię — uśmiecha się do przyjaciółki — ale wiem jedno. Święta bez choinki to nie święta! Ozdabianie wspólnie drzewka to tradycja, a w Hogwarcie trzeba tradycje pielęgnować, nawet jeśli są mugolskie… No dobra, po prostu chcę pobawić się w robienie ozdób. Ktoś ze mną?
— Ooo! To jest to! W Wielkiej Sali stoi choinka i nie rozumiem, czemu by nie miało jej być też tutaj, u nas. — Diane podrywa się z miejsca i kieruje się do grupki innych Gryfonów. — Ej ludzie, jest plan!
Dziewczyna zaczyna wtajemniczać wszystkich z pomysł Val i większość osób reaguje z entuzjazmem. Prefekci odnajdują pozostałości ozdób świątecznych, których nie użyto w tym roku oraz trochę papieru. Robienie ozdób poprzedza drobna kłótnia, jakie zaklęcie będzie do tego najlepsze. Po przecięciu połowy stołu przez Dyffindo rzucone przez Diane, pierwszoroczny Dennis Yen przynosi zwyczajne nożyczki i inni, którzy także posiadali ten przedmiot, idą za jego przykładem.
—Nie chciałbym psuć tego powszechnego entuzjazmu… — odzywa się Andrew, który nie angażował się we wspólną zabawę, tylko siedział z boku. — Ale czy do udekorowania choinki nie potrzebujecie hmm, niech pomyślę, choinki?
W Pokoju Wspólnym zapada niezręczna cisza, gdy wszyscy uświadamiają sobie, że chłopak ma rację.
— Czy ktoś po prostu nie może jej wyczarować? — pyta Olivia Neetle.
— Tego niestety nie uczą w Hogwarcie — odpowiada Harriett Graham. — Chyba jedyne co moglibyśmy zrobić, to pójść do Zakazanego Lasu i ściąć drzewko, ale to chyba trochę trudne do wykonania, co nie?
Te słowa sprawiają, że sprawą zainteresowali się Huncwoci. Syriusz Black w imieniu ich wszystkich pyta:
— Czy ktoś powiedział „trudne” i „Zakazany Las” w jednym zdaniu? Wchodzimy w to!
Tymczasem u Krukonów Lee Jin-sun nudzi się w swoim dormitorium. W pokoju jest tylko Lucas, który pochłonięty jest czytaniem książki. Lorcan udał się na próbę do bożonarodzeniowego koncertu Żabiego Chóru, który miał się odbyć kolejnego dnia, Gilderoy zniknął, aby „załatwić pewne sprawy”, w które nikt nie chciał wnikać, a Sean poszedł się spotkać ze znajomym z Hufflepuffu. Lee zastanawia się, czy też nie on powinien wyjść ze swojego dormitorium i czegoś nie porobić. Nauczyciele byli wyrozumiali w czasie świąt, więc póki nie było ciszy nocnej, uczniowie mogli poruszać się po pewnej części zamku; szczególnie Wielka Sala była przygotowana na spotkania uczniów z różnych domów. Jednak jeśli to ma dojść do skutku, Jin musi zdecydować, z kim chce spędzić czas.
Jin odkłada własną lekturę, gdyż dzisiaj wyjątkowo nie ma głowy do czytania. Postanawia porobić coś zupełnie innego, z którymś z kolegów, lecz Lorcan jest na próbie, a reszta osób też gdzieś się podziała. Zrezygnowany rzuca się na łóżko, gdy nagle wpada mu do głowy świetny pomysł: „Dante! To jest to! Z nim na pewno porobię coś ciekawego” śmieje się do siebie i pośpiesznie wstaje z łóżka... Już ma wychodzić, gdy uświadamia sobie, że nie wie, co by mieli robić i jak miałby go gdzieś wyciągnąć... wraca z powrotem na miejsce.
„Hmm, nie mogę tak po prostu iść i co powiem? Trzeba mieć jakiś plan…”, myśli przez chwilę, po czym wzrok jego ląduje na Lucasie, na okładce książki zauważa pionka do szachów.
„Szachy! To nie byłby taki głupi pomysł na zabicie czasu z przyjacielem… To jest myśl... Dobra, chodźmy. Resztę co powiem wymyślę po drodze”, wstaje i udaje się do Slytherinu.
Jin-sun idzie w kierunku lochów, a po drodze, na parterze, spotyka podejrzanie zachowującą się grupę Gryfonów. Zostawia to jednak i zmierza do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Gdy jest coraz bliżej celu uświadamia sobie, że musi poprosić kogoś ze Slytherinu, by zawołał Dante. Oczywiście istniała jeszcze szansa, że chłopaka nie ma w środku, lecz ma nadzieję, że tak nie będzie. Z pokoju wyszło parę starszych Ślizgonów, lecz nie wyglądali oni na zbytnio chętnych do pomocy, więc ich nawet nie pyta. Na szczęście zauważa Dalię, z którą miał już kiedyś okazję rozmawiać.
— Masz dla mnie jakiś nowy wiersz? — żartobliwie pyta dziewczyna i udaje rozczarowanie, gdy chłopak zaprzecza i prosi ją, by zawołała Dante.
Dante spędza wieczór z panną Kociłapką, gdy nagle podchodzi do niego drugoroczna dziewczyna, która jest przyjaciółką Aurelii.
— Ten wysoki Krukon czeka na ciebie przed Pokojem Wspólnym — mówi, a później idzie do dormitorium dziewcząt.
Dante ściąga sobie kota z kolan i rusza sprawdzić, po co Jin-sun przyszedł do niego o tej porze. Zastanawia się, czy ma to coś wspólnego z zagadką, którą starają się rozwikłać. Okazuje się, że jest to coś bardziej przyziemnego: chłopak pyta się Dante, czy ten miałby ochotę zagrać z nim w szachy.
Dante powstrzymuje się od uniesienia w górę jednej brwi. Nie spodziewał się szczerze tak nagłej propozycji Jin-suna i to jeszcze o dość późnej, wieczornej porze. Gra w szachy nie brzmiała jednak źle - Dante może i nie był najlepszym graczem, ale liczyła się przecież dobra zabawa i możliwość poznania bliżej tajemniczego, wysokiego Azjaty, którego brunet do końca jeszcze nie rozgryzł. Wzrusza więc ramionami i mówi:
— Czemu nie? Może być nawet przyjemnie. To co, idziemy do Wielkiej Sali?
Chłopcy kierują się do Wielkiej Sali, a tymczasem Gryfoni stoją przed pewnym dylematem. Tylko część z nich zareagowało entuzjastycznie na opuszczanie zamku o tak późnej porze. Mimo to, dość spora grupka uczniów zebrała się przy drzwiach wejściowych.
— Pogrzało was? Nie możecie sobie ot tak pójść do Zakazanego Lasu! — prefekt Gryffindoru, Leanne, próbuje wybić Huncwotom ten pomysł. — Remusie, proszę, przecież wiesz, że to jest strasznie nieodpowiedzialne.
Chłopak waha się z odpowiedzią, lecz w końcu stwierdza:
— Nie możemy zawieść naszych pierwszorocznych. To w końcu ich pierwsze święta tutaj. Skoro takie jest ich marzenie, to musimy je spełnić.
Odpowiadają mu wiwaty i wesołe okrzyki reszty Gryfonów.
— Ale! — Remus próbuje przekrzyczeć tłum i w końcu wszyscy cichną. — Nie możemy zrobić tego od tak, pójść do lasu i ściąć drzewko. Po pierwsze, Zakazany Las jest niebezpieczny, po drugie, jak nauczyciele się dowiedzą to będzie po nas. Jedyną opcją, by to dobrze rozegrać, jest poprosić Hagrida, by poszedł z nami.
— Lunio, oszalałeś? — oburza się Syriusz Black. — Hagrid jest spoko i wiele rzeczy z nim przejdzie, ale nawet on nie pozwoli takiej grupce pójść do lasu. W najlepszym wypadku odeśle nas z powrotem do zamku i nic nie piśnie profesor McGonagall.
— Wciąż lepsze to niż szlaban i strata wszystkich punktów w klasyfikacji domów.
— Nie jeśli nikt nas nie zobaczy — z błyskiem w oku mówi James Potter i wyciąga z kieszeni czarny, połyskujący kawałek tkaniny. — Co prawda, pod peleryną pomieści się tylko co najwyżej trzy osoby, no może cztery, jeśli będzie to ktoś mały. Jest ciemno, więc jak będą wystawać nam kostki, nie będzie tego aż tak widać.
— Dobra, musimy zdecydować zanim któryś z nauczycieli przyjdzie, tak grupka ubranych w kurtki na pewno wzbudza podejrzenia — mówi Harriett. — zróbmy głosowanie. Kto jest za pomysłem Remusa niech podniesie rękę.
„To niebezpieczne i głupie”, myśli Val, „aby mieszać się w takie niebezpieczeństwo samemu. Z drugiej strony żaden dorosły nie pozwoli im iść po choinkę w środku nocy do zakazanego lasu....No jak to brzmi? Nawet na Hagrida to za wiele. Jeśli chcemy zdobyć choinkę, to musimy zrobić to sami.”
Parę osób podnosi rękę, lecz większość się wstrzymuje.
— Chyba mamy odpowiedź, ale dla formalności: kto jest za drugim pomysłem?
Tym razem zgłasza się więcej Gryfonów. Zrezygnowany Remus wzdycha.
— A jednak to robimy… Wciąż, jest to zbyt dużo osób do ukrycia pod jedną peleryną.
— Zapominasz, że nie tylko to czyni cię niewidzialnym. Zaklęcie Kameleona coś ci mówi? — Harriett wyciąga różdżkę i robi nią okrężny ruch wokół swojej sylwetki. Sprawia to, że jej ciało robi się przejrzyste: nie jest całkowicie niewidzialne jednak wtapia się w otoczenie. — Auć, nie lubię tego uczucia. Zaklęcie nie jest idealne, ale w ciemności starczy.
— Wow, Harriett, jesteś genialna! — chwali dziewczynę Aryan Singh. Mimo częściowej niewidzialności, nie da się zauważyć irytacji, która wkrada się na twarz Graham.
— Proszę, czy nie ustaliliśmy ostatnio, że masz się do mnie nie odzywać? Byłabym wdzięczna. — Podchodzi do chłopaka i rzuca na niego Zaklęcie Kameleona. — O! Nie muszę patrzeć na twoją twarz, ten cały plan coraz bardziej mi się podoba.
Kto jeszcze idzie?
Parę osób, w tym Leanne, odchodzą, gdyż nie chcą mieć ze sprawą nic wspólnego. Oprócz Huncwotów i Aryana zostaje dziesięć osób, w tym Diane i Val. Harriett rzuca na nich zaklęcie.
— To co? Idziemy! — James zarzuca pelerynę na siebie i kolegów i kieruje różdżkę na drzwi: — ‚Alohomora’!
Natomiast Dante i Jin-sun docierają do Wielkiej Sali. Dość sporo osób zebrało się tam, by spędzić razem czas. Chłopcy zauważają Allie, która jest pochłonięta rozmową z jakimś puchońskim kolegą. Dziewczyna ich jednak nie zauważa, chłopcy nie widzą jednak potrzeby, by przerywać jej pasjonującą rozmowę. Jin-sun układa zestaw szachów na wolnym miejscu przy stole. Gdy są gotowi, zaczynają rozgrywkę.
Jin-sun wykonuje pierwszy ruch, a właściwie to pionek Krukona wykonuje ruch na jego rozkaz. Dante próbuje nie okazać, że jest to rzecz nowa dla niego, lecz nie udaje mu się powstrzymać lekkiego wzdrygnięcia, gdy jego wieża przemawia.
W końcu jednak przyzwyczaja się do tego i gra idzie chłopakom nieźle, szczególnie dzięki sugestiom wykrzykiwanym przez pionki. Dante jednak nie może do końca im wierzyć, gdyż figury należą w końcu do Jin-suna i mogą mu źle podpowiadać. Ślizgon dociera do momentu, w którym poważnie musi się zastanowić co zrobić, by wybrnąć z ciężkiej sytuacji, gdyż Jin go zaszachował. Zanim w końcu decyduje się zrobić ruch, wyręcza go w tym inna osoba.
— Łapy precz, dziewucho! — krzyczy skoczek po tym, jak Allison go przesuwa.
— Jeny, czyj to komplet? Strasznie niekulturalny. — mówi Puchonka. — Hejka chłopcy, co tam u was?
Lee i Dante coś tam odpowiadają pod nosem, a tymczasem kolega Allie, z którym dziewczyna podeszła do nich przechodzi na stronę Jin-suna i uważnie patrzy się na planszę do gry.
— Allie dziwisz się, że się na ciebie wkurza jak go siłą zaciągasz na inne pole. To trzeba umieć zrobić. Kolego, mógłbyś ruszyć na pole D4? — Puchon delikatnie nachyla się ku gońcowi, a ten spogląda na Jin-suna z niemym pytaniem, trochę zaskoczony w jaki sposób się do niego zwrócono. Nie widząc sprzeciwu na jego twarzy, wykonuje polecenie chłopca.
— Jeszcze czego. Zaraz ci pokaże, Stace, i się nie pozbierasz! — Allison próbuje naśladować kolegę i grzecznie zwraca się do pionków Dante, ale one ani drgną.
— Chyba mnie nie lubią — stwierdza w końcu zrezygnowana. — Nie ważne, i tak o wiele bardziej lubię gargulki. Tak w ogóle, to wy się chyba nie znacie. Dante, Jin-sunie, to jest Stace, Stace, to są Dante i Jin-sun.
Brązowowłosy Puchon o niebieskich oczach podaje po kolei rękę chłopakom.
— Tak właśnie z moim koleżką planowaliśmy wpaść do kuchni. Podobno na święta jedzenie jest wyjątkowo dobre, a my wyjeżdżamy na święta do rodzin, więc nie będziemy mogli go spróbować. — Allison przerywa wypowiedź i robi zrozpaczoną minę, by podkreślić jak bardzo ubolewa z tego powodu. — Co prawda nie wiemy, jak dokładnie się tam dostać, ale wymyślimy coś w trakcie. Idziecie z nami?
W momencie gdy Jin słyszy o jedzeniu, gra w szachy nie jest już taka ważna. Wyobraża sobie stosy jedzenia, które mógłby spróbować i łapie się za brzuch.
— Jasne! Nie wiem jak ty, Dante, ale ja z chęcią bym poszedł. Na samą myśl o jedzeniu zrobiłem się głodny. Chodźmy — chłopak wstaje i zbiera się do pójścia z Allie i nowo poznanym kolegą.
— Hę? A nas tu masz zamiar zostawić? — oburzają się figury szachowe Jin-suna.
Chłopak pospiesznie zbiera komplet i dopiero może ruszyć z pozostałymi. Po wyjściu z pomieszczenia kierują się do schodów prowadzącym niżej.
— Ustaliliśmy, że kuchnia musi być gdzieś na poziomie naszego Pokoju Wspólnego — odzywa się Stace. — Prawdopodobnie jest jakieś ukryte przejście do niej.
— Dokładnie. Próbowałam wypytać o to Liama, ale nie chciał nic zdradzić. Powiedział, że „muszę się wykazać, by dostąpić tego zaszczytu” — dodaje Allie, przewracając oczami. — No cóż, przynajmniej będzie ciekawiej.
Czwórka uczniów dociera na korytarz, w którym mają zacząć poszukiwania. Jest on podobny do pozostałych korytarzy Hogwartu: jego ściany pokryte są różnymi obrazami, a oświetlony jest pochodniami.
— Od czego tu teraz zacząć? Chyba trzeba znaleźć jakieś miejsce lub przedmiot, który wydaje się nie na miejscu i to będzie to ukryte przejście. — stwierdza Stace i rzuca Lumos, by móc lepiej przyjrzeć się ścianom. Allie przyjmuje jednak inną taktykę
— ‚Revelio!’ ,Revelio!’ ,Revelio!’ — dziewczynka bez większego zastanowienia celuje zaklęciem ujawniającym w ścianę i konsekwentnie się przesuwa dalej, gdy nic nie wykrywa.
— Tak też można — wzrusza ramionami Puchon i zaczyna ją naśladować.
Dante i Jin-sun wahają się, czy jest to najodpowiedniejszy sposób. Rozglądają się po korytarzu szukając czegoś nadzwyczajnego. Ślizgonowi rzuca się w oczy parę rzeczy: zbroja w jednej z wnęk korytarza, która gwałtownie się porusza, jakby ktoś w niej był, a także obraz nadzwyczajnej wielkości, który zamiast postaci czarodziejów, jak to zazwyczaj było w Hogwarcie, przedstawia wielką srebrną miskę owoców. W innym miejscu na ścianie natomiast widoczne jest spore pęknięcie.
Dante odrywa wzrok z pęknięcia na ścianie i patrzy się w stronę Allie.
"Tak dobrze jej idzie, że chyba żaden kamień tego zamku nie uchroni się przed zaklęciem Revelio", myśli, przewracając oczyma. Nie widzi specjalnego sensu w dalszym przeszukiwaniu ścian - w końcu już inni się tym (może nie najlepiej, ale zawsze) zajęli.
Zamiast tego kieruje swój wzrok w stronę ruszającej się zbroi, unosząc przy tym jedną brew i mrużąc oczy. Wie, że to dziwne patrzeć się na coś takiego z, można rzec, nieufnością, ale mimo dość długiego czasu spędzonego w Hogwarcie, chłopak nadal mógł sporządzić całkiem szczegółową i długą listę rzeczy, do których ciężko mu było się przyzwyczaić. A już samodzielnie poruszające się przedmioty były na czołowych pozycjach tejże listy.
Mimo uprzedzeń, brunet decyduje się jednak podejść do zbroi. Stara się przy tym zignorować cichy, racjonalny głos, który pyta się go: "Hej, jak w ogóle udało ci się w to wszystko wplątać?".
Gdy Dante podchodzi bliżej, orientuje się, że chyba faktycznie ktoś lub coś musi być w tej zbroi, bo słyszy stłumiony głos. Brzmi on nadzwyczaj ludzko, poza tym zbroja wygląda, jakby chciała się poruszyć, lecz nie mogła.
— Co tam znalazłeś, Dante? — ciekawi się Stace i przerywa dotychczasowe rzucanie zaklęć. — Zbroja? Może to jakiś strażnik pilnujący wejścia do kuchni… Albo w środku jest jakaś dźwignia. — Chłopak powoli odsłania przyłbicę i wydaje z siebie okrzyk zaskoczenia, upuszczając przy tym różdżkę.
W środku znajduje się Gilderoy Lockhart. Między usta ma włożony knebel zrobiony z jego własnego krawata.
— O kurczę, a co ty tu robisz? — Allie zdziwiona podchodzi bliżej i przygląda się mu. — Też szukałeś kuchni?
— Allie… Myślę, że to nie jest najważniejsze teraz. Lepiej szybko go uwolnijmy! — przytomnieje jej puchoński kolega. Ściąga mu hełm, choć sprawia to mu niemały kłopot. Później rozwiązuje krawat.
— Co się stało? — pyta Gilderoya.
— Ćwiczyłem swoje opanowanie i silną wolę poprzez tkwienie w tej zbroi przez dwie godziny — odpowiada Lockhart, próbując zachować odrobinę godności.
— Czy to może Irytek cię tu zamknął? To wygląda na jego sprawkę.
— Tak, to on — mówi z zaciśniętymi zębami Gilderoy. — Wypuśćcie mnie w końcu, nie mogę się ruszyć!
Czarodzieje podchodzą i wspólnymi siłami uwalniają chłopaka. Lockhart z ulgą otrzepuje się z pajęczyny, która była w środku.
— Czy ja dobrze słyszałem, że rozmawialiście o kuchni? — pyta pozostałych. — Tak się składa, że wiem gdzie to jest, ale w zamian macie pomóc mi w moim planie zemsty. Znaczy, wiecie, poradziłbym sobie sam, ale myślę, że w ramach podziękowań pozwolę wam wziąć w tym udział. Wchodzicie w to?
Allie, Dante, Jin-sun i Stace patrzą po sobie. Propozycja jest dosyć nietypowa i niekoniecznie wydaje się dobrym pomysłem, lecz w końcu decydują, a tak właściwie to Allie decyduje.
— Niech będzie. Zawsze chciałam zrobić jakiegoś psikusa Irytkowi. Prowadź, panie Lockhart!
Tymczasem Gryfoni brną dzielnie przez śnieg pokrywający drogę do Zakazanego Lasu. Na dworze jest bardzo zimno i mimo, że każdy jak najcieplej próbuje się przykryć swoim szalem, chłód jest ciężki do zniesienia.
— D-dlaczego my to robimy? — Diane ma chwilę zwątpienia, gdy wpada w olbrzymią zaspę. — Przy kominku b-b-było tak cieplutko!
— Nie możemy się poddać! — mówi Syriusz. — Jesteśmy tak blisko, nic nie jest w stanie powstrzymać Gryfonów.
— N-nawet odmrożenia trzeciego stopnia? — pyta chłopak z szóstego roku. — Bo coś czuję, że tak to się może skończyć. Gdyby to tak odpalić teraz Incendio… Musimy to zrobić!
— Nie! Boldwin, nie możemy. To nas zdemaskuje. Musimy być silni! Patrzcie, jesteśmy!
Rzeczywiście, grupka dociera do wejścia do Zakazanego Lasu.
— Pamiętajcie, trzymajmy się razem. Z jakiegoś jednak powodu uczniom nie wolno tu przebywać. Jeśli usłyszymy jakikolwiek niepokojący dźwięk to się zmywamy. Jasne? — pyta się Remus.
Wszyscy się zgadzają i grupowo szukają odpowiedniego drzewka. W końcu się to udaje: znajdują średniej wysokości jodłę (przynajmniej mają nadzieję, że drzewko nią jest).
— Okej, odsuńcie się, będę ją ścinał — ostrzega James i za pomocą Dyffindo ścina drzewko, które z łoskotem upada na ziemię. Towarzyszy temu wesołość Gryfonów, dopóki nie słyszą niepokojącego hałasu rozlegającego się z oddali.
— Chyba czas wiać — stwierdza Harriett. Huncwoci za pomocą zaklęcia lewitują choinkę i biegną w stronę wyjścia jak pozostali.
Z wielką ulgą udaje im się w końcu wydostać z lasu.
— Dobra, mamy choinkę. — stwierdza Aryan. — Teraz ważne pytanie: Jak ją przetransportujemy do Hogwartu nie wzbudzając żadnych podejrzeń?
— Faktycznie, to może być kłopot… — odpowiada James. — Jakieś pomysły?
Przeniesienie tak dużego obiektu, aby nikt tego nie zauważył było nie małą zagwostką.
— A gdyby tak zmniejszyć drzewko? Małe drzewko mały problem, co nie? — proponuje Valkiria.
— Świetny pomysł! Już się za to zabieram —odpowiada Syriusz i wyciąga różdżkę. — To było ‘Reducio’ czy ‘Reducto’?
— ‚Reducio’, Łapa, ‘Reducio’. Nie chcemy, by nasza piękna choinka zmieniła się w proch — tłumaczy koledze James.
Black rzuca zaklęcie i drzewko zmniejsza się drastycznie, tak, że mieści się w dłoni.
— No i świetnie. Najlepiej jak schowamy ją pod peleryną, przezorności nigdy za wiele. A teraz czas wracać do zamku.
Zmarzniętym Gryfonom nie trzeba dwa razy powtarzać - wszyscy nie mogą się doczekać, aż w końcu zasiądą przed ciepłym kominkiem.
— Widziałem, jak Irytek przeniknął przez ten olbrzymi obraz — Gilderoy tłumaczy Jin-sunowi, Allie i Stace’owi. — Mówił coś o tym, że “nie może dopuścić, by skrzaty nudziły się w czasie świąt”. To musi znaczyć, że kuchnia znajduje się po drugiej stronie.
Czarodzieje podchodzą do wskazanego obrazu.
— Mam nadzieję, że Irytek nie narobił kłopotu skrzatom — mówi zmartwiona Allie. — Musimy się tam jak najszybciej dostać! ‘Revelio’!
Dziewczynka rzuca czar na obraz, ale niczym to nie skutkuje. Gilderoy uśmiecha się pod nosem. Allie zerka na niego ponuro.
— Jak masz jakiś lepszy pomysł to proszę, dawaj.
— Warto pamiętać, że to jest Hogwart, więc na pewno nie może być zbyt łatwo. Na pewno jest to coś, o czym nikt by nie pomyślał. Tak jak jest z Pokojami Wspólnymi, może trzeba powiedzieć jakieś hasło lub czegoś dotknąć? — sugeruje Lockhart. — Musimy wytężyć umysły. Zostawcie to mi i Jin-sunowi, dla was Puchonów to niewątpliwie może być zbyt trudne…
—Najpierw zrobiłbym mały rekonesans, czasem może być tak, że gdzieś jest jakieś wgłębienie albo może jakiś przycisk czy coś w tym rodzaju, który umożliwi dostanie się do środka. Kto wie, może to nie jest wcale hasło. — Jin mówiąc to, zbliża się do obrazu, przygląda mu się i zaczyna dokładnie sprawdzać owoce namalowane na tym obrazie.
Jin-sun zauważa, że gruszka na obrazie jest dziwnie odbarwiona. Gdy chłopak przejeżdża po niej palcem, wydaje ona dziwny dźwięk, jakby… chichot.
—To musi być to! — mówi Allie. — Spróbuj jeszcze.
Krukon powtarza czynność, co sprawia że gruszka chichocze, skręca się i formuje się z niej zielona klamka.
—Tak, właśnie o to chodziło — stwierdza ponuro Gilderoy z delikatną zazdrością, że to nie on rozwiązał tę zagadkę.
Allie naciska na klamkę i otwiera drzwi. Uczniom ukazuje się olbrzymie pomieszczenie.
Znajduje się w nim pięć stołów, identycznie położonych do tych, które znajdowały się w Wielkiej Sali a w jednym końcu pomieszczenia stoi olbrzymie, ceglane palenisko.
Jednak to, co najbardziej rzuca się czarodziejom w oczy to garnki, patelnie i rondle latające na około. Szybko orientują się, że nie jest to normalny stan rzeczy, gdy zauważają poltergeista Irytka. Duch wybrał sobie parę skrzatów, którym nałożył garnki na głowie i wybijał łyżką jakiś rytm. Pozostałe stworzonka, mimo przewagi liczebnej, nie potrafią go powstrzymać.
— Irytku, przestań! To musi je boleć — krzyczy błagalnie Allie, lecz ten widząc, że ma nowych obserwatorów zaczyna grać jeszcze intensywniej.
— Nie mogę przestać, ćwiczę do jutrzejszego koncertu! — rechocze poltergeist. — Zgadnijcie, co to za utwór!
Wybija rytm, który okazuje się być świąteczną piosenką.
— Nie będziemy grać z tobą w głupie gierki! — złości się Stace. — Nie potrzebujesz skrzatów do tego, zostaw je w spokoju.
— Ooo, małe Puchątko się rozzłościło? Ale one wydają takie śmieszne dźwięki! Może Puchątko też chce dołączyć? — To mówiąc zakłada mu rondel na głowę i uderza w niego, na co chłopiec wydaje z siebie przeciągły jęk.
— Chłopcy, zróbcie coś! Nie wiem, co może przemówić mu do rozumu — prosi Allie pozostałych.
„Oczywiście wyprawa do kuchni nie mogła być zwykłym spacerkiem, a musiała skończyć się konfrontacją z duchem, który uważa za świetną zabawę granie na skrzatach jak na perkusji”, myśli Dante i uświadamia sobie, że nie powinien się nawet ani trochę dziwić.
Widząc jak duch zignorował prośby Allie, a Stace'a włączył do grona swoich "instrumentów" chłopak wnioskuje, że wszelkie kolejne próby rozmowy z Irytkiem raczej nie pomogą, a mogą jedynie pogorszyć sytuację jeszcze bardziej. Ale co innego można zrobić? Czy w ogóle da się jakoś walczyć z duchem? Czy zaklęcia mają na niego jakikolwiek efekt?
Chłopak prędko stwierdza, że nie ma czasu, by się nad tym zastanawiać. Z każdą minioną chwilą chaos się tylko pogarsza i kto wie, kto następny padnie ofiarą tego niebezpiecznego psotnika. Zamiast więc koncentrować się na nim, brunet stara się znaleźć coś bardziej solidnego i rzeczywistego, by w to właśnie uderzyć zaklęciem. Jego oczy wyłapują srebrny błysk - łyżka! Oczywiście, nie jest to żadna wielka broń, ale...
— Expelliarmus! — wykrzykuje chłopak, starając się przybrać dzielną pozę i celując swoją różdżką w trzymaną przez ducha łyżkę. Ze zmarszczonymi brwiami i oczami skierowanymi prosto na ducha ma nadzieję, że wygląda jakby wiedział co robi.
Łyżka wymyka się z rąk ducha, gdyż nie spodziewał się on ataku. Odwraca on szybko wzrok w stronę Dantego. Zaczyna celować w niego naczyniami a chłopiec musi robić co w jego mocy, by nie dostać żadnym z nich.
— O ty, mały! Jesteś wyjątkowo niegrzecznym chłopcem. Używać magii poza lekcjami? Mikołaj chyba nie odwiedzi cię w tym roku, hahaha! — Irytek śmieje się z własnego żartu.
Allie bierze gwałtowny oddech.
—Nie powiedziałeś tego — lodowatym tonem odpowiada dziewczynka. — Mikołaj na pewno odwiedzi Dantego! Dante nie krzywdzi skrzatów tak jak ty!
—A ty ciągle o tych skrzatach, skrzaty, bla bla bla, skrzaty. Nuuda! Wszyscy jesteście nudni!
Z tymi słowami opuszcza kuchnię, prawdopodobnie, by siać spustoszenie gdzie indziej.
Uczniowie wzdychają z ulgą.
— W końcu sobie poszli. Wszystko w porządku, Stace? — pyta Allie kolegę.
—Tak, już mnie nawet przestało boleć — odpowiada Puchon. — Lepiej sprawdźmy jak skrzaty.
Skrzaty także nie wyglądają na mocno skrzywdzone. Od razu zaczynają brać się za sprzątanie kuchni.
— To nic takiego, panienko. Psotka i inne skrzaty są przyzwyczajone. Poltergeist zawsze odchodzi jak już się znudzi — tłumaczy skrzatka Allison. — Może panienka i panicze coś zjedzą, Psotka coś przygotuje.
— Nie wiem czy powinniśmy — wtrąca się Stace. — Co prawda właśnie po to tu przyszliśmy, ale już i tak macie dużo pracy…
— Ależ skąd, sir. Psotka zaraz przyniesie potrawy, paniczowie tacy mili i panienka też, zasługują na to.
Czarodzieje nie chcą się kłócić ze skrzatką, więc po prostu czekają, aż przyniesie ona im smakołyki.
Wkrótce na stole pojawiają się przeróżne ciasta, pudding, pieczony indyk, ziemniaczki, groszek, a do tego różnego rodzaju sosy.
—Wooow, normalnie mała uczta! Dziękujemy bardzo — mówi Allie z pełną buzią, gdyż jak tylko jedzenie pojawiło się na stole, zaczęła jeść.
Reszta także próbuje dań przygotowanych przez skrzaty i okazują się tak wspaniałe, jak tego oczekiwali. Gdy już wszyscy są najedzeni, grzecznie dziękują za posiłek i wracają do swoich dormitoriów.
Kolejnego dnia Val i reszta Gryfonów budzi się w doskonałym humorze. Poprzedniego wieczoru udało im się niepostrzeżenie wrócić do zamku i umieścić choinkę w Pokoju Wspólnym. Uczniowie wracali stopniowo i dodatkowo dokładnie wyczyścili swoje buty z błota i śniegu. Nim dotarli do Wieży Gryffindoru, większość straciła zapał do ubierania choinki, zatem przełożyli tę czynność na kolejny dzień.
Przy wspólnym wycinaniu ozdób Diane i Val prowadzą pogawędkę.
—Jesteś pewna, że chcesz zostać w Hogwarcie na święta, Val? — dziwi się czarnowłosa. — Co prawda atmosfera tu jest cudowna, ale nie chciałabyś się zobaczyć ze swoim wujkiem? Trochę czasu minęło od ostatniego razu jak się widzieliście, a listy to wiadomo co innego.
— Długo nad tym myślałam, Diane, ale myślę że wujek bardziej ucieszy się z myśli, że dobrze sobie radzę i w końcu dorośleje. Zawsze powtarzał mi, że powinnam oduczyć się chodzenia za nim krok w krok, bo kiedyś go zabraknie. Gdy to mówił, jeszcze mocniej łapałam się nogawki jego spodni krzycząc, że nie dam mu odejść. Chyba byłam za mała, żeby zrozumieć do końca, co miał wtedy na myśli. Kiedy wrócę chcę mu pokazać czego się nauczyłam, chcę żeby był ze mnie dumny, dlatego muszę jeszcze poczekać. Choć naprawdę, naprawdę chciałabym go choć na chwilę zobaczyć.
—Ojej, to takie urocze! Choć jestem pewna, że i tak jest dumny — odpowiada Diane. — Szczerze, to chyba też wolałabym zostać w Hogwarcie… Boję się, że będzie strasznie niezręcznie przez pewną osobę — Jej wzrok wędruje w stronę Andrew siedzącego w fotelu po drugiej stronie pokoju. — ale rodzice by mnie zamordowali, gdybym nie wróciła na święta. Wiesz, są trochę przewrażliwieni. To musi być zboczenie zawodowe— z tego co Val pamięta, rodzice Dee byli Aurorami. — Ale przejdźmy do weselszych tematów: idziemy dziś na błonia, no nie?
Val patrzy się na przyjaciółkę ze zdziwieniem.
—Nie słyszałaś? — mówi zaskoczona Diane. — O dwunastej jest Wielka Międzydomowa Bitwa na Śnieżki! Każdy może brać w tym udział, to jest taka świąteczna tradycja! Niezła zabawa się zapowiada. Idziemy tam, nie ma innej opcji.
Val nie ma innej opcji, jak tylko się zgodzić.
W okolicach godziny dwunastej duże grupy uczniów zbierają się na hogwarckich błoniach. Każdy uczeń założył szalik swojego domu, aby łatwo było rozpoznać, kto jest po której stronie. Stawka była wysoka: 50 punktów w klasyfikacji Pucharu Domów sprawiło, że nawet Ślizgoni, niezbyt chętni do integracji z innymi domami, wyszli z lochów i w bojowych nastrojach przyszli zawalczyć o wygraną.
Profesor Flitwick, który ma być sędzią i nadzorować przebieg „walki”, przemawia.
—Drodzy uczniowie! — zaczyna nauczyciel zaklęć. — Witam was na corocznej Wielkiej Międzydomowej Bitwie na Śnieżki! — robi przerwę, by pozwolić wybrzmieć oklaskom, które rozlegają się wśród uczniów. — Z tej racji chciałbym wytłumaczyć nowym uczniom oraz przypomnieć starszym zasady gry. Za chwilę zaklęciem sprawię, że na waszych klatkach piersiowych pojawią się tarcze. Będą one reagować ze śniegiem, więc gdy ktoś zostanie trafiony śnieżką bądź upadnie na brzuch, będzie wyeliminowany z rozgrywki. Każdy dom ma prawo do zbudowania własnego muru obronnego, za którym będzie się chował, a ktoś z innego domu nie będzie mógł się tam dostać. Niedozwolone jest jednak ciągłe chowanie się, zawsze połowa musi znaleźć się na polu gry, a gdy jest mniej niż dwadzieścia osób to wszyscy mają być widoczni. Możliwe jest zakładanie sojuszy między domami, lecz należy pamiętać, że na końcu może wygrać tylko jeden dom. Są jakieś pytania? — Nikt nie zadaje pytań, więc nauczyciel rzuca zaklęcia na wszystkich. — A, mało bym zapomniał: nie używamy magii! I staramy się nie celować w twarz. Rozumiem, że nie każdy ma doskonały cel, lecz jestem przekonany, że trafienie kogoś tak trzy razy pod rząd nie jest przypadkiem. — Surowo patrzy na kilku starszych Ślizgonów, którzy śmieją się, prawdopodobnie wspominając tę sytuację. — Macie piętnaście minut na przygotowanie murów, a wtedy zaczynamy. Powodzenia, czas start!
Wszyscy prędko zaczęli budowę.
U Krukonów kierownictwo przejmuje Phoebe Caldwell, Prefekt Naczelna.
—Szybko, szybko, lepimy mur! — pogania wszystkich. — Musimy wymyślić plan. Nie ma miejsca na jakąkolwiek pomyłkę. Od tego zależy wszystko! Po naszej zeszłorocznej porażce nie możemy pozwolić, by to Ślizgoni znów wygrali. Poczekamy, aż osłabną. Pewnie popędzą na Gryfonów, więc my pozwolimy im na to. Niech się wzajemnie powybijają. My natomiast natrzemy na Puchonów, jednak oszczędnie, młodsi uczniowie pójdą najpierw. Wszyscy się zgadzają?
— Nie lepiej założyć sojusz z Puchonami i razem napaść na Ślizgonów? — pyta jeden z chłopców — Jeśli Gryfoni również Ślizgonów chcą wyeliminować najpierw, to jak złączymy siły, na pewno ich pokonamy.
—Nie ufam Gryfonom. Są chaotyczni, gdy tylko tam się zbliżymy, zaczną atakować jak popadnie, więc jednak wolę by załatwić to na boku z Hufflepuffem najpierw. Roczniki od pierwszego do czwartego przygotować się. Słyszeliście plan. Na polu bitwy dowództwo przejmie… — zaczyna rozglądać się wśród wszystkich i wskazuje na Maddison Delaney, czwartoroczną. Dziewczyna jest zaskoczona, nie bardziej jak reszta uczniów, gdyż pamiętali, że dziewczyna straciła ostatnio rodziców — Maddie. Wierzę w ciebie, rok temu naprawdę świetnie ci szło. Ale rozumiem, jeśli wolałabyś w ogóle zrezygnować, pewnie jest ci ciężko przez to, co stało się ostatnio...
— Nie, zrobię to — mówi zdecydowanym głosem. — Dzięki za to wyróżnienie, nie zawiodę naszego domu.
—Uwaga, do rozpoczęcia została minuta! Przyjąć stanowiska — krzyczy profesor Flitwick.
Uczniowie wychodzą na pozycje. Wśród Krukonów jest to między innymi Jin-sun, Sean, Lorcan, Lucas i Gilderoy. Jin zauważa wśród innych domów znajome twarze: Allison, Diane, Val, Andrew, Anthony’ego, Dante. Wkrótce rozbrzmiewa sygnał do rozpoczęcia i czas zacząć rozgrywkę.
Jin wpada na pomysł, że dobrym rozegraniem tego pojedynku byłoby przygotowanie większej ilości kulek. Gdy reszcie zabraknie amunicji, Krukoni będą gotowi do ataku i może tym samym zwiększa tym swoją szansę na wygraną. Jin dał znać kolegom o swoich zamiarach i przystąpił do lepienia kulek ze śniegu.
— Dobry pomysł, zapasy nam się przydadzą. Niech reszta kryje go w miarę możliwości! — rozkazuje Maddison.
Wszyscy na razie są ostrożni i próbują wybadać przeciwnika.
Ślizgoni podchodzą do zadania w sposób mniej zorganizowany niż Krukoni, lecz nie znaczy to, że im mniej zależy. Wręcz przeciwnie, w grupie domu Slytherina wyczuwalne są skupienie i determinacja.
— Nie będę przynudzać, bo nie ma sensu — zaczyna swoją przemowę Prefekt Slytherinu. —Rzucajcie, w kogo chcecie. Macie jakieś rachunki do wyrównania? Śmiało. Tylko nie dajcie trafić się jakimś przegrywom z Hufflepuffu. A kretyni z Gryffindoru pewnie jak co roku zaczną od nas. — przewraca oczami. — Więc dajmy im lekcję, tak jak ostatnio. Do dzieła!
Dante nie ma najmniejszej rzucać się ze śnieżkami na kogokolwiek... Przynajmniej teraz. "Potem", stwierdza w myślach, chuchając w swoje zimne dłonie, "może jakaś wymsknie mi się z ręki i przypadkowo trafi w Evana czy jakiegoś innego przyjemnego kolegę”.
Jednak mimo wszystko, nie chce mu się też bezczynnie sterczeć za murem, nic praktycznie nie robiąc. Może się do tego nie przyzna na głos, ale jednak chce, by jego Dom wygrał tę rywalizację.
Rozgląda się więc wokół, poszukując w tłumie znajomych twarzy. Gdy zauważa wreszcie Tony'ego, brunet bez zastanowienia do niego podchodzi. Biorąc do ręki śnieg i formując z niego kulki, mówi:
— Hej, Tony. Masz już jakiś plan? — uklepiwszy starannie śnieg, podaje śnieżkę swojemu ślizgońskiemu koledze. — W każdym razie, w kogokolwiek chcesz rzucać, ja będę ochraniać twoje tyły.
Następnie zaczyna lepić kolejne kulki i starannie przygląda się, czy oby ktoś w nich nie celuje.
— Szczerze, to nie miałem żadnego planu — odpowiada Tony. — Miałem nadzieję, że ktoś szybko mnie trafi i sobie pójdę — wzrusza chłopiec ramionami. — Ale niech będzie, żeby nie było potem, że się nie staram. — Przyjmuje śnieżkę od Dantego i rozgląda się kogo by trafić.
U Gryfonów przewodzi kapitan drużyny Quidditcha.
— W bitwie na śnieżki, tak jak w grze w Quidditcha ważna jest strategia. Dlatego my zaczniemy od-
— Dobra, dobra, Derek, nikogo to nie interesuje — przerywa wypowiedź chłopaka Syriusz. — stawiam Kremowe Piwo za zestrzelenie Smarkerusa…
— A ja dwa za trafienie w głowę! — James przybija mu piątkę i razem wybiegają w poszukiwaniu swojego celu, Severusa Snape’a z Slytherinu.
— Potter! — woła chłopaka rudowłosa dziewczyna w wieku Huncwotów.
— Tak, Lily? — James odwraca się w jej stronę a chwilę później dostaje śnieżką od dziewczyny prosto w tarczę.
— A co ja dostanę na zestrzelenie idioty? — pyta Lily niewinnie.
Potter nie może wyjść z zaskoczenia i wygląda na bardzo rozczarowanego, że tak szybko zakończył rozgrywkę.
— Te, Evans, nie pogrywaj sobie! — złości się Syriusz i tym razem on celuje w dziewczynę, lecz tej udaje się umknąć przed śnieżką. Od razu przechodzi do kontrataku. Przez przypadek jedna z drugorocznych dostaje kulką.
— Powybijanie ludzi z własnego domu nie jest dobrą taktyką! — krzyczy Derek, lecz piątoroczni go nie słuchają i kontynuują atakowanie się.
— Chyba czas ulatniać się z naszej bazy — mówi Diane do Val; dziewczyny obserwowały całe zajście. — No nie, Val? Idziemy skopać paru ludziom tyłki?
— Hahaha, zachowują się jakby mieli pięć lat, a dorosły zabrałby im lizaka z ręki. W każdym razie, masz rację, nie możemy tu bezczynnie czekać, bo wkrótce i nam się dostanie. Co ty na to, żeby zapolować na ten ich słynny cel? — mówi z ekscytacją w głosie. "Chcę zobaczyć minę reszty, jeśli nam się uda".
—Myślałam, że nigdy nie zaproponujesz — odpowiada Dee z błyskiem w oku. Dziewczyny wbiegają prosto w wir walki.
Śnieżki latają wszędzie i z większym lub mniejszym skutkiem trafiają w cel.
— Szybciej, Jin, szybciej! — krzyczy Lorcan do kolegi, który stara się jak najmocniej, by pomóc swojemu domu. Jednak Jin jest sam, a kolegów czterech. Takie skupisko osób w jednym miejscu szybko przyciąga uwagę przeciwników i to właśnie w ich stronę leci najwięcej kulek.
—O nie, dostałem! — zrozpaczony Lucas musi opuścić pole gry.
—Walczyłeś dzielnie — klepie go po ramieniu Sean. — Pomszczę cię, bracie. Kto to był?! — wykrzykuje gniewnie w tłum. — Zaraz mu pokażę, tylko-
Nie dokańcza, gdyż dostaje śnieżką w twarz. Szybko otrzepuje śnieg z oczu, by zrewanżować się i szuka osoby która go trafiła.
—Sooorki! To było niechcący, nie miało być w twarz — tłumaczy się Allie Graham, zbliżająca się do grupki Krukonów z śnieżkami w obu rękach.
Jest w takiej odległości, że chłopak może w nią bez problemu trafić, lecz waha się i tym razem Puchonka nie chybia.
— No, tak właśnie miało być! — wesoło odpowiada.
— Sean, zgłupiałeś, czemu w nią nie trafiłeś? — burzy się Lorcan. — Tak ci dobrze szło wcześniej!
— Nie będę strzelał w dziewczyny — odburkuje pod nosem zawstydzony chłopak.
Lorcan wygląda, jakby miał ochotę mu wygarnąć, lecz musi uciekać przed trafieniem innej osoby.
— Oo, jak milutko, jeden z głowy — mówi Allie. Jednak mój ostateczny cel jest inny. Jin-sun! — palcem wskazującym pokazuje na chłopaka, który kuca i robi śnieżki.
— Ja? — dziwi się chłopak.
— Tak, ty. Pamiętasz ostatni nasz pojedynek? Mamy niewyrównane rachunki! Wstawaj i walcz, chyba że tchórzysz!
— On nie tchórzy! — krzyczy Lorcan i celuje w Allie, lecz zanim zdąża wypuścić kulkę, zostaje trafiony w klatkę piersiową.
— Nie, nie, nieee~ — śpiewnie odpowiada Liam Graham, który pojawia się nie wiadomo skąd. —Nie w moją siostrę, nie-e-e.
„Tylko Gilderoy pozostał”, myśli Jin, lecz obraca się wokół i zauważa, że chłopaka też już nie ma na polu gry. Krukon został sam. Nie zostaje mu nic innego, jak stanąć przeciwko Puchonce i pomścić przyjaciół.
Walka jest wyrównana, oboje skutecznie unikają ciosów. Lecz nie mogło to trwać wiecznie - w końcu Allie trafia w chłopaka.
—Jest! — woła uradowana. — Nie bierz tego do siebie, Jin. Fajna zabawa, nie?
Dziewczyna nie uzyskuje odpowiedzi, lecz jej to nie przeszkadza. Biegnie dalej bić się na śnieżki.
Współpraca Dantego i Tony’ego przebiega bardzo dobrze. Chłopcy nie wychylają się, lecz wybierają sobie pojedyncze jednostki, które odstają od reszty, tak, by nie zainteresować sobą żadnego groźniejszego zawodnika. Mimo początkowej niechęci Flintowi, wyraźnie sprawia satysfakcję trafianie innych śnieżkami. Szczególnie, gdy trafiał w kogoś starszego na jego twarzy malowało się zadowolenie i widać było, że dawał upust wszystkim swoim negatywnym emocjom.
—Dante, dobry z nas zespół, no nie? Patrz, jak nam świetnie idzie — z wypiekami na twarzy mówi chłopak. — Myślę, że powinniśmy pójść o krok dalej!
Medeley delikatnie studzi zapał chłopaka, wiedząc, że może źle się to skończyć.
Lecz gdy Anthony zauważa odosobnioną w tamtej chwili Allison, nie może powstrzymać się od obrania jej sobie za cel.
—Widziałeś, Dante, jak walczyła z tym twoim kolegą? Niezła jest, ale jestem pewien, że w głównej mierze to było szczęście. Damy sobie z nią radę! Musisz mnie ochraniać, bo jej brat może mnie zechcieć trafić. No dalej, nie możemy wciąż grać tak bezpiecznie!
Ambicja Dantego bierze w górę i razem z kolegą ruszają na dziewczynę.
—O Dante, siemka! — wita się Allie wesoło z kolegą, gdy go zauważa, lecz szybko poważnieje, gdy uświadamia sobie, że chłopcy z Slytherinu nie podchodzą do niej w pokojowych celach.
—Co wy… Tak na mnie? — dziewczynka cofa się parę kroków i rozgląda wokół w poszukiwaniu wsparcia, lecz nikogo nie ma. — Tak w dwóch na jedną małą dziewczynkę?
—Nie udawaj niewiniątka, Graham. — Tony krzyżuje ramiona prowokacyjnie. — Widzieliśmy jak walczysz. Zaraz będzie po Tobie!
Allie próbuje się bronić, lecz przeciwko dwójce osób jest to trudna sprawa. Nie udaje jej się uniknąć trafienia. W poczuciu beznadziejności i porażki opuszcza pole bitwy.
Tony przybija piątkę z Dantem.
— A więc, kto następny? — pyta Dante.
Rozglądają się i zauważają Valkirię i Diane przemykające w stronę obozu Ślizgonów. Dante rzuca pytające spojrzenie koledze.
—Niee, to jeszcze nie czas — mówi Tony. — Szczerze to ciekawi mnie, co z tego wyniknie.
— Kim jest właściwie Smarkerus? — pyta przyjaciółkę Valkiria w drodze do obozu Ślizgonów, między robieniem uników.
—Nie wiesz? To ksywka takiego typka z piątego roku na Slytherinie - a właściwie to bardziej przezwisko. Nazywa się Severus Snape i ma takie tłuste włosy, jakby ich w ogóle nie mył, fuj. Jest dobry w Eliksirach, chodzi do Klubu Ślimaka. Raczej nie jest rozmowny, na spotkaniach gada tylko z Lily Evans z naszego domu. To w sumie tyle, co wiem. Huncwoci go nie lubią i pewnie dlatego chcą, żeby przegrał.
—Myślisz, że wciąż jest na polu gry? A może jeszcze nie wyszedł.
—Nie wiem, przekonamy się. Poza tym, postrzelamy i tak w innych w międzyczasie.
Coraz bliżej dziewczyny się zbliżały, tym mniej osób próbowało w nie strzelić. Dziwne, pomyślała Val.
—Hej, dziewczyny, czekajcie! — krzyczy Andrew, który biegnie za nimi. — Co wy robicie, chcecie od razu zginąć?
— O co ci, chodzi? Nie widzisz, że prawie nikt nie strzela? Widocznie im nie zależy, żeby nas trafić. — wzrusza ramionami Dee.
— Jeny, Diane, o to im właśnie chodziło, żebyśmy podeszli jak najbliżej. To była przynęta!
Jak na zawołanie zza muru wychodzi kilkanaście osób uzbrojonych w kulki. Dodatkowo, osoby na około, które wyrażały wcześniej brak zainteresowania grą, zaczynają się gromadzić wokół nich.
— Mówiłem — ponuro stwierdza Andy. — Nie ma szans, że wyjdziemy z tego cali, ale zabierzmy ze sobą jak najwięcej Ślizgonów się da.
— Zasłońcie swoje tarcze! — poleca im chłopak. — Stańcie twarzami do siebie, nie będą w stanie w nie trafić. Ja spróbuję załatwić tylu, ilu się da.
— O nie, jeszcze Krukonów brakowało! — wykrzykuje i wskazuje palcem na prawo od siebie. Część Ślizgonów odwraca głowę w tamtą stronę, z której nic nie było i podczas tej chwili rozkojarzenia udaje mu się trafić jednego z nich. Podczas gdy reszta jest w szoku po śmiałości chłopaka na tak prymitywną sztuczkę, Andrew trafia w drugą osobę.
— TY! — z furią krzyczy wysoki, nieprzyjemnie wyglądający Ślizgon. — Ludzie, na niego!
Andrew zostaje trafiony w tarczę, lecz wkurzonym uczniom domu Salazara Slytherina to nie wystarcza, trafiają go w twarz a Evan Rowland za punkt honoru postawił sobie najwyraźniej nasypać mu śniegu za kaptur i zaczyna biec w jego kierunku z śniegiem w rękach.
—TERAZ MACIE SZANSĘ! — Gryfon ostatnimi siłami przekazuje koleżankom z domu.
Dziewczynom nie trzeba dwa razy powtarzać i przystępują do ataku. Nikt już nie myśli o tym, by trafić w tarcze, kulki lecą jak popadnie. Trafieni Ślizgoni nic nie mają sobie z tego, że zostali trafieni i wyeliminowani i wciąż walczą, aż w końcu Flitwick musi interweniować.
— Wystarczy! To już jest przesada — stwierdza i prowadzi wyeliminowanych z pola gry.
Val i Dee uświadamiają sobie, że i one, tak jak Andrew, zostały trafione.
— Było warto — stwierdza Diane. — Zestrzeliliśmy chyba z osiem osób.
— Ale czy trafiliśmy TĘ osobę? — pyta Val.
Dee tylko wskazuje palcem na jednego z chłopców, który schodził z pola gry. Rudowłosa rozumie ją bez słów.
— Warto było — zgadza się z przyjaciółką Valkiria.
Uczniów na polu gry zostaje coraz mniej. Dante i Tony trzymają się jeszcze, choć wiedzą, że długo nie przetrwają.
—I tak zrobiliśmy wiele — mówi Tony. — Nigdy nie przypuszczałem, że będziemy w dwudziestce.
Stali na widoku a w ich stronę zbliżają się bracia Allie, by pomścić dziewczynę.
— Przyjemnie było z tobą walczyć, Dante. To już mój czas.
Chłopak podnosi ręce w geście kapitulacji a Peter trafia go w tarczę. Dante natomiast, w ostatnim porywie rewanżuje się starszemu bratu Allison i eliminuje go. Wie, że był on ostatnim Krukonem na polu walki. Jest także świadomy tego, że Puchonów zostało z czterech, Gryfonów ośmiu a Ślizgonów kilkunastu. Dlatego gdy zostaje trafiony nie jest zły, tylko ze spokojem opuszcza miejsce rozgrywki.
Ostatecznie to dom Slytherina wygrywa Wielką Międzydomową Bitwę na Śnieżki. Gryfoni plasują się na drugim miejscu, Puchoni zajmują trzecie miejsce a Ravenclaw ostatnie.
Po bitwie wszyscy udają się do Wielkiej Sali na ucztę. Choć różnym uczniom towarzyszą różne emocje, jedno mają wspólnego: marzą o ciepłym posiłku. Skrzaty domowe sprostały temu zadaniu i na stołach pojawiły się jak zwykle apetyczne potrawy. Gdy już wszyscy się posili, głos zabiera dyrektor, Albus Dumbledore. Po krótkiej przemowie zapowiada on występ szkolnego chóru. W sali wybrzmiewa piękna świąteczna kolęda, którą próbuje przekrzyczeć Irytek śpiewając własną, bardziej sprośną wersję, lecz zostaje siłą przyciszony przez profesor McGonagall. Nic jednak nie jest w stanie zepsuć humoru związanego ze świętami.
W końcu nadchodzi czas pożegnań. Są one bardziej lub mniej wylewne.
—Ale napiszecie mi, jakby coś się działo ciekawego, no nie? — upewnia się Allie w rozmowie z Jin-sunem, Val i Dante. — A nawet jak nie będzie się działo nic ciekawego? I żadnego śledztwa beze mnie!
Przyjaciele odpowiadają twierdząco, gdyż wiedzą, że żadna inna opcja w przypadku Allie nie przejdzie.
—Jej, dzięki! — nim którekolwiek zdąży zaprotestować, Allie przyciąga ich do uścisku. — Wesołych Świąt!
Odchodzi, machając im na pożegnanie. Po drodze chce zgarnąć Petera, który pogrążony jest w rozmowie z swoją przyjaciółką, Maddison. To, co słyszy mocno ją szokuje, nie mniej jak samą Krukonkę, która spogląda na niego z niedowierzaniem.
—ŻE PRZEPRASZAM, ALE JAK TO NIE WRACASZ NA ŚWIĘTA? — wybucha Allie i wiele głów odwraca się w ich stronę.
—Normalnie — odpowiada wzruszając ramionami. —Wpisałem się na listę parę dni temu. Powinienem zostać, nie, nawet MUSZĘ zostać. — I spogląda na Maddie, która chyba pojmuje, o co chodzi chłopakowi.
— Nie ma mowy. Jedziesz do domu! — odpowiada stanowczo. — Przecież wiesz, że wszystko jest już w porządku. Naprawdę, nie powinieneś rezygnować ze spotkania z rodziną.
— Ale…
— Wszystko jest pod kontrolą, tak? — przerywa mu. — To nie jest tak, że będę tu sama. Poza tym, zawsze ciekawiło mnie, jak wyglądają święta w Hogwarcie. — Uśmiecha się do Petera w uspokajający sposób. — Allie, dopilnuj, by wsiadł do pociągu, nawet gdybyś to miała zrobić siłą. — Zwraca się do dziewczynki.
—Jasne, że to zrobię! — odpowiada Puchonka z przekonaniem, jakby żadna inna opcja nie wchodziła w grę. — Maaadie, a może pojedziesz z nami? Możesz nawet spać w moim pokoju! Mam duże łóżko.
Krukonka tylko się uśmiecha.
— Kochana jesteś, ale nie czułabym się z tym dobrze. Zmykajcie już, bo wam pociąg ucieknie.
Peter nie bez ociągania odchodzi, ciągnięty przez siostrę.
Dante, Val i Jin-sun wychodzą w końcu z Wielkiej Sali. Nie wiedzą do końca, dlaczego nie zrobili tego wcześniej. Usprawiedliwiają sobie to tym, że byli ciekawi, co wywołało tak gwałtowną reakcję u Allie. Wracają do swoich dormitoriów, aby odpocząć po ekscytującym dniu.
Val, podobnie jak wielu innych Gryfonów, przedostatni wieczór przed świętami spędza w przytulnym Pokoju Wspólnym. Wraz z Diane zajęły miejsce przy kominku i ogrzewają się w blasku płomieni.
—Ale przyjemnie! — zachwyca się Diane. — Jest tak cieplutko, że mogłabym się położyć i zasnąć, nawet mimo tych wszystkich ludzi.
Jak zawsze wieczorami w Wieży Gryfonów panuje zgiełk, lecz każdy przyzwyczaił się do niego.
— Chociaż… czegoś brakuje — kontynuuje dziewczynka. — Coś, co sprawi, że klimat będzie jeszcze bardziej wyjątkowy. Koniecznie trzeba to zmienić — spogląda na Val porozumiewawczo. — Czy myślisz o tym samym co ja, Val?
— Diane, niestety nie znam zaklęcia na telepatię — uśmiecha się do przyjaciółki — ale wiem jedno. Święta bez choinki to nie święta! Ozdabianie wspólnie drzewka to tradycja, a w Hogwarcie trzeba tradycje pielęgnować, nawet jeśli są mugolskie… No dobra, po prostu chcę pobawić się w robienie ozdób. Ktoś ze mną?
— Ooo! To jest to! W Wielkiej Sali stoi choinka i nie rozumiem, czemu by nie miało jej być też tutaj, u nas. — Diane podrywa się z miejsca i kieruje się do grupki innych Gryfonów. — Ej ludzie, jest plan!
Dziewczyna zaczyna wtajemniczać wszystkich z pomysł Val i większość osób reaguje z entuzjazmem. Prefekci odnajdują pozostałości ozdób świątecznych, których nie użyto w tym roku oraz trochę papieru. Robienie ozdób poprzedza drobna kłótnia, jakie zaklęcie będzie do tego najlepsze. Po przecięciu połowy stołu przez Dyffindo rzucone przez Diane, pierwszoroczny Dennis Yen przynosi zwyczajne nożyczki i inni, którzy także posiadali ten przedmiot, idą za jego przykładem.
—Nie chciałbym psuć tego powszechnego entuzjazmu… — odzywa się Andrew, który nie angażował się we wspólną zabawę, tylko siedział z boku. — Ale czy do udekorowania choinki nie potrzebujecie hmm, niech pomyślę, choinki?
W Pokoju Wspólnym zapada niezręczna cisza, gdy wszyscy uświadamiają sobie, że chłopak ma rację.
— Czy ktoś po prostu nie może jej wyczarować? — pyta Olivia Neetle.
— Tego niestety nie uczą w Hogwarcie — odpowiada Harriett Graham. — Chyba jedyne co moglibyśmy zrobić, to pójść do Zakazanego Lasu i ściąć drzewko, ale to chyba trochę trudne do wykonania, co nie?
Te słowa sprawiają, że sprawą zainteresowali się Huncwoci. Syriusz Black w imieniu ich wszystkich pyta:
— Czy ktoś powiedział „trudne” i „Zakazany Las” w jednym zdaniu? Wchodzimy w to!
Tymczasem u Krukonów Lee Jin-sun nudzi się w swoim dormitorium. W pokoju jest tylko Lucas, który pochłonięty jest czytaniem książki. Lorcan udał się na próbę do bożonarodzeniowego koncertu Żabiego Chóru, który miał się odbyć kolejnego dnia, Gilderoy zniknął, aby „załatwić pewne sprawy”, w które nikt nie chciał wnikać, a Sean poszedł się spotkać ze znajomym z Hufflepuffu. Lee zastanawia się, czy też nie on powinien wyjść ze swojego dormitorium i czegoś nie porobić. Nauczyciele byli wyrozumiali w czasie świąt, więc póki nie było ciszy nocnej, uczniowie mogli poruszać się po pewnej części zamku; szczególnie Wielka Sala była przygotowana na spotkania uczniów z różnych domów. Jednak jeśli to ma dojść do skutku, Jin musi zdecydować, z kim chce spędzić czas.
Jin odkłada własną lekturę, gdyż dzisiaj wyjątkowo nie ma głowy do czytania. Postanawia porobić coś zupełnie innego, z którymś z kolegów, lecz Lorcan jest na próbie, a reszta osób też gdzieś się podziała. Zrezygnowany rzuca się na łóżko, gdy nagle wpada mu do głowy świetny pomysł: „Dante! To jest to! Z nim na pewno porobię coś ciekawego” śmieje się do siebie i pośpiesznie wstaje z łóżka... Już ma wychodzić, gdy uświadamia sobie, że nie wie, co by mieli robić i jak miałby go gdzieś wyciągnąć... wraca z powrotem na miejsce.
„Hmm, nie mogę tak po prostu iść i co powiem? Trzeba mieć jakiś plan…”, myśli przez chwilę, po czym wzrok jego ląduje na Lucasie, na okładce książki zauważa pionka do szachów.
„Szachy! To nie byłby taki głupi pomysł na zabicie czasu z przyjacielem… To jest myśl... Dobra, chodźmy. Resztę co powiem wymyślę po drodze”, wstaje i udaje się do Slytherinu.
Jin-sun idzie w kierunku lochów, a po drodze, na parterze, spotyka podejrzanie zachowującą się grupę Gryfonów. Zostawia to jednak i zmierza do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Gdy jest coraz bliżej celu uświadamia sobie, że musi poprosić kogoś ze Slytherinu, by zawołał Dante. Oczywiście istniała jeszcze szansa, że chłopaka nie ma w środku, lecz ma nadzieję, że tak nie będzie. Z pokoju wyszło parę starszych Ślizgonów, lecz nie wyglądali oni na zbytnio chętnych do pomocy, więc ich nawet nie pyta. Na szczęście zauważa Dalię, z którą miał już kiedyś okazję rozmawiać.
— Masz dla mnie jakiś nowy wiersz? — żartobliwie pyta dziewczyna i udaje rozczarowanie, gdy chłopak zaprzecza i prosi ją, by zawołała Dante.
Dante spędza wieczór z panną Kociłapką, gdy nagle podchodzi do niego drugoroczna dziewczyna, która jest przyjaciółką Aurelii.
— Ten wysoki Krukon czeka na ciebie przed Pokojem Wspólnym — mówi, a później idzie do dormitorium dziewcząt.
Dante ściąga sobie kota z kolan i rusza sprawdzić, po co Jin-sun przyszedł do niego o tej porze. Zastanawia się, czy ma to coś wspólnego z zagadką, którą starają się rozwikłać. Okazuje się, że jest to coś bardziej przyziemnego: chłopak pyta się Dante, czy ten miałby ochotę zagrać z nim w szachy.
Dante powstrzymuje się od uniesienia w górę jednej brwi. Nie spodziewał się szczerze tak nagłej propozycji Jin-suna i to jeszcze o dość późnej, wieczornej porze. Gra w szachy nie brzmiała jednak źle - Dante może i nie był najlepszym graczem, ale liczyła się przecież dobra zabawa i możliwość poznania bliżej tajemniczego, wysokiego Azjaty, którego brunet do końca jeszcze nie rozgryzł. Wzrusza więc ramionami i mówi:
— Czemu nie? Może być nawet przyjemnie. To co, idziemy do Wielkiej Sali?
Chłopcy kierują się do Wielkiej Sali, a tymczasem Gryfoni stoją przed pewnym dylematem. Tylko część z nich zareagowało entuzjastycznie na opuszczanie zamku o tak późnej porze. Mimo to, dość spora grupka uczniów zebrała się przy drzwiach wejściowych.
— Pogrzało was? Nie możecie sobie ot tak pójść do Zakazanego Lasu! — prefekt Gryffindoru, Leanne, próbuje wybić Huncwotom ten pomysł. — Remusie, proszę, przecież wiesz, że to jest strasznie nieodpowiedzialne.
Chłopak waha się z odpowiedzią, lecz w końcu stwierdza:
— Nie możemy zawieść naszych pierwszorocznych. To w końcu ich pierwsze święta tutaj. Skoro takie jest ich marzenie, to musimy je spełnić.
Odpowiadają mu wiwaty i wesołe okrzyki reszty Gryfonów.
— Ale! — Remus próbuje przekrzyczeć tłum i w końcu wszyscy cichną. — Nie możemy zrobić tego od tak, pójść do lasu i ściąć drzewko. Po pierwsze, Zakazany Las jest niebezpieczny, po drugie, jak nauczyciele się dowiedzą to będzie po nas. Jedyną opcją, by to dobrze rozegrać, jest poprosić Hagrida, by poszedł z nami.
— Lunio, oszalałeś? — oburza się Syriusz Black. — Hagrid jest spoko i wiele rzeczy z nim przejdzie, ale nawet on nie pozwoli takiej grupce pójść do lasu. W najlepszym wypadku odeśle nas z powrotem do zamku i nic nie piśnie profesor McGonagall.
— Wciąż lepsze to niż szlaban i strata wszystkich punktów w klasyfikacji domów.
— Nie jeśli nikt nas nie zobaczy — z błyskiem w oku mówi James Potter i wyciąga z kieszeni czarny, połyskujący kawałek tkaniny. — Co prawda, pod peleryną pomieści się tylko co najwyżej trzy osoby, no może cztery, jeśli będzie to ktoś mały. Jest ciemno, więc jak będą wystawać nam kostki, nie będzie tego aż tak widać.
— Dobra, musimy zdecydować zanim któryś z nauczycieli przyjdzie, tak grupka ubranych w kurtki na pewno wzbudza podejrzenia — mówi Harriett. — zróbmy głosowanie. Kto jest za pomysłem Remusa niech podniesie rękę.
„To niebezpieczne i głupie”, myśli Val, „aby mieszać się w takie niebezpieczeństwo samemu. Z drugiej strony żaden dorosły nie pozwoli im iść po choinkę w środku nocy do zakazanego lasu....No jak to brzmi? Nawet na Hagrida to za wiele. Jeśli chcemy zdobyć choinkę, to musimy zrobić to sami.”
Parę osób podnosi rękę, lecz większość się wstrzymuje.
— Chyba mamy odpowiedź, ale dla formalności: kto jest za drugim pomysłem?
Tym razem zgłasza się więcej Gryfonów. Zrezygnowany Remus wzdycha.
— A jednak to robimy… Wciąż, jest to zbyt dużo osób do ukrycia pod jedną peleryną.
— Zapominasz, że nie tylko to czyni cię niewidzialnym. Zaklęcie Kameleona coś ci mówi? — Harriett wyciąga różdżkę i robi nią okrężny ruch wokół swojej sylwetki. Sprawia to, że jej ciało robi się przejrzyste: nie jest całkowicie niewidzialne jednak wtapia się w otoczenie. — Auć, nie lubię tego uczucia. Zaklęcie nie jest idealne, ale w ciemności starczy.
— Wow, Harriett, jesteś genialna! — chwali dziewczynę Aryan Singh. Mimo częściowej niewidzialności, nie da się zauważyć irytacji, która wkrada się na twarz Graham.
— Proszę, czy nie ustaliliśmy ostatnio, że masz się do mnie nie odzywać? Byłabym wdzięczna. — Podchodzi do chłopaka i rzuca na niego Zaklęcie Kameleona. — O! Nie muszę patrzeć na twoją twarz, ten cały plan coraz bardziej mi się podoba.
Kto jeszcze idzie?
Parę osób, w tym Leanne, odchodzą, gdyż nie chcą mieć ze sprawą nic wspólnego. Oprócz Huncwotów i Aryana zostaje dziesięć osób, w tym Diane i Val. Harriett rzuca na nich zaklęcie.
— To co? Idziemy! — James zarzuca pelerynę na siebie i kolegów i kieruje różdżkę na drzwi: — ‚Alohomora’!
Natomiast Dante i Jin-sun docierają do Wielkiej Sali. Dość sporo osób zebrało się tam, by spędzić razem czas. Chłopcy zauważają Allie, która jest pochłonięta rozmową z jakimś puchońskim kolegą. Dziewczyna ich jednak nie zauważa, chłopcy nie widzą jednak potrzeby, by przerywać jej pasjonującą rozmowę. Jin-sun układa zestaw szachów na wolnym miejscu przy stole. Gdy są gotowi, zaczynają rozgrywkę.
Jin-sun wykonuje pierwszy ruch, a właściwie to pionek Krukona wykonuje ruch na jego rozkaz. Dante próbuje nie okazać, że jest to rzecz nowa dla niego, lecz nie udaje mu się powstrzymać lekkiego wzdrygnięcia, gdy jego wieża przemawia.
W końcu jednak przyzwyczaja się do tego i gra idzie chłopakom nieźle, szczególnie dzięki sugestiom wykrzykiwanym przez pionki. Dante jednak nie może do końca im wierzyć, gdyż figury należą w końcu do Jin-suna i mogą mu źle podpowiadać. Ślizgon dociera do momentu, w którym poważnie musi się zastanowić co zrobić, by wybrnąć z ciężkiej sytuacji, gdyż Jin go zaszachował. Zanim w końcu decyduje się zrobić ruch, wyręcza go w tym inna osoba.
— Łapy precz, dziewucho! — krzyczy skoczek po tym, jak Allison go przesuwa.
— Jeny, czyj to komplet? Strasznie niekulturalny. — mówi Puchonka. — Hejka chłopcy, co tam u was?
Lee i Dante coś tam odpowiadają pod nosem, a tymczasem kolega Allie, z którym dziewczyna podeszła do nich przechodzi na stronę Jin-suna i uważnie patrzy się na planszę do gry.
— Allie dziwisz się, że się na ciebie wkurza jak go siłą zaciągasz na inne pole. To trzeba umieć zrobić. Kolego, mógłbyś ruszyć na pole D4? — Puchon delikatnie nachyla się ku gońcowi, a ten spogląda na Jin-suna z niemym pytaniem, trochę zaskoczony w jaki sposób się do niego zwrócono. Nie widząc sprzeciwu na jego twarzy, wykonuje polecenie chłopca.
— Jeszcze czego. Zaraz ci pokaże, Stace, i się nie pozbierasz! — Allison próbuje naśladować kolegę i grzecznie zwraca się do pionków Dante, ale one ani drgną.
— Chyba mnie nie lubią — stwierdza w końcu zrezygnowana. — Nie ważne, i tak o wiele bardziej lubię gargulki. Tak w ogóle, to wy się chyba nie znacie. Dante, Jin-sunie, to jest Stace, Stace, to są Dante i Jin-sun.
Brązowowłosy Puchon o niebieskich oczach podaje po kolei rękę chłopakom.
— Tak właśnie z moim koleżką planowaliśmy wpaść do kuchni. Podobno na święta jedzenie jest wyjątkowo dobre, a my wyjeżdżamy na święta do rodzin, więc nie będziemy mogli go spróbować. — Allison przerywa wypowiedź i robi zrozpaczoną minę, by podkreślić jak bardzo ubolewa z tego powodu. — Co prawda nie wiemy, jak dokładnie się tam dostać, ale wymyślimy coś w trakcie. Idziecie z nami?
W momencie gdy Jin słyszy o jedzeniu, gra w szachy nie jest już taka ważna. Wyobraża sobie stosy jedzenia, które mógłby spróbować i łapie się za brzuch.
— Jasne! Nie wiem jak ty, Dante, ale ja z chęcią bym poszedł. Na samą myśl o jedzeniu zrobiłem się głodny. Chodźmy — chłopak wstaje i zbiera się do pójścia z Allie i nowo poznanym kolegą.
— Hę? A nas tu masz zamiar zostawić? — oburzają się figury szachowe Jin-suna.
Chłopak pospiesznie zbiera komplet i dopiero może ruszyć z pozostałymi. Po wyjściu z pomieszczenia kierują się do schodów prowadzącym niżej.
— Ustaliliśmy, że kuchnia musi być gdzieś na poziomie naszego Pokoju Wspólnego — odzywa się Stace. — Prawdopodobnie jest jakieś ukryte przejście do niej.
— Dokładnie. Próbowałam wypytać o to Liama, ale nie chciał nic zdradzić. Powiedział, że „muszę się wykazać, by dostąpić tego zaszczytu” — dodaje Allie, przewracając oczami. — No cóż, przynajmniej będzie ciekawiej.
Czwórka uczniów dociera na korytarz, w którym mają zacząć poszukiwania. Jest on podobny do pozostałych korytarzy Hogwartu: jego ściany pokryte są różnymi obrazami, a oświetlony jest pochodniami.
— Od czego tu teraz zacząć? Chyba trzeba znaleźć jakieś miejsce lub przedmiot, który wydaje się nie na miejscu i to będzie to ukryte przejście. — stwierdza Stace i rzuca Lumos, by móc lepiej przyjrzeć się ścianom. Allie przyjmuje jednak inną taktykę
— ‚Revelio!’ ,Revelio!’ ,Revelio!’ — dziewczynka bez większego zastanowienia celuje zaklęciem ujawniającym w ścianę i konsekwentnie się przesuwa dalej, gdy nic nie wykrywa.
— Tak też można — wzrusza ramionami Puchon i zaczyna ją naśladować.
Dante i Jin-sun wahają się, czy jest to najodpowiedniejszy sposób. Rozglądają się po korytarzu szukając czegoś nadzwyczajnego. Ślizgonowi rzuca się w oczy parę rzeczy: zbroja w jednej z wnęk korytarza, która gwałtownie się porusza, jakby ktoś w niej był, a także obraz nadzwyczajnej wielkości, który zamiast postaci czarodziejów, jak to zazwyczaj było w Hogwarcie, przedstawia wielką srebrną miskę owoców. W innym miejscu na ścianie natomiast widoczne jest spore pęknięcie.
Dante odrywa wzrok z pęknięcia na ścianie i patrzy się w stronę Allie.
"Tak dobrze jej idzie, że chyba żaden kamień tego zamku nie uchroni się przed zaklęciem Revelio", myśli, przewracając oczyma. Nie widzi specjalnego sensu w dalszym przeszukiwaniu ścian - w końcu już inni się tym (może nie najlepiej, ale zawsze) zajęli.
Zamiast tego kieruje swój wzrok w stronę ruszającej się zbroi, unosząc przy tym jedną brew i mrużąc oczy. Wie, że to dziwne patrzeć się na coś takiego z, można rzec, nieufnością, ale mimo dość długiego czasu spędzonego w Hogwarcie, chłopak nadal mógł sporządzić całkiem szczegółową i długą listę rzeczy, do których ciężko mu było się przyzwyczaić. A już samodzielnie poruszające się przedmioty były na czołowych pozycjach tejże listy.
Mimo uprzedzeń, brunet decyduje się jednak podejść do zbroi. Stara się przy tym zignorować cichy, racjonalny głos, który pyta się go: "Hej, jak w ogóle udało ci się w to wszystko wplątać?".
Gdy Dante podchodzi bliżej, orientuje się, że chyba faktycznie ktoś lub coś musi być w tej zbroi, bo słyszy stłumiony głos. Brzmi on nadzwyczaj ludzko, poza tym zbroja wygląda, jakby chciała się poruszyć, lecz nie mogła.
— Co tam znalazłeś, Dante? — ciekawi się Stace i przerywa dotychczasowe rzucanie zaklęć. — Zbroja? Może to jakiś strażnik pilnujący wejścia do kuchni… Albo w środku jest jakaś dźwignia. — Chłopak powoli odsłania przyłbicę i wydaje z siebie okrzyk zaskoczenia, upuszczając przy tym różdżkę.
W środku znajduje się Gilderoy Lockhart. Między usta ma włożony knebel zrobiony z jego własnego krawata.
— O kurczę, a co ty tu robisz? — Allie zdziwiona podchodzi bliżej i przygląda się mu. — Też szukałeś kuchni?
— Allie… Myślę, że to nie jest najważniejsze teraz. Lepiej szybko go uwolnijmy! — przytomnieje jej puchoński kolega. Ściąga mu hełm, choć sprawia to mu niemały kłopot. Później rozwiązuje krawat.
— Co się stało? — pyta Gilderoya.
— Ćwiczyłem swoje opanowanie i silną wolę poprzez tkwienie w tej zbroi przez dwie godziny — odpowiada Lockhart, próbując zachować odrobinę godności.
— Czy to może Irytek cię tu zamknął? To wygląda na jego sprawkę.
— Tak, to on — mówi z zaciśniętymi zębami Gilderoy. — Wypuśćcie mnie w końcu, nie mogę się ruszyć!
Czarodzieje podchodzą i wspólnymi siłami uwalniają chłopaka. Lockhart z ulgą otrzepuje się z pajęczyny, która była w środku.
— Czy ja dobrze słyszałem, że rozmawialiście o kuchni? — pyta pozostałych. — Tak się składa, że wiem gdzie to jest, ale w zamian macie pomóc mi w moim planie zemsty. Znaczy, wiecie, poradziłbym sobie sam, ale myślę, że w ramach podziękowań pozwolę wam wziąć w tym udział. Wchodzicie w to?
Allie, Dante, Jin-sun i Stace patrzą po sobie. Propozycja jest dosyć nietypowa i niekoniecznie wydaje się dobrym pomysłem, lecz w końcu decydują, a tak właściwie to Allie decyduje.
— Niech będzie. Zawsze chciałam zrobić jakiegoś psikusa Irytkowi. Prowadź, panie Lockhart!
Tymczasem Gryfoni brną dzielnie przez śnieg pokrywający drogę do Zakazanego Lasu. Na dworze jest bardzo zimno i mimo, że każdy jak najcieplej próbuje się przykryć swoim szalem, chłód jest ciężki do zniesienia.
— D-dlaczego my to robimy? — Diane ma chwilę zwątpienia, gdy wpada w olbrzymią zaspę. — Przy kominku b-b-było tak cieplutko!
— Nie możemy się poddać! — mówi Syriusz. — Jesteśmy tak blisko, nic nie jest w stanie powstrzymać Gryfonów.
— N-nawet odmrożenia trzeciego stopnia? — pyta chłopak z szóstego roku. — Bo coś czuję, że tak to się może skończyć. Gdyby to tak odpalić teraz Incendio… Musimy to zrobić!
— Nie! Boldwin, nie możemy. To nas zdemaskuje. Musimy być silni! Patrzcie, jesteśmy!
Rzeczywiście, grupka dociera do wejścia do Zakazanego Lasu.
— Pamiętajcie, trzymajmy się razem. Z jakiegoś jednak powodu uczniom nie wolno tu przebywać. Jeśli usłyszymy jakikolwiek niepokojący dźwięk to się zmywamy. Jasne? — pyta się Remus.
Wszyscy się zgadzają i grupowo szukają odpowiedniego drzewka. W końcu się to udaje: znajdują średniej wysokości jodłę (przynajmniej mają nadzieję, że drzewko nią jest).
— Okej, odsuńcie się, będę ją ścinał — ostrzega James i za pomocą Dyffindo ścina drzewko, które z łoskotem upada na ziemię. Towarzyszy temu wesołość Gryfonów, dopóki nie słyszą niepokojącego hałasu rozlegającego się z oddali.
— Chyba czas wiać — stwierdza Harriett. Huncwoci za pomocą zaklęcia lewitują choinkę i biegną w stronę wyjścia jak pozostali.
Z wielką ulgą udaje im się w końcu wydostać z lasu.
— Dobra, mamy choinkę. — stwierdza Aryan. — Teraz ważne pytanie: Jak ją przetransportujemy do Hogwartu nie wzbudzając żadnych podejrzeń?
— Faktycznie, to może być kłopot… — odpowiada James. — Jakieś pomysły?
Przeniesienie tak dużego obiektu, aby nikt tego nie zauważył było nie małą zagwostką.
— A gdyby tak zmniejszyć drzewko? Małe drzewko mały problem, co nie? — proponuje Valkiria.
— Świetny pomysł! Już się za to zabieram —odpowiada Syriusz i wyciąga różdżkę. — To było ‘Reducio’ czy ‘Reducto’?
— ‚Reducio’, Łapa, ‘Reducio’. Nie chcemy, by nasza piękna choinka zmieniła się w proch — tłumaczy koledze James.
Black rzuca zaklęcie i drzewko zmniejsza się drastycznie, tak, że mieści się w dłoni.
— No i świetnie. Najlepiej jak schowamy ją pod peleryną, przezorności nigdy za wiele. A teraz czas wracać do zamku.
Zmarzniętym Gryfonom nie trzeba dwa razy powtarzać - wszyscy nie mogą się doczekać, aż w końcu zasiądą przed ciepłym kominkiem.
— Widziałem, jak Irytek przeniknął przez ten olbrzymi obraz — Gilderoy tłumaczy Jin-sunowi, Allie i Stace’owi. — Mówił coś o tym, że “nie może dopuścić, by skrzaty nudziły się w czasie świąt”. To musi znaczyć, że kuchnia znajduje się po drugiej stronie.
Czarodzieje podchodzą do wskazanego obrazu.
— Mam nadzieję, że Irytek nie narobił kłopotu skrzatom — mówi zmartwiona Allie. — Musimy się tam jak najszybciej dostać! ‘Revelio’!
Dziewczynka rzuca czar na obraz, ale niczym to nie skutkuje. Gilderoy uśmiecha się pod nosem. Allie zerka na niego ponuro.
— Jak masz jakiś lepszy pomysł to proszę, dawaj.
— Warto pamiętać, że to jest Hogwart, więc na pewno nie może być zbyt łatwo. Na pewno jest to coś, o czym nikt by nie pomyślał. Tak jak jest z Pokojami Wspólnymi, może trzeba powiedzieć jakieś hasło lub czegoś dotknąć? — sugeruje Lockhart. — Musimy wytężyć umysły. Zostawcie to mi i Jin-sunowi, dla was Puchonów to niewątpliwie może być zbyt trudne…
—Najpierw zrobiłbym mały rekonesans, czasem może być tak, że gdzieś jest jakieś wgłębienie albo może jakiś przycisk czy coś w tym rodzaju, który umożliwi dostanie się do środka. Kto wie, może to nie jest wcale hasło. — Jin mówiąc to, zbliża się do obrazu, przygląda mu się i zaczyna dokładnie sprawdzać owoce namalowane na tym obrazie.
Jin-sun zauważa, że gruszka na obrazie jest dziwnie odbarwiona. Gdy chłopak przejeżdża po niej palcem, wydaje ona dziwny dźwięk, jakby… chichot.
—To musi być to! — mówi Allie. — Spróbuj jeszcze.
Krukon powtarza czynność, co sprawia że gruszka chichocze, skręca się i formuje się z niej zielona klamka.
—Tak, właśnie o to chodziło — stwierdza ponuro Gilderoy z delikatną zazdrością, że to nie on rozwiązał tę zagadkę.
Allie naciska na klamkę i otwiera drzwi. Uczniom ukazuje się olbrzymie pomieszczenie.
Znajduje się w nim pięć stołów, identycznie położonych do tych, które znajdowały się w Wielkiej Sali a w jednym końcu pomieszczenia stoi olbrzymie, ceglane palenisko.
Jednak to, co najbardziej rzuca się czarodziejom w oczy to garnki, patelnie i rondle latające na około. Szybko orientują się, że nie jest to normalny stan rzeczy, gdy zauważają poltergeista Irytka. Duch wybrał sobie parę skrzatów, którym nałożył garnki na głowie i wybijał łyżką jakiś rytm. Pozostałe stworzonka, mimo przewagi liczebnej, nie potrafią go powstrzymać.
— Irytku, przestań! To musi je boleć — krzyczy błagalnie Allie, lecz ten widząc, że ma nowych obserwatorów zaczyna grać jeszcze intensywniej.
— Nie mogę przestać, ćwiczę do jutrzejszego koncertu! — rechocze poltergeist. — Zgadnijcie, co to za utwór!
Wybija rytm, który okazuje się być świąteczną piosenką.
— Nie będziemy grać z tobą w głupie gierki! — złości się Stace. — Nie potrzebujesz skrzatów do tego, zostaw je w spokoju.
— Ooo, małe Puchątko się rozzłościło? Ale one wydają takie śmieszne dźwięki! Może Puchątko też chce dołączyć? — To mówiąc zakłada mu rondel na głowę i uderza w niego, na co chłopiec wydaje z siebie przeciągły jęk.
— Chłopcy, zróbcie coś! Nie wiem, co może przemówić mu do rozumu — prosi Allie pozostałych.
„Oczywiście wyprawa do kuchni nie mogła być zwykłym spacerkiem, a musiała skończyć się konfrontacją z duchem, który uważa za świetną zabawę granie na skrzatach jak na perkusji”, myśli Dante i uświadamia sobie, że nie powinien się nawet ani trochę dziwić.
Widząc jak duch zignorował prośby Allie, a Stace'a włączył do grona swoich "instrumentów" chłopak wnioskuje, że wszelkie kolejne próby rozmowy z Irytkiem raczej nie pomogą, a mogą jedynie pogorszyć sytuację jeszcze bardziej. Ale co innego można zrobić? Czy w ogóle da się jakoś walczyć z duchem? Czy zaklęcia mają na niego jakikolwiek efekt?
Chłopak prędko stwierdza, że nie ma czasu, by się nad tym zastanawiać. Z każdą minioną chwilą chaos się tylko pogarsza i kto wie, kto następny padnie ofiarą tego niebezpiecznego psotnika. Zamiast więc koncentrować się na nim, brunet stara się znaleźć coś bardziej solidnego i rzeczywistego, by w to właśnie uderzyć zaklęciem. Jego oczy wyłapują srebrny błysk - łyżka! Oczywiście, nie jest to żadna wielka broń, ale...
— Expelliarmus! — wykrzykuje chłopak, starając się przybrać dzielną pozę i celując swoją różdżką w trzymaną przez ducha łyżkę. Ze zmarszczonymi brwiami i oczami skierowanymi prosto na ducha ma nadzieję, że wygląda jakby wiedział co robi.
Łyżka wymyka się z rąk ducha, gdyż nie spodziewał się on ataku. Odwraca on szybko wzrok w stronę Dantego. Zaczyna celować w niego naczyniami a chłopiec musi robić co w jego mocy, by nie dostać żadnym z nich.
— O ty, mały! Jesteś wyjątkowo niegrzecznym chłopcem. Używać magii poza lekcjami? Mikołaj chyba nie odwiedzi cię w tym roku, hahaha! — Irytek śmieje się z własnego żartu.
Allie bierze gwałtowny oddech.
—Nie powiedziałeś tego — lodowatym tonem odpowiada dziewczynka. — Mikołaj na pewno odwiedzi Dantego! Dante nie krzywdzi skrzatów tak jak ty!
—A ty ciągle o tych skrzatach, skrzaty, bla bla bla, skrzaty. Nuuda! Wszyscy jesteście nudni!
Z tymi słowami opuszcza kuchnię, prawdopodobnie, by siać spustoszenie gdzie indziej.
Uczniowie wzdychają z ulgą.
— W końcu sobie poszli. Wszystko w porządku, Stace? — pyta Allie kolegę.
—Tak, już mnie nawet przestało boleć — odpowiada Puchon. — Lepiej sprawdźmy jak skrzaty.
Skrzaty także nie wyglądają na mocno skrzywdzone. Od razu zaczynają brać się za sprzątanie kuchni.
— To nic takiego, panienko. Psotka i inne skrzaty są przyzwyczajone. Poltergeist zawsze odchodzi jak już się znudzi — tłumaczy skrzatka Allison. — Może panienka i panicze coś zjedzą, Psotka coś przygotuje.
— Nie wiem czy powinniśmy — wtrąca się Stace. — Co prawda właśnie po to tu przyszliśmy, ale już i tak macie dużo pracy…
— Ależ skąd, sir. Psotka zaraz przyniesie potrawy, paniczowie tacy mili i panienka też, zasługują na to.
Czarodzieje nie chcą się kłócić ze skrzatką, więc po prostu czekają, aż przyniesie ona im smakołyki.
Wkrótce na stole pojawiają się przeróżne ciasta, pudding, pieczony indyk, ziemniaczki, groszek, a do tego różnego rodzaju sosy.
—Wooow, normalnie mała uczta! Dziękujemy bardzo — mówi Allie z pełną buzią, gdyż jak tylko jedzenie pojawiło się na stole, zaczęła jeść.
Reszta także próbuje dań przygotowanych przez skrzaty i okazują się tak wspaniałe, jak tego oczekiwali. Gdy już wszyscy są najedzeni, grzecznie dziękują za posiłek i wracają do swoich dormitoriów.
Kolejnego dnia Val i reszta Gryfonów budzi się w doskonałym humorze. Poprzedniego wieczoru udało im się niepostrzeżenie wrócić do zamku i umieścić choinkę w Pokoju Wspólnym. Uczniowie wracali stopniowo i dodatkowo dokładnie wyczyścili swoje buty z błota i śniegu. Nim dotarli do Wieży Gryffindoru, większość straciła zapał do ubierania choinki, zatem przełożyli tę czynność na kolejny dzień.
Przy wspólnym wycinaniu ozdób Diane i Val prowadzą pogawędkę.
—Jesteś pewna, że chcesz zostać w Hogwarcie na święta, Val? — dziwi się czarnowłosa. — Co prawda atmosfera tu jest cudowna, ale nie chciałabyś się zobaczyć ze swoim wujkiem? Trochę czasu minęło od ostatniego razu jak się widzieliście, a listy to wiadomo co innego.
— Długo nad tym myślałam, Diane, ale myślę że wujek bardziej ucieszy się z myśli, że dobrze sobie radzę i w końcu dorośleje. Zawsze powtarzał mi, że powinnam oduczyć się chodzenia za nim krok w krok, bo kiedyś go zabraknie. Gdy to mówił, jeszcze mocniej łapałam się nogawki jego spodni krzycząc, że nie dam mu odejść. Chyba byłam za mała, żeby zrozumieć do końca, co miał wtedy na myśli. Kiedy wrócę chcę mu pokazać czego się nauczyłam, chcę żeby był ze mnie dumny, dlatego muszę jeszcze poczekać. Choć naprawdę, naprawdę chciałabym go choć na chwilę zobaczyć.
—Ojej, to takie urocze! Choć jestem pewna, że i tak jest dumny — odpowiada Diane. — Szczerze, to chyba też wolałabym zostać w Hogwarcie… Boję się, że będzie strasznie niezręcznie przez pewną osobę — Jej wzrok wędruje w stronę Andrew siedzącego w fotelu po drugiej stronie pokoju. — ale rodzice by mnie zamordowali, gdybym nie wróciła na święta. Wiesz, są trochę przewrażliwieni. To musi być zboczenie zawodowe— z tego co Val pamięta, rodzice Dee byli Aurorami. — Ale przejdźmy do weselszych tematów: idziemy dziś na błonia, no nie?
Val patrzy się na przyjaciółkę ze zdziwieniem.
—Nie słyszałaś? — mówi zaskoczona Diane. — O dwunastej jest Wielka Międzydomowa Bitwa na Śnieżki! Każdy może brać w tym udział, to jest taka świąteczna tradycja! Niezła zabawa się zapowiada. Idziemy tam, nie ma innej opcji.
Val nie ma innej opcji, jak tylko się zgodzić.
W okolicach godziny dwunastej duże grupy uczniów zbierają się na hogwarckich błoniach. Każdy uczeń założył szalik swojego domu, aby łatwo było rozpoznać, kto jest po której stronie. Stawka była wysoka: 50 punktów w klasyfikacji Pucharu Domów sprawiło, że nawet Ślizgoni, niezbyt chętni do integracji z innymi domami, wyszli z lochów i w bojowych nastrojach przyszli zawalczyć o wygraną.
Profesor Flitwick, który ma być sędzią i nadzorować przebieg „walki”, przemawia.
—Drodzy uczniowie! — zaczyna nauczyciel zaklęć. — Witam was na corocznej Wielkiej Międzydomowej Bitwie na Śnieżki! — robi przerwę, by pozwolić wybrzmieć oklaskom, które rozlegają się wśród uczniów. — Z tej racji chciałbym wytłumaczyć nowym uczniom oraz przypomnieć starszym zasady gry. Za chwilę zaklęciem sprawię, że na waszych klatkach piersiowych pojawią się tarcze. Będą one reagować ze śniegiem, więc gdy ktoś zostanie trafiony śnieżką bądź upadnie na brzuch, będzie wyeliminowany z rozgrywki. Każdy dom ma prawo do zbudowania własnego muru obronnego, za którym będzie się chował, a ktoś z innego domu nie będzie mógł się tam dostać. Niedozwolone jest jednak ciągłe chowanie się, zawsze połowa musi znaleźć się na polu gry, a gdy jest mniej niż dwadzieścia osób to wszyscy mają być widoczni. Możliwe jest zakładanie sojuszy między domami, lecz należy pamiętać, że na końcu może wygrać tylko jeden dom. Są jakieś pytania? — Nikt nie zadaje pytań, więc nauczyciel rzuca zaklęcia na wszystkich. — A, mało bym zapomniał: nie używamy magii! I staramy się nie celować w twarz. Rozumiem, że nie każdy ma doskonały cel, lecz jestem przekonany, że trafienie kogoś tak trzy razy pod rząd nie jest przypadkiem. — Surowo patrzy na kilku starszych Ślizgonów, którzy śmieją się, prawdopodobnie wspominając tę sytuację. — Macie piętnaście minut na przygotowanie murów, a wtedy zaczynamy. Powodzenia, czas start!
Wszyscy prędko zaczęli budowę.
U Krukonów kierownictwo przejmuje Phoebe Caldwell, Prefekt Naczelna.
—Szybko, szybko, lepimy mur! — pogania wszystkich. — Musimy wymyślić plan. Nie ma miejsca na jakąkolwiek pomyłkę. Od tego zależy wszystko! Po naszej zeszłorocznej porażce nie możemy pozwolić, by to Ślizgoni znów wygrali. Poczekamy, aż osłabną. Pewnie popędzą na Gryfonów, więc my pozwolimy im na to. Niech się wzajemnie powybijają. My natomiast natrzemy na Puchonów, jednak oszczędnie, młodsi uczniowie pójdą najpierw. Wszyscy się zgadzają?
— Nie lepiej założyć sojusz z Puchonami i razem napaść na Ślizgonów? — pyta jeden z chłopców — Jeśli Gryfoni również Ślizgonów chcą wyeliminować najpierw, to jak złączymy siły, na pewno ich pokonamy.
—Nie ufam Gryfonom. Są chaotyczni, gdy tylko tam się zbliżymy, zaczną atakować jak popadnie, więc jednak wolę by załatwić to na boku z Hufflepuffem najpierw. Roczniki od pierwszego do czwartego przygotować się. Słyszeliście plan. Na polu bitwy dowództwo przejmie… — zaczyna rozglądać się wśród wszystkich i wskazuje na Maddison Delaney, czwartoroczną. Dziewczyna jest zaskoczona, nie bardziej jak reszta uczniów, gdyż pamiętali, że dziewczyna straciła ostatnio rodziców — Maddie. Wierzę w ciebie, rok temu naprawdę świetnie ci szło. Ale rozumiem, jeśli wolałabyś w ogóle zrezygnować, pewnie jest ci ciężko przez to, co stało się ostatnio...
— Nie, zrobię to — mówi zdecydowanym głosem. — Dzięki za to wyróżnienie, nie zawiodę naszego domu.
—Uwaga, do rozpoczęcia została minuta! Przyjąć stanowiska — krzyczy profesor Flitwick.
Uczniowie wychodzą na pozycje. Wśród Krukonów jest to między innymi Jin-sun, Sean, Lorcan, Lucas i Gilderoy. Jin zauważa wśród innych domów znajome twarze: Allison, Diane, Val, Andrew, Anthony’ego, Dante. Wkrótce rozbrzmiewa sygnał do rozpoczęcia i czas zacząć rozgrywkę.
Jin wpada na pomysł, że dobrym rozegraniem tego pojedynku byłoby przygotowanie większej ilości kulek. Gdy reszcie zabraknie amunicji, Krukoni będą gotowi do ataku i może tym samym zwiększa tym swoją szansę na wygraną. Jin dał znać kolegom o swoich zamiarach i przystąpił do lepienia kulek ze śniegu.
— Dobry pomysł, zapasy nam się przydadzą. Niech reszta kryje go w miarę możliwości! — rozkazuje Maddison.
Wszyscy na razie są ostrożni i próbują wybadać przeciwnika.
Ślizgoni podchodzą do zadania w sposób mniej zorganizowany niż Krukoni, lecz nie znaczy to, że im mniej zależy. Wręcz przeciwnie, w grupie domu Slytherina wyczuwalne są skupienie i determinacja.
— Nie będę przynudzać, bo nie ma sensu — zaczyna swoją przemowę Prefekt Slytherinu. —Rzucajcie, w kogo chcecie. Macie jakieś rachunki do wyrównania? Śmiało. Tylko nie dajcie trafić się jakimś przegrywom z Hufflepuffu. A kretyni z Gryffindoru pewnie jak co roku zaczną od nas. — przewraca oczami. — Więc dajmy im lekcję, tak jak ostatnio. Do dzieła!
Dante nie ma najmniejszej rzucać się ze śnieżkami na kogokolwiek... Przynajmniej teraz. "Potem", stwierdza w myślach, chuchając w swoje zimne dłonie, "może jakaś wymsknie mi się z ręki i przypadkowo trafi w Evana czy jakiegoś innego przyjemnego kolegę”.
Jednak mimo wszystko, nie chce mu się też bezczynnie sterczeć za murem, nic praktycznie nie robiąc. Może się do tego nie przyzna na głos, ale jednak chce, by jego Dom wygrał tę rywalizację.
Rozgląda się więc wokół, poszukując w tłumie znajomych twarzy. Gdy zauważa wreszcie Tony'ego, brunet bez zastanowienia do niego podchodzi. Biorąc do ręki śnieg i formując z niego kulki, mówi:
— Hej, Tony. Masz już jakiś plan? — uklepiwszy starannie śnieg, podaje śnieżkę swojemu ślizgońskiemu koledze. — W każdym razie, w kogokolwiek chcesz rzucać, ja będę ochraniać twoje tyły.
Następnie zaczyna lepić kolejne kulki i starannie przygląda się, czy oby ktoś w nich nie celuje.
— Szczerze, to nie miałem żadnego planu — odpowiada Tony. — Miałem nadzieję, że ktoś szybko mnie trafi i sobie pójdę — wzrusza chłopiec ramionami. — Ale niech będzie, żeby nie było potem, że się nie staram. — Przyjmuje śnieżkę od Dantego i rozgląda się kogo by trafić.
U Gryfonów przewodzi kapitan drużyny Quidditcha.
— W bitwie na śnieżki, tak jak w grze w Quidditcha ważna jest strategia. Dlatego my zaczniemy od-
— Dobra, dobra, Derek, nikogo to nie interesuje — przerywa wypowiedź chłopaka Syriusz. — stawiam Kremowe Piwo za zestrzelenie Smarkerusa…
— A ja dwa za trafienie w głowę! — James przybija mu piątkę i razem wybiegają w poszukiwaniu swojego celu, Severusa Snape’a z Slytherinu.
— Potter! — woła chłopaka rudowłosa dziewczyna w wieku Huncwotów.
— Tak, Lily? — James odwraca się w jej stronę a chwilę później dostaje śnieżką od dziewczyny prosto w tarczę.
— A co ja dostanę na zestrzelenie idioty? — pyta Lily niewinnie.
Potter nie może wyjść z zaskoczenia i wygląda na bardzo rozczarowanego, że tak szybko zakończył rozgrywkę.
— Te, Evans, nie pogrywaj sobie! — złości się Syriusz i tym razem on celuje w dziewczynę, lecz tej udaje się umknąć przed śnieżką. Od razu przechodzi do kontrataku. Przez przypadek jedna z drugorocznych dostaje kulką.
— Powybijanie ludzi z własnego domu nie jest dobrą taktyką! — krzyczy Derek, lecz piątoroczni go nie słuchają i kontynuują atakowanie się.
— Chyba czas ulatniać się z naszej bazy — mówi Diane do Val; dziewczyny obserwowały całe zajście. — No nie, Val? Idziemy skopać paru ludziom tyłki?
— Hahaha, zachowują się jakby mieli pięć lat, a dorosły zabrałby im lizaka z ręki. W każdym razie, masz rację, nie możemy tu bezczynnie czekać, bo wkrótce i nam się dostanie. Co ty na to, żeby zapolować na ten ich słynny cel? — mówi z ekscytacją w głosie. "Chcę zobaczyć minę reszty, jeśli nam się uda".
—Myślałam, że nigdy nie zaproponujesz — odpowiada Dee z błyskiem w oku. Dziewczyny wbiegają prosto w wir walki.
Śnieżki latają wszędzie i z większym lub mniejszym skutkiem trafiają w cel.
— Szybciej, Jin, szybciej! — krzyczy Lorcan do kolegi, który stara się jak najmocniej, by pomóc swojemu domu. Jednak Jin jest sam, a kolegów czterech. Takie skupisko osób w jednym miejscu szybko przyciąga uwagę przeciwników i to właśnie w ich stronę leci najwięcej kulek.
—O nie, dostałem! — zrozpaczony Lucas musi opuścić pole gry.
—Walczyłeś dzielnie — klepie go po ramieniu Sean. — Pomszczę cię, bracie. Kto to był?! — wykrzykuje gniewnie w tłum. — Zaraz mu pokażę, tylko-
Nie dokańcza, gdyż dostaje śnieżką w twarz. Szybko otrzepuje śnieg z oczu, by zrewanżować się i szuka osoby która go trafiła.
—Sooorki! To było niechcący, nie miało być w twarz — tłumaczy się Allie Graham, zbliżająca się do grupki Krukonów z śnieżkami w obu rękach.
Jest w takiej odległości, że chłopak może w nią bez problemu trafić, lecz waha się i tym razem Puchonka nie chybia.
— No, tak właśnie miało być! — wesoło odpowiada.
— Sean, zgłupiałeś, czemu w nią nie trafiłeś? — burzy się Lorcan. — Tak ci dobrze szło wcześniej!
— Nie będę strzelał w dziewczyny — odburkuje pod nosem zawstydzony chłopak.
Lorcan wygląda, jakby miał ochotę mu wygarnąć, lecz musi uciekać przed trafieniem innej osoby.
— Oo, jak milutko, jeden z głowy — mówi Allie. Jednak mój ostateczny cel jest inny. Jin-sun! — palcem wskazującym pokazuje na chłopaka, który kuca i robi śnieżki.
— Ja? — dziwi się chłopak.
— Tak, ty. Pamiętasz ostatni nasz pojedynek? Mamy niewyrównane rachunki! Wstawaj i walcz, chyba że tchórzysz!
— On nie tchórzy! — krzyczy Lorcan i celuje w Allie, lecz zanim zdąża wypuścić kulkę, zostaje trafiony w klatkę piersiową.
— Nie, nie, nieee~ — śpiewnie odpowiada Liam Graham, który pojawia się nie wiadomo skąd. —Nie w moją siostrę, nie-e-e.
„Tylko Gilderoy pozostał”, myśli Jin, lecz obraca się wokół i zauważa, że chłopaka też już nie ma na polu gry. Krukon został sam. Nie zostaje mu nic innego, jak stanąć przeciwko Puchonce i pomścić przyjaciół.
Walka jest wyrównana, oboje skutecznie unikają ciosów. Lecz nie mogło to trwać wiecznie - w końcu Allie trafia w chłopaka.
—Jest! — woła uradowana. — Nie bierz tego do siebie, Jin. Fajna zabawa, nie?
Dziewczyna nie uzyskuje odpowiedzi, lecz jej to nie przeszkadza. Biegnie dalej bić się na śnieżki.
Współpraca Dantego i Tony’ego przebiega bardzo dobrze. Chłopcy nie wychylają się, lecz wybierają sobie pojedyncze jednostki, które odstają od reszty, tak, by nie zainteresować sobą żadnego groźniejszego zawodnika. Mimo początkowej niechęci Flintowi, wyraźnie sprawia satysfakcję trafianie innych śnieżkami. Szczególnie, gdy trafiał w kogoś starszego na jego twarzy malowało się zadowolenie i widać było, że dawał upust wszystkim swoim negatywnym emocjom.
—Dante, dobry z nas zespół, no nie? Patrz, jak nam świetnie idzie — z wypiekami na twarzy mówi chłopak. — Myślę, że powinniśmy pójść o krok dalej!
Medeley delikatnie studzi zapał chłopaka, wiedząc, że może źle się to skończyć.
Lecz gdy Anthony zauważa odosobnioną w tamtej chwili Allison, nie może powstrzymać się od obrania jej sobie za cel.
—Widziałeś, Dante, jak walczyła z tym twoim kolegą? Niezła jest, ale jestem pewien, że w głównej mierze to było szczęście. Damy sobie z nią radę! Musisz mnie ochraniać, bo jej brat może mnie zechcieć trafić. No dalej, nie możemy wciąż grać tak bezpiecznie!
Ambicja Dantego bierze w górę i razem z kolegą ruszają na dziewczynę.
—O Dante, siemka! — wita się Allie wesoło z kolegą, gdy go zauważa, lecz szybko poważnieje, gdy uświadamia sobie, że chłopcy z Slytherinu nie podchodzą do niej w pokojowych celach.
—Co wy… Tak na mnie? — dziewczynka cofa się parę kroków i rozgląda wokół w poszukiwaniu wsparcia, lecz nikogo nie ma. — Tak w dwóch na jedną małą dziewczynkę?
—Nie udawaj niewiniątka, Graham. — Tony krzyżuje ramiona prowokacyjnie. — Widzieliśmy jak walczysz. Zaraz będzie po Tobie!
Allie próbuje się bronić, lecz przeciwko dwójce osób jest to trudna sprawa. Nie udaje jej się uniknąć trafienia. W poczuciu beznadziejności i porażki opuszcza pole bitwy.
Tony przybija piątkę z Dantem.
— A więc, kto następny? — pyta Dante.
Rozglądają się i zauważają Valkirię i Diane przemykające w stronę obozu Ślizgonów. Dante rzuca pytające spojrzenie koledze.
—Niee, to jeszcze nie czas — mówi Tony. — Szczerze to ciekawi mnie, co z tego wyniknie.
— Kim jest właściwie Smarkerus? — pyta przyjaciółkę Valkiria w drodze do obozu Ślizgonów, między robieniem uników.
—Nie wiesz? To ksywka takiego typka z piątego roku na Slytherinie - a właściwie to bardziej przezwisko. Nazywa się Severus Snape i ma takie tłuste włosy, jakby ich w ogóle nie mył, fuj. Jest dobry w Eliksirach, chodzi do Klubu Ślimaka. Raczej nie jest rozmowny, na spotkaniach gada tylko z Lily Evans z naszego domu. To w sumie tyle, co wiem. Huncwoci go nie lubią i pewnie dlatego chcą, żeby przegrał.
—Myślisz, że wciąż jest na polu gry? A może jeszcze nie wyszedł.
—Nie wiem, przekonamy się. Poza tym, postrzelamy i tak w innych w międzyczasie.
Coraz bliżej dziewczyny się zbliżały, tym mniej osób próbowało w nie strzelić. Dziwne, pomyślała Val.
—Hej, dziewczyny, czekajcie! — krzyczy Andrew, który biegnie za nimi. — Co wy robicie, chcecie od razu zginąć?
— O co ci, chodzi? Nie widzisz, że prawie nikt nie strzela? Widocznie im nie zależy, żeby nas trafić. — wzrusza ramionami Dee.
— Jeny, Diane, o to im właśnie chodziło, żebyśmy podeszli jak najbliżej. To była przynęta!
Jak na zawołanie zza muru wychodzi kilkanaście osób uzbrojonych w kulki. Dodatkowo, osoby na około, które wyrażały wcześniej brak zainteresowania grą, zaczynają się gromadzić wokół nich.
— Mówiłem — ponuro stwierdza Andy. — Nie ma szans, że wyjdziemy z tego cali, ale zabierzmy ze sobą jak najwięcej Ślizgonów się da.
— Zasłońcie swoje tarcze! — poleca im chłopak. — Stańcie twarzami do siebie, nie będą w stanie w nie trafić. Ja spróbuję załatwić tylu, ilu się da.
— O nie, jeszcze Krukonów brakowało! — wykrzykuje i wskazuje palcem na prawo od siebie. Część Ślizgonów odwraca głowę w tamtą stronę, z której nic nie było i podczas tej chwili rozkojarzenia udaje mu się trafić jednego z nich. Podczas gdy reszta jest w szoku po śmiałości chłopaka na tak prymitywną sztuczkę, Andrew trafia w drugą osobę.
— TY! — z furią krzyczy wysoki, nieprzyjemnie wyglądający Ślizgon. — Ludzie, na niego!
Andrew zostaje trafiony w tarczę, lecz wkurzonym uczniom domu Salazara Slytherina to nie wystarcza, trafiają go w twarz a Evan Rowland za punkt honoru postawił sobie najwyraźniej nasypać mu śniegu za kaptur i zaczyna biec w jego kierunku z śniegiem w rękach.
—TERAZ MACIE SZANSĘ! — Gryfon ostatnimi siłami przekazuje koleżankom z domu.
Dziewczynom nie trzeba dwa razy powtarzać i przystępują do ataku. Nikt już nie myśli o tym, by trafić w tarcze, kulki lecą jak popadnie. Trafieni Ślizgoni nic nie mają sobie z tego, że zostali trafieni i wyeliminowani i wciąż walczą, aż w końcu Flitwick musi interweniować.
— Wystarczy! To już jest przesada — stwierdza i prowadzi wyeliminowanych z pola gry.
Val i Dee uświadamiają sobie, że i one, tak jak Andrew, zostały trafione.
— Było warto — stwierdza Diane. — Zestrzeliliśmy chyba z osiem osób.
— Ale czy trafiliśmy TĘ osobę? — pyta Val.
Dee tylko wskazuje palcem na jednego z chłopców, który schodził z pola gry. Rudowłosa rozumie ją bez słów.
— Warto było — zgadza się z przyjaciółką Valkiria.
Uczniów na polu gry zostaje coraz mniej. Dante i Tony trzymają się jeszcze, choć wiedzą, że długo nie przetrwają.
—I tak zrobiliśmy wiele — mówi Tony. — Nigdy nie przypuszczałem, że będziemy w dwudziestce.
Stali na widoku a w ich stronę zbliżają się bracia Allie, by pomścić dziewczynę.
— Przyjemnie było z tobą walczyć, Dante. To już mój czas.
Chłopak podnosi ręce w geście kapitulacji a Peter trafia go w tarczę. Dante natomiast, w ostatnim porywie rewanżuje się starszemu bratu Allison i eliminuje go. Wie, że był on ostatnim Krukonem na polu walki. Jest także świadomy tego, że Puchonów zostało z czterech, Gryfonów ośmiu a Ślizgonów kilkunastu. Dlatego gdy zostaje trafiony nie jest zły, tylko ze spokojem opuszcza miejsce rozgrywki.
Ostatecznie to dom Slytherina wygrywa Wielką Międzydomową Bitwę na Śnieżki. Gryfoni plasują się na drugim miejscu, Puchoni zajmują trzecie miejsce a Ravenclaw ostatnie.
Po bitwie wszyscy udają się do Wielkiej Sali na ucztę. Choć różnym uczniom towarzyszą różne emocje, jedno mają wspólnego: marzą o ciepłym posiłku. Skrzaty domowe sprostały temu zadaniu i na stołach pojawiły się jak zwykle apetyczne potrawy. Gdy już wszyscy się posili, głos zabiera dyrektor, Albus Dumbledore. Po krótkiej przemowie zapowiada on występ szkolnego chóru. W sali wybrzmiewa piękna świąteczna kolęda, którą próbuje przekrzyczeć Irytek śpiewając własną, bardziej sprośną wersję, lecz zostaje siłą przyciszony przez profesor McGonagall. Nic jednak nie jest w stanie zepsuć humoru związanego ze świętami.
W końcu nadchodzi czas pożegnań. Są one bardziej lub mniej wylewne.
—Ale napiszecie mi, jakby coś się działo ciekawego, no nie? — upewnia się Allie w rozmowie z Jin-sunem, Val i Dante. — A nawet jak nie będzie się działo nic ciekawego? I żadnego śledztwa beze mnie!
Przyjaciele odpowiadają twierdząco, gdyż wiedzą, że żadna inna opcja w przypadku Allie nie przejdzie.
—Jej, dzięki! — nim którekolwiek zdąży zaprotestować, Allie przyciąga ich do uścisku. — Wesołych Świąt!
Odchodzi, machając im na pożegnanie. Po drodze chce zgarnąć Petera, który pogrążony jest w rozmowie z swoją przyjaciółką, Maddison. To, co słyszy mocno ją szokuje, nie mniej jak samą Krukonkę, która spogląda na niego z niedowierzaniem.
—ŻE PRZEPRASZAM, ALE JAK TO NIE WRACASZ NA ŚWIĘTA? — wybucha Allie i wiele głów odwraca się w ich stronę.
—Normalnie — odpowiada wzruszając ramionami. —Wpisałem się na listę parę dni temu. Powinienem zostać, nie, nawet MUSZĘ zostać. — I spogląda na Maddie, która chyba pojmuje, o co chodzi chłopakowi.
— Nie ma mowy. Jedziesz do domu! — odpowiada stanowczo. — Przecież wiesz, że wszystko jest już w porządku. Naprawdę, nie powinieneś rezygnować ze spotkania z rodziną.
— Ale…
— Wszystko jest pod kontrolą, tak? — przerywa mu. — To nie jest tak, że będę tu sama. Poza tym, zawsze ciekawiło mnie, jak wyglądają święta w Hogwarcie. — Uśmiecha się do Petera w uspokajający sposób. — Allie, dopilnuj, by wsiadł do pociągu, nawet gdybyś to miała zrobić siłą. — Zwraca się do dziewczynki.
—Jasne, że to zrobię! — odpowiada Puchonka z przekonaniem, jakby żadna inna opcja nie wchodziła w grę. — Maaadie, a może pojedziesz z nami? Możesz nawet spać w moim pokoju! Mam duże łóżko.
Krukonka tylko się uśmiecha.
— Kochana jesteś, ale nie czułabym się z tym dobrze. Zmykajcie już, bo wam pociąg ucieknie.
Peter nie bez ociągania odchodzi, ciągnięty przez siostrę.
Dante, Val i Jin-sun wychodzą w końcu z Wielkiej Sali. Nie wiedzą do końca, dlaczego nie zrobili tego wcześniej. Usprawiedliwiają sobie to tym, że byli ciekawi, co wywołało tak gwałtowną reakcję u Allie. Wracają do swoich dormitoriów, aby odpocząć po ekscytującym dniu.
Komentarze
Prześlij komentarz