ROZDZIAŁ 6

Tydzień po feralnym piątku nadchodzi czas na zapowiedziany przez profesora Heffernana szlaban. Za nic zdały się prośby Allie, by nauczyciel lżej potraktował jej przyjaciół. Wręcz przeciwnie, gdy przypomniał sobie, że Valkiria i Diane kryły uciekinierów, je również ukarał szlabanem - jednorazowym. Zrezygnował jedynie z odebrania im punktów.
Przed gabinetem Filcha - woźnego Hogwartu -zbiera się całkiem spora liczba osób - są to uczniowie różnych roków, najwidoczniej uznano, że właśnie piątek jest najdotkliwszym terminem dla łamiących przepisy szkolne. Nie wszyscy jednak zdają się przejmować - dwóch gryfońskich chłopaków: rozczochrany okularnik i długowłosy brunet próbują zwabić grubego, wyliniałego kota Filcha podejrzanie wyglądającym kawałkiem mięsa. Kilka osób zaczyna im kibicować, między innymi Allie, która wygląda na szczególnie wesołą. Dużo mniej komfortowo zdaje się czuć Diane, która nerwowo bawi się swoimi kręconymi lokami stojąc przy Val. Anthony także wygląda nieswojo, intencjonalnie, bądź nieintencjonalnie, zachowując dystans od reszty, w tym także Dantego. 
W końcu nadchodzi Filch i widząc knujących coś Gryfonów, szybko bierze swoje zwierzątko na ręce.
— Panie Morris, wszystko w porządku? — Zwraca się z troską do kota. — Nic ci te przebrzydłe nicponie nie zrobiły? Potter, Black, jeśli choć go tknęliście...! Przysięgam, zawiśniecie na suficie za te wasze obrzydliwe nadgarstki. — Zwraca się do chłopaków z groźbą w oczach.
— Chyba nic nie jest w stanie wykończyć tej kreatury. — odpowiada półgłosem okularnik.
— Ani słowa więcej, Potter! Wiecie, co macie robić z Blackiem. Jeszcze dodatkowo posprzątacie łazienkę na pierwszym piętrze. Oddawać różdżki i już was ma tu nie być!
Z niechęcią wykonują polecenie i w końcu woźny odzywa się do reszty szlabanowiczów.
— Jesteście tu, bo każdy z was dokonał haniebnego czynu, jakim jest pogwałcenie regulaminu szkolnego. Oczywiście, jeśli by to ode mnie zależało wyplewiłbym te wasze nieposłuszeństwo starymi, skutecznymi metodami jak łańcuchy. Dumbledore nie pochwała jednak tego, więc zostają wam mniej dotkliwe kary. Do posprzątania macie główne korytarze na drugim, trzecim i czwartym piętrze oraz łazienki na tych piętrach. Wszystko bez użycia magii. Jak się podzielicie - nie ma znaczenia. Ważne, żeby wszystko lśniło na błysk. Ja wraz z panem Morrisem będziemy nadzorować wasze prace. Proszę o zwrot różdżek.
Wszyscy wykonują polecenie, a Filch zauważa, że jest ich za mało.
— Ktoś śmiał nie przyjść?! Niedop-
— Przepraszamy za spóźnienie!
Przybiegają zdyszani Liam i Peter Graham. Allie rozszerza oczy na ich widok.
— Wy też? Jeny, co za niespodzianka! To chyba rodzinne, hahaha! — Śmieje się dziewczynka głośno.
Filch wygląda, jakby chciał ich wszystkich zamordować.
— Nie przyszliście się tu bawić! Do pracy, jazda!
Zaczyna się rozdział obowiązków - z oczywistych powodów nikt nie wybiera toalet. Wszystkich dziwi szóstoroczny Puchon, który zgłasza się do czyszczenia łazienki na trzecim piętrze.
— No co? — Pyta cicho, poprawiając kwadratowe okulary. — Ktoś to musi zrobić, no nie? I tak łazienki są mniejsze niż cały korytarz.
— W sumie to ma rację — mówi Diane. — Idę do tej na drugiej.
Wywołuje to śmiech wśród starszych uczniów, więc Gryfonka pytająco się na nich patrzy.
— Przekonasz się. — Złośliwie uśmiecha się trzecioroczna Ślizgonka.
— Trzecie piętro — lakonicznie oznajmia Tony i zabiera mopa wraz z wiadrem, które przyniósł woźny.
— Łazienka na czwartym! Zaklepuję — mówi Allie i biegnie szybko po przybory do czyszczenia, by nikt jej nie podebrał. Bracia podążają za nią niczym eskorta.
Jin, Dante oraz Val także muszą dokonać wyboru, aby nie dostać najgorszych miejsc.
Jina zaskoczyła reakcja trzeciorocznej Ślizgonki, tak jakby było coś na rzeczy z łazienką na drugim piętrze, co go niewątpliwie zaciekawiło. Opcja pójścia z Allie nie wchodziła w grę... Jej ostatnie zachowanie nie spodobało się Lee i nie ma ochoty wchodzić z nią w żadne interakcje. A poza tym, nie przeprosił jeszcze Diane za swoje zachowanie, a więc najwyższa pora aby to zmienić.
— Diane, czekaj, idę z tobą.
Dziewczyna wygląda na zaskoczoną decyzją Jin-suna, patrzy na niego z niedowierzaniem.
— Okej, jak chcesz… — odpowiada ostatecznie i wzrusza ramionami.
Do Jina podchodzi wysoki Krukon i klepie po ramieniu.
— Nie wiesz co czynisz, kolego. Moje kondolencje— współczująco mówi chłopak i odchodzi, żeby wykonać swoją część kary.
— Jeny, ludzie, o co wam chodzi? — Złości się Diane. — Mam tego dość. Chodźmy już wreszcie. Mam nadzieję, że będziesz choć trochę użyteczny, Lee. 
Gryfonka na odchodne rzuca ostatnie spojrzenie Val. Miało ono chyba uspokoić rudowłosą i przekonać, że tym razem poradzi sobie sama.
Val zauważa spojrzenie Diane i z uśmiechem odprowadza przyjaciółkę wzrokiem. Chce dodać jej w ten sposób otuchy przed ciężka rozmową, jaka ją czeka. Gdy Diane podchodzi bliżej, Val szeptem dodaje tak, żeby tylko ona mogła ją usłyszeć:
—Tylko nie pogryźcie się tam, bo nie będę dodatkowo sprzątać waszej krwi z podłogi.
Val nie ma ochoty na sprzątanie łazienek. Komunikaty odnośnie prawidłowego korzystania z toalety wygłaszane ciągle przez nauczycieli dają jej do myślenia. Nawet nie chcę myśleć, co mogłaby zastać na miejscu. Wystarczy jej wrażeń w życiu. 
"Zatem zostaje chyba korytarz, to chyba najlepsze wyjście. Może skorzystam z okazji i podpytam Tonego co stało się na korytarzu, gdy znaleźli ich nauczyciele. Nikt do tej pory nie raczył jej wyjaśnić, skąd ta dziwna atmosfera między nimi", myśli.
— Ja zaklepuje korytarz na trzecim piętrze! — wyrzuca z siebie i już idzie po środki do mycia.
— Mądre dziecko — komentuje starszy, na oko siódmoroczny Gryfon. — Też chyba tam pójdę.
Za nim zgłasza się również parę osób i okazuje się, że aż siedem osób chce sprzątać to samo piętro. Filch przyglądający się rozdziałowi obowiązków  w końcu interweniuje.
— Na jedno piętro może przypadać maksymalnie trzy osoby. Pan Morris i ja dopilnujemy, aby każdy z was napracował się jednakowo mocno. No chyba, że ktoś chce dostać dodatkową pracę, to wtedy proszę bardzo. Na pewno jeszcze coś zostanie, nawet jak Black i Potter wyszorują pozostałe piętra. Nie wypuszczę was stąd, dopóki nie zobaczę skruchy na waszych twarzach. 
Dante nie ma więc innego wyboru jak zdecydować się na jedną z łazienek. Brunet nerwowo bębni palcami o swoje udo. Nie może powiedzieć że jest dziś w najlepszym humorze, ba! Rzekłby nawet że czuje się wprost okropnie. I to nie tylko dlatego, że zdołał zdobyć szlaban już na początku swojej nauki w nowej szkole (co na pewno nie odbije się pozytywnie na opinii jego nauczycieli), choć myśl o tym jak będzie musiał to przekazać ojcu jest dość... nieprzyjemna, ani nawet nie ze względu kary, jaka na niego czekała. Jeśli miałby być szczery to nawet spodziewał się czegoś znacznie gorszego - bardziej niebezpiecznego i okropnie... magicznego. Sprzątanie, choć może zajęcie którego nie wykonywał zbyt często... a nawet w ogóle, brzmiało nawet przyjemnie jeśli weźmie się pod uwagę możliwe alternatywy.
Nie, to co sprawia że dłonie mu się trzęsą i przygryza zębami dolną wargę tak mocno, że aż zaczyna ona piec, to cała sprawa, która doprowadziła do jego obecnej sytuacji. Zachowanie Allie go... martwi. Nawet nie ten niespodziewany atak (aczkolwiek był on posunięciem raczej dziecinnym i niebezpiecznym dla ich obu), ale jej reakcja na słowa Tony'ego... które, nawet sam Dante musi przyznać, na pewno były bardzo raniące, może nawet aż zbyt. I choć też istnieje cała nieciekawa sprawa z tym jak ten sam Ślizgoński kolega dowiedział się o jego statusie krwi... to jednak to może poczekać. Dante więc zakładając za ucho jeden z niesforniejszych kosmyków swoich brązowych włosów, przełykając ślinę, kieruje się prędko w stronę czwartego piętra.
Dante dogania Allie i jej braci, gdy są już w łazience. Dziewczynka uśmiecha się na jego widok. 
— Danteee! Jak dobrze, że jesteś, ta dwójka jest taka irytująca! — Wskazuje na braci. — Nie odstępują mnie na krok. I zadają dziwne pytania. 
— Pff, od razu dziwne… Nie przesadzaj, skrzacie — odzywa się Liam, przybierając niewinną pozę. Przygląda się siostrze z troską. — To twój pierwszy szlaban, a do tego szlaban z Filchem, a ty zachowujesz się, jakbyś się w ogóle nie przejmowała. Jesteś zdecydowanie za wesoła. Szczególnie, że tydzień temu jęczałaś mi cały wieczór, jak to wszystko jest złe i niesprawiedliwe.
— Że co? Wcaaale, że nie! Wszystko jest fajnie. Dramatyzujesz. Pewnie mama kazała ci mnie pilnować. Wam obu. Haha, rozgryzłam was! — odpowiada Puchonka, zadowolona ze swojej dedukcji.
— To nie prawda — zaprzecza Peter i poprawia przy tym okulary, które mu się odrobinę zsunęły. — To był pomysł Liama — dodaje po chwili.
Wspomniany chłopak szturcha swojego bliźniaka łokciem w brzuch i patrzy na niego z niedowierzaniem.
— Pete! Nie miałeś tego mówić. Mieliśmy być dyskretni! Co, jak teraz napisze do rodziców, że specjalnie zarobiliśmy ten szlaban? Będzie po nas.
— To był twój pomysł, więc to twoja odpowiedzialność. Ja tu tylko sprzątam — wzrusza ramionami.
Liam nie wytrzymuje, bierze wiadro z wodą do mycia podłóg i wylewa je na głowę brata. Ten nie zostaje mu dłużny i robi to samo.
 — Oooo, jak fajnie! Wojna na wodę! Też chcę, też chcę! — Krzyczy Allison, podnosi swoje wiadro i bierze zamach, a jego zawartość ląduje na Dantem. Nie trafia go przynajmniej w twarz,
tylko niżej, co nie zmienia faktu, że chłopak jest przemoczony.
—A...a! — chłopak wykrzykuje, gdy tylko zostaje wylana na niego woda. Niemalże natychmiastowo kieruje spojrzenie na swoje ubrania, starając się prędko ocenić, jak bardzo przemoczył go niespodziewany atak Allie. Gdy tylko widzi, jak bardzo jego szaty są mokre, zaczyna je porządnie wyciskać z wody. Nie pomaga to oczywiście wiele, nadal pracowanie w tak mokrym ubraniu będzie udręką, ale przynajmniej nie musi się już martwić, że z tkaniny będzie ciekła ciurkiem woda. "Przynajmniej nie zmoczyła moich włosów...", myśli brunet, sięgając ręką do swojej brązowej czupryny, sprawdzając czy faktycznie wszystkie brunatne kosmyki pozostały (chociażby mniej więcej) suche.
— Allie! — Mówi, w tonie jego głosu słychać jest odrobinę wyrzutu — Nie... mo... ach, nie... woda! — kontynuuje elokwentnie, gestykulując żywo rękami. Z sekundy na sekundę znika jednak początkowy szok, jak i nawet nieprzyjemne uczucie zimna staje się bardziej do zniesienia. Co za tym idzie, chłopak nieco się uspokaja.
— Nie lepiej jest zrobić ten szlaban najszybciej jak możemy? Bawiąc się w ten sposób narobimy tylko więcej bałaganu — mówi, jednocześnie starając się dyskretnie odciągnąć ostatnie wiadro napełnione wodą z dala od blondynki. Nie ma jakoś specjalnej ochoty dawać jej drugiej szansy, by tym razem swoim rzutem nie spudłowała — Szczerze wątpię, żebyś bardzo chciała spędzać piątkowe popołudnie na sprzątaniu toalet — dodaje, unosząc jedną brew. 
— To — zaczyna — może zabierzmy się już do roboty?
Następnie podnosi niepewnie jedną ze szmatek i patrzy się oczekująco na Allie i jej rodzeństwo.
— Buu! Psujesz zabawę, Dante — mówi naburmuszona dziewczynka.
— Allie, nie możesz tak więcej razy robić! To było bardzo dziecinne. Twój kolega ma rację, powinniśmy zacząć pracować — oznajmia Liam.
Allie i Peter patrzą na niego z politowaniem, mając na końcu języka zapewne pytanie: „I kto to mówi?”.Jednak w końcu bracia biorą detergenty w ręce i zaczynają konkurs na to, który wyczyści więcej toalet. Allie również chwyta mop w gotowości.
— No to do roboty! — Mówi uradowana. — Pewnie myślisz sobie, że taka czystokrwista czarodziejka jak ja, nie ma szans w mugolskim sprzątaniu, co nie? Ha! Nic bardziej mylnego. Zaraz zobaczysz mistrzynię sprzątania!
Dziewczynka wykonuje przy tym gwałtowne ruchy mopem, a Dante ledwo unika utraty oka.

W tej samej chwili Jin-sun oraz Diane trafiają do dziewczęcej toalety na drugim piętrze. Reszta, której z przymusu przypadły już łazienki na tym piętrze, wybrała te męskie. 
Wygląd pomieszczenia zdecydowanie nie zachęca. Na jednej z ścian wisi popękane lustro a pod nim rząd kamiennych, poobtłukiwanych umywalek. Posadzka jest mokra, a  drewniane drzwi od kabin złuszczone i porysowane, jedne zwisają smętnie z zawiasów.
— Noo nie jest tu najprzyjemniej… — przełamuje ciszę Diane. Nie wiadomo, czy kierowała te słowa do Jina, gdyż na niego nie patrzyła, równie dobrze mogła mówić sama do siebie. — Jak dobrze, że nie musiałam nigdy z niej korzystać. I chyba większość osób też tego nie robiło, przynajmniej będzie mniej do sprzątania.
Ostrożnie chodzi po posadzce, by nie zmoczyć butów. Bierze ścierkę i próbuje ją zmoczyć pod kranem z wyrzeźbionym wężem. Bez skutku, wygląda na to, że jest on zepsuty. 
— Ech, co za ustrojstwo! Dobra, nie to nie, umyje podłogę w takim razie.
Diane moczy mopa w wiaderku, lecz nie wyciska z niego nadmiaru wody, więc tylko robi wokół siebie olbrzymią kałużę, która moczy jej buty.
— No nie! — Mówi zrezygnowana. — To jest straszneee. Jak ci mugole to wytrzymują? Głupi Filch, z głupim szlabanem przez głupich ludzi, którzy nie umieją usiedzieć na jednym głupim spotkaniu!
Każde słowo głupi akcentuje plaśnięciem mopa o podłogę, tworząc jeszcze większe kałuże. 
— Daj mopa ja to zrobię, ty już i tak masz dość— Jin zwraca się do Diane i lekko uśmiecha — A tak poza tym... Nie miałem okazji, żeby cię przeprosić za tą całą sytuację... Wiesz którą… — zaczyna nieśmiało.
— Zrozumiałem, że źle się zachowałem i tak naprawdę to nie wiem dlaczego właściwie tak zrobiłem... Strasznie cię przepraszam za tamto... I naprawdę doceniam też to, co zrobiłaś dla nas. Nie chcę mieć wrogów i chciałbym się zaprzyjaźnić. Mam nadzieje, że od teraz uda nam się jakoś dogadać. Co myślisz o tym wszystkim? - patrzy wyczekująco z nadzieją,  że dziewczyna nie odrzuci jego propozycji.
Diane niepewnie zerka na chłopaka, jednak wygląda, że jej ulżyło, gdy chłopak wyręczył ją w kłopotliwej robocie. 
—No okej, niech będzie — mówi lakonicznie. 
— „Niech będzie?” Serio? Tak łatwo mu wybaczysz? 
Diane podskakuje i wydaje cichy okrzyk, gdy z jednej kabin wychodzi, a raczej przechodzi przez drzwi duch uczennicy z ciemnymi, prostymi włosami, pryszczami i grubymi okularami.
Gryfonka odruchowo chowa się za Jin-sunem.
—Jeeeny, dziewczyny w tych latach są takie żałosne. Aż mam ochotę utopić się w umywalce, ale, cóż za zaskoczenie, jestem już martwa! — mówi nowo przybyła postać rechocząc z własnego żartu, co po chwili zamienia się w histeryczny szloch.
— Kim ty jesteś? I wcale nie jestem żałosna! — cieniutkim głosem mówi Dee.
— TY się mnie pytasz, kim jestem? MNIE, która mieszka w tej łazience? Ach tak, nikogo nie obchodzi jakaś Marta, która użala się nad sobą w damskiej ubikacji. „Jęcząca Marta”, tak mówią na mnie, gdy myślą, że nie słyszę. Ale ja słyszę. Słyszę. Każde. Słowooo. — kończy zdanie długim zawodzeniem.
Diane w końcu nabiera odwagi i stanowczo odpowiada dziewczynie.
— To nie daje ci prawa podsłuchiwać naszych prywatnych rozmów! I wtrącania się w to, czy przyjmę przeprosiny, czy nie!
—Co zrobił?
— C-co? — nierozumiejącym wzrokiem patrzy na ducha dziewczyny.
—Co on zrobił, że teraz cię przeprasza? — Marta zbliża się do Dee, a ta wzdryga się, gdyż zjawa jest zbyt blisko. — Już wyduś to z siebie! Nie pierwszy raz jestem świadkiem takiej sytuacji, znam się na sprawie. Zaufaj starszej koleżance, powiem ci, czy słusznie robisz.
Diane waha się, ale w końcu odpowiada.
— Nie chciał mi pomóc, gdy prosiłam go o pomoc!
— Tyle? Jeny, dziewczyno, ty to masz problemy… Gdybym ja takie miała, to być może nie umarłabym tak młodo.
— Nie, to nie tyle! Mój brat o mało przez to nie zginął! 
Marta bierze głęboki oddech, a oczy rozszerzają się jej z podniecenia.
— Robi się interesująco. Mów dalej, mów dalej.
Gryfonka cała się trzęsie, emocje, które musiała długo w sobie tłumić w końcu wychodzą na wierzch.
— Ten idiota, mój brat, uznał że najlepszym rozwiązaniem dla niego będzie ucieczka z kraju na miotle z różdżką w dłoni i dwudziestoma galeonami w kieszeni! No i tym swoim durnym pamiętnikiem! Przez ocean! W czasie cholernej Wojny Czarodziejów! I biorąc pod uwagę to, co się stało z jego rodzicami! 
— I co, chyba nie zginął, nie? A może zginął? Jak zginął i jest przypadkiem duchem, to wiesz… — puszcza oczko. — daj namiary.
— Nie zginął, mówiłam, że prawie! A ty w ogóle nie masz wstydu, pytając takie rzeczy? Po co ja w ogóle słucham rad martwej dziewczyny? 
Marta wydaje z siebie przeciągły jęk rozpaczy.
—I co, że jak jestem martwa to nie mam uczuć? Że można wylewać wiadro pomyj na Jęczącą Martę, bo i tak nie żyje? Nieeee — jęczy. —Nie będziesz mnie tu obrażać w mojej własnej łazience. Myślałam, że może jesteś inna, niż dziewczyny typu Oliwii Hornby, ale się myliłam! To TY powinnaś przepraszać tego ładnego chłopca —puszcza oczko do Lee — a nie on ciebie. Za to, że musi znosić twoje nieznośne zachowanie i humorki! IDŹ SOBIE! IDŹ!
Duch dziewczyny wybucha płaczem i zaczyna demolować łazienkę. Przegania Diane, prawie przenikając przez nią, Gryfonka nie ma innej możliwości niż uciec z łazienki.
Jęcząca Marta zwraca się do Jin-suna, gdy już tylko się uspokaja.
— Ty możesz zostać — chichocze, nieśmiało spoglądając na chłopca. — Na pewno spędzisz ze mną miłej czas niż z nią.

Tymczasem na trzecim korytarzu, w przeciwieństwie do innych lokalizacji, jest bardzo spokojnie. Praca przebiega bez większych zakłóceń, czemu może sprzyjać to, że uczniowie rozproszeni są na dużej szerokości. Filch zajrzał tam na moment i nie mogąc się niczego przyczepić, pomaszerował na inne piętro. To dało możliwość, aby na chwilę zwolnić obroty. Siódmoroczny Gryfon, którego Val kojarzyła tylko z widzenia tęsknym wzrokiem spogląda w okno, z którego rozpościera się widok na stadion Quidditcha. Natomiast Anthony, którego dziewczyna zauważa na drugim końcu korytarza, wciąż, choć z mniejszą intensywnością zamiata podłogę.
Val bierze w ręce jedną z mioteł i zmierza w kierunku chłopaka. 
— Pomogę ci — mówi zaczynając powoli poruszać miotła po podłodze. Przez chwilę panuje niezręczna cisza. Val bardzo chciała dowiedzieć się o szczegółach zaistniałej sprzeczki między przyjaciółmi, ale nie wiedziała jak zacząć rozmowę żeby nie speszyć Anthonego.
— Hmm, wiesz… Ehhh… Co się stało na korytarzu, kiedy was złapali, Tony? I dlaczego w ogóle tak zniknęliście z Dante? Martwiliśmy się. — Val w końcu wydusza to z siebie. „Bardzo subtelnie to rozegrałaś, geniuszu", pomyślała po fakcie.
Tony patrzy na Val odrobinę zaskoczony pytaniami skierowanymi w jego stronę.
— Dante i reszta nic ci nie powiedzieli? Może nie chcą roztrząsać tej sprawy… Ale chyba należą ci się wyjaśnienia, w końcu nas kryłaś, choć nie mam pojęcia dlaczego mnie też. W każdym razie, to wszystko przez Graham! Gdyby się nie wtrącała w cudze sprawy, to by nas nie było na tym szlabanie. No, ciebie przynajmniej, ja zwiałem z lekcji. 
Flint czerwieni się i wygląda na zakłopotanego.
— Co do powodu dlaczego nie poszedłem na pojedynki, to raczej wolałbym to zostawić dla siebie. Ale gdybym wiedział, jak to się skończy to bym tego nie zrobił. Przepraszam, Valkirio. — Chłopak wygląda na szczerze skruszonego. — A Dante tylko dotrzymywał mi towarzystwa i mu się dostało od tej Allison. Mam wrażenie, że do Hufflepuffu trafiają osoby niezbyt zdrowe na umyśle… No cóż, nieważne. Chyba trzeba wracać do pracy.
Młodzi czarodzieje zabierają się do zamiatania. Siódmoroczny Gryfon również otrząsnął się z letargu i intensywnie sprząta. Chwilę później dołącza do nich także Puchon, który skończył myć łazienkę na ich piętrze i zdecydował, że im pomoże. Zaskakuje to trochę szlabanowiczów, Anthony szepce do Val: „Mówiłem ci, Puchoni są dziwni.” Jednak dzięki niemu udaje im się skończyć szybciej pracę i mogą wrócić do swoich Pokoi Wspólnych. 

Tymczasem w łazience, w której sprzątają Dante, Allie oraz jej bracia, praca idzie powoli, gdyż, w przeciwieństwie do tego co Allie mówiła, wcale taką mistrzynią sprzątania nie była. Przynajmniej nie pokazała tego na tym szlabanie, gdyż cały czas się wygłupia, przez co robota się wydłuża. W końcu jednak udaje im się skończyć i cała grupka wraca do Filcha, by odnieść rzeczy do sprzątania. 
—- W końcu! Wreszcie wolność — mówi wesoło Liam. — może nawet zdążymy popodglądać trening Harriett! W końcu może pograć trochę na pozycji obrońcy, jak marzyła, skoro Singh znów zarobił szlaban. Idziesz, Pete?
Chłopak kiwa głową.
— Oo, też chcę! — Mówi Allie. — nie widziałam nigdy prawdziwego treningu Quidditcha.
— Nie możesz, Allie — odpowiada Peter. — Trening jest zamknięty dla publiki.
— Aaa no jasne! Ej, czekaj… Was też tam nie powinno być!
— Racja — stwierdza Krukon. — Ale będziemy. Grunt to nie dać się zobaczyć. A ty wracaj do dormitorium, Allie. Nie powinnaś już mieć więcej szlabanów.
Po tej krótkiej rozmowie bracia odchodzą i Allie zostaje sama z Dante.
— „Wracaj do dormitorium, Allie” — przedrzeźnia brata Allie. — Hahaha. Jeszcze czego! Idziemy tam, co nie, Dante?
Chłopak prędko i całkiem energetycznie jak na kogoś kto spędził najbliższy czas na sprzątaniu toalety, kręci przecząco głową i unosi ręce w geście, który chyba ma oznaczać "stop".
— Allie, nie wystarczy ci wrażeń na dziś? — pyta, a w myślach dodaje: "Proszę, proszę, niech się nie upiera przy tym pomyśle...". Szybko jednak przypomina sobie o jednym z ważniejszych powodów dla których to akurat z Allie zdecydował się spędzić ten szlaban. Jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, jak dobrą ma okazję do podjęcia tematu feralnego piątku. Opuszcza więc ręce i nerwowo marszcząc brwi, mówi:
— Po za tym... chciałem jeszcze o czymś z tobą porozmawiać — zaczyna bawić się jednym z rękawów swojej szaty — Allie, emm, jeśli chodzi o to co stało się... wiesz, w *tamten* piątek.
Wie, że podczas tej rozmowy chce być z dziewczyną szczery, ale jednocześnie boi się, że wypapla za dużo. Ta obawa sprawia, że przez chwilę zaczyna żałować tego, że w ogóle podjął temat. Ostatecznie jednak sili się na choć odrobinę odwagi i podnosi głowę, kierując swój wzrok wprost na Puchonkę.
— Wiem, że to co zrobiłem było idiotyczne. Nie powinienem był opuszczać lekcji i narażać się na szlaban, szczególnie tak wcześnie w roku szkolnym — gdy to mówi, nerwowo stuka kciukiem o brodę — i zdaje sobie, przynajmniej teraz, sprawę, że mogło to was nieźle wystraszyć dlatego-
— Ale! — nagle wykrzykuje, a jego twarz pokrywa delikatny czerwony rumieniec. — To naprawdę nie znaczy, że powinnaś, czekaj, w ogóle to *powinniście* — zerka z wyrzutem na podłogę jak gdyby Jin-sun mógł go stąd słyszeć — się w to niepotrzebnie wplątywać. To mój bałagan — ja go zrobiłem, i ja go posprzątam. Ja-
Przerywa nagle, wzdychając ze zrezygnowaniem.
— Słuchaj, po prostu, musisz mi ufać. Ufać, że ja... dam sobie radę.
W trakcie przemowy Ślizgona na twarzy Allie przewijają się różne emocje, jednak najsilniejszą z nich jest zmieszanie. Dziewczynka wydaje się być trochę zagubiona podczas monologu Dantego. Gdy chłopak w końcu kończy, Puchonka marszczy brwi i delikatnie przechyla głowę na bok.
— Dante, o czym ty właściwie mówisz? Znaczy, wiesz, to było dawno... Szczerze, nie wiem, czemu robicie z tego takie wielkie halo. Teraz gdy już skończyliśmy ten szlaban to tym bardziej nie powinniśmy tego roztrząsać. Lepiej, skupmy się na tym, że mamy już piątek! — Allie szybko zmienia temat, który widocznie ją krępuje i zaczyna szybciej mówić. — I możemy jeszcze coś fajnego porobić. Ciekawe, czy Val i Jin już skończyli. Wiesz w ogóle gdzie poszli? No na naszym piętrze ich nie było… Szkoda, tak rzadko się widzimy. Przydało by się jakieś nowe śledztwo, co nie? Chociaż ostatnio niezbyt nam to wyszło ale przyznaj, że byliśmy blisko…
Puchonka wpada w słowotok, który dopiero przerywa Filch pojawiający się na korytarzu.
— Skończyliście? Marsz do pokojów, chyba że chcecie dostać jakąś dodatkową pracę — mówi, z grymasem na twarzy.
Dwójce czarodziei nie trzeba dwa razy powtarzać; oboje jak najszybciej opuszczają korytarz. Po drodze mijają Diane i Jin-suna, którzy z posępnymi minami wracają z łazienki na drugim piętrze.
— Co to za miny? — pyta ich Allie. — Ej, chyba nie było aż tak źle? 
Diane wzdryga się mimowolnie, a Puchonka ma na tyle rozumu, że nie drąży tematu. Wraz z Dante ruszają do swoich pokoi.

Jin-sunowi udało się uwolnić od Marty, z lekką pomocą Diane, która schowała swoją dumę do kieszeni i po niego wróciła, nie będąc pewną czy sam zdoła to zrobić. Nie odbyło się to bez jęków zawodu i rozczarowania Marty i oświadczenia, że nie chce ich nigdy więcej widzieć. Razem z Diane przerzucili się na drugą łazienkę na tym samym piętrze, mając nadzieję, że sam Filch nie będzie miał chęci sprawdzać stanu toalety Jęczącej Marty. Większość roboty wykonał Jin, widać było, że dziewczyna nie przyzwyczajona jest do sprzątania. Nie za bardzo mieli okazję, by porozmawiać o sytuacji sprzed paru chwil, zbyt zajęci pracą, a później wpadając na Allie i Dantego, lecz gdy tamci już odchodzą, zapada niezręczna cisza. Jin zastawia się czy nie rozpocząć jakoś rozmowy. 
— Czyli teraz jest w porządku między nami? Upewniam się, bo Marta przerwała... — zaczyna przerywając milczenie. Po czym się uśmiecha, choć chyba mu to nie wychodzi. Nie jest dobry w takich rzeczach. 
— A tak w ogóle, to co się stało wtedy na ulicy Pokątnej? Jak rozwiązała się ta sytuacja? Co wydarzyło się później? Jeśli nie masz nic przeciwko temu, jak zapytam.
Jin nie jest pewien, czy to dobry pomysł tak pytać. Nie wie, jak dziewczyna zareaguje. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jak się wtedy zachował. Teraz czuje, że jest mu okropnie wstyd za siebie, ale czasu niestety nie cofnie.
Pytania zdecydowanie nie należą do tych dyskretnych. Diane zagryza dolną wargę i wygląda jakby mocno zastanawiała się na odpowiedzią.
—Wiesz, to jest dłuższa historia… Część już słyszałeś. Na szczęście, wszystko skończyło się dobrze. Andy od pewnego czasu się dystansował, ode mnie i rodziców, ale nigdy nie sądziłam, że tak się to może skończyć… Znaczy powtarzał wciąż, że nie chce iść do Hogwartu, ale... — dziewczyna potrząsa głową, jakby nagle się ocknęła. — Ale chyba nie powinnam o tym więcej mówić, za bardzo się użalam nad tym. I w ogóle to już się nie gniewam na ciebie. To nie była twoja wina. A później to podstawienie nogi… To było głupie. Nie powinnam tego robić — z niechęcią przyznaje się do winy. — Ach, cieszę się, że nie będzie już tak niezręcznie! I mam nadzieję, że przyszłe nasze interakcje nie będą tak katastrofalne, jak do tej pory: Pokątna, pociąg, potem te sidła, wypadek Aurelii, a teraz Marta. Lubię jak coś się dzieje, ale bez przesady! — mówi i cicho parska śmiechem.
W końcu Jin i Diane docierają pod gabinet Filcha. Z napięciem czekają, czy wypomni im łazienkę Jęczącej Marty, ale na szczęście tego nie robi. Uczniowie dostają zgodę na powrót do swoich dormitoriów.

Dalsza część października mija bez większych niespodzianek. Allie, Dante i Jin-sun odrabiają resztę swoich szlabanów, mniej lub bardziej przyjemnych.
W listopadzie szkoła zaczyna żyć Quidditchem: w drugą sobotę miesiąca uczniowie gromadzą się na stadionie, aby obejrzeć inauguracyjny mecz pomiędzy Gryffindorem a Slytherinem.
Trybuny podzieliły się na dwie części - sympatyków poszczególnych domów. Przy trybunach Gryfonów zebrało się zdecydowanie więcej osób, mało który Krukon czy Puchon ma ochotę kibicować Slytherinowi, mimo, iż ich drużyna była jedną z silniejszych w ostatnich dekadach.
Valkiria Bright siedzi razem z pierwszorocznymi Gryfonami, wszyscy zniecierpliwieni czekają na rozpoczęcie gry. 
— To jest takie ekscytujące! — mówi Diane z zapałem, podskakując z przejęcia oraz by choć trochę się ogrzać, gdyż jest bardzo zimno. — Mam nadzieję, że skopiemy tyłki Ślizgonom. Na pewno się uda, co nie, Andy?
Chłopak ją ignoruje, zajęty pisaniem w swoim dzienniku.
Dziewczyna ponawia pytanie, ale wciąż nie dostaje odpowiedzi.
-Hej, myślałam, że jesteś zainteresowany Quidditchem…Przyszedłeś tu pisać w pamiętniku? Czy ty przypadkiem nie mówiłeś, że chcesz kiedyś grać w drużynie?
— To nie jest pamiętnik — odpowiada spokojnie. — I już nie chcę grać w drużynie. To pochłania zbyt dużo czasu… Nie mogę trwonić czasu, jeśli chcę zostać Aurorem.
-Nie przeszło ci? Proszę, zastanów się, to jest zbyt niebezpieczne. Lepiej znajdź sobie coś innego. Quidditch jest też o wiele ciekawszy, co nie, Val? — Diane szuka poparcia u przyjaciółki.
— To, że nam coś się podoba, nie znaczy, że wszyscy to muszą niestety popierać, Diane. Dobrze, że Andy wie chociaż, czego chce od życia, można mu tego pozazdrościć. Z drugiej jednak strony kto wie, czy dożyjemy jutra żeby myśleć o takich problemach. — Val na chwilę przystaje, po czym dodaje weselszym tonem: — no nie miejcie już takich skwaszonych min, żartowałam. Diane patrz! — Val wskazuje palcem na boisko, gdzie gra ma się w najlepsze.
— O kurczę, już się zaczęło! A nawet nie usłyszeliśmy składów —  mówi zaskoczona Diane na chwilę zapominając o rozmowie prowadzonej wcześniej z Val. — Nie żebym tak znała wszystkich, słyszałam, że na obronie stoi Aryan Singh, syn TEGO Singha z Zjednoczonych z Puddlemere. — dziewczyna wyciąga szyję żeby dojrzeć stanowisko obrońcy i marszczy brwi, gdy zamiast spodziewanego chłopaka dostrzega wysoką, brązowowłosą dziewczynę.
— Jak to? Nie rozumiem, czemu on nie gra?
— Widocznie ktoś zasłużył bardziej od niego.
Dziewczyna odwraca się do tyłu w stronę głosu, który jej odpowiedział i zauważa Allie, z twarzą wymalowaną na kolory Gryffindoru, która przyszła wraz ze swoimi braćmi.
—Gość zarobił za dużo szlabanów i kapitan waszej drużyny, że tak powiem, nieźle się wkurzył. Powiedział, że samo nazwisko nie wystarczy, żeby być w pierwszym składzie — tłumaczy Peter. — O, widzicie go? Siedzi tam, dwa rzędy przed nami — wskazuje na wysokiego chłopaka o hinduskiej urodzie, a Val rozpoznaje, że jest to chłopak, który odrabiał szlaban na tym samym piętrze co ona. Chłopak ma posępną minę i uważnie przygląda się dziewczynie stojącej na bramce, uważnie studiując każdy jej ruch.
— Harriett gra zamiast niego! Tak się cieszę! Harriett jest suuuper! — krzyczy Allie. — To moja siostra — tłumaczy wszystkim. — A tak w ogóle to cześć! Cześć, Val, cześć Diane. cześć Andy! Czy ty zawsze musisz pisać w tym czymś? No weeeź, schowaj to, bo jeszcze przegapisz mecz i występ Harriett.
Diane uśmiecha się pod nosem wiedząc, że Allie nie uda się go do tego przekonać, ale ku jej zdziwieniu Andrew odkłada swój dziennik.
— I tak potem będziesz jeszcze o tym gadać przez tydzień… Ale i tak bym się chyba nie mógł skupić… — wzrusza ramionami.
— No i wspaniale! Czekam na twoje wnikliwe komentarze, jak ostatnio u Slughorna. — Allie chichocze i chłopak śmieje się z nią.
— Nie rozumiem, jak można czerpać przyjemności z Klubu Ślimaka… — wtrąca się Liam. - Z Pete’em byliśmy na jednym spotkaniu. Nigdy więcej.
— E tam, przesadzasz… Można poznać fajne osoby. Kilka jest naprawdę bardzo miłych… Jak Lily Evans! Ooo, Lily jest taka miła! Liam, czemu się nie umówisz z Lily?
— Czy ty pragniesz mojej śmierci? - mówi z przesadzonym lękiem. — Ten Snape, z którym się przyjaźni… Jeszcze rzuci na mnie Cruciatusa, albo jeszcze gorzej: klątwę tłustych włosów!
Śmiechy przerywa im nagły jęk wokół, gdy Harriett popełnia prosty błąd i Ślizgoni zdobywają punkt. Aryan gwałtownie wstaje ze swojego miejsca i rzuca pod nosem stos wyzwisk w stronę dziewczyny.
— Dobra… każdemu mogło się zdarzyć… — mówi Liam, próbując podnieść wszystkich na duchu. 
Gryfoni wychodzą z kontrą i odrabiają punkt, lecz wkrótce tracą kolejne trzy. Atmosfera w sektorze Gryfonów staje się coraz bardziej napięta. Singh coraz śmielej i agresywniej wyraża się o najstarszej Graham. Gdy zaczyna tyradę o tym, że dziewczyna dostała miejsce w głównym składzie, bo kapitan drużyny liczy na randkę z nią, Liam nie wytrzymuje i doskakuje do chłopaka.
— Jak ci się nie podoba to wyjdź! Nie masz prawa obrażać mojej siostry tylko dlatego, że twoje ego ucierpiało. Sam sobie taki los zgotowałeś, nie trzeba było łapać tylu szlabanów — mówi zdenerwowany chłopak, o włos od wyciągnięcia różdżki.
Te słowa są niczym oliwa do ognia i Gryfon wybucha.
— Co ty w ogóle wiesz? Nic o mnie nie wiesz! Serio myślisz, że to przez te dwa durne szlabany? Potter ma ich dwa razy tyle i co? Nikt nawet nie pomyślał żeby wywalić go z drużyny! A jest nawet mniej doświadczony. Nie powiesz mi, że nie ma żadnych układów w tej drużynie. WSZYSCY są przeciwko mnie! Czy to dlatego, że zazdroszczą mi sławnego ojca? Czy może chodzi o moje pochodzenie!? 
—Wiesz, myślę, że to dlatego, że jesteś dupkiem. — stwierdza Liam. Aryan szybko wyciąga różdżkę i celuje nią w chłopaka, lecz zanim zdąża rzucić zaklęcie, zostaje rozbrojony przez Petera.
— Uspokój się. Nie widzisz, jakie zamieszanie spowodowałeś? — pyta Krukon.
Wskazuje na uczniów którzy zamiast oglądać zmagania podczas meczu, przyglądają się kłótni mającej miejsce na trybunach.
— Masz szczęście, że żaden z nauczycieli jeszcze tu nie przyszedł.Tak, wiem, życie jest niesprawiedliwe… Wielkie odkrycie! Lepiej będzie chyba, jak faktycznie sobie już pójdziesz. Chodź, ochłoniesz trochę. — Peter kładzie mu rękę na ramieniu, lecz Gryfon ją szybko strząsa. 
— DAJCIE NAM OGLĄDAĆ MECZ, NA BRODĘ MERLINA! — krzyczy jakiś Gryfon i wtóruje mu parę innych osób.
Pod tym naciskiem Singh odpuszcza i daje się wyprowadzić Peterowi. 
— Jeny, nie wiedziałam, że Quidditch może wywołać aż takie emocje — oznajmia Allie, oszołomiona trochę tym co się stało. — Biedna Harriett, mam nadzieję, że się zbytnio nie przejmuje.
Podczas gdy miała miejsce kłótnia, wynik się w miarę wyrównał. Harriett widocznie oswaja się ze swoją pozycją i gra o wiele pewniej. Niestety, nie pomaga to wiele, gdyż szukający drużyny Ślizgonów, Regulus Black, łapie znicza i Slytherin wygrywa mecz.
— Jaka szkoda… — smutno mówi Allie. — Kolejnym razem może się uda. Chociaż kolejnym razie grają z Puchonami, to nie wiem, komu kibicować… Och, Dante teraz musi się na pewno cieszyć z wygranej jego domu!

Kolejne dni w Hogwarcie zdecydowanie mijają pod znakiem ukazywania swojej wyższości przez dom Salazara Slytherina. Kapitan drużyny, Emma Vanity, chodzi dumna jak paw, również inni członkowie drużyny pozwalają sobie na uszczypliwe uwagi w stronę Gryfonów.
Część osób jednak wcale wydaje się nie przejmować wynikiem meczu. 
— Ile można gadać o tym durnym Quidditchu? — pyta Anthony Dantego podczas poniedziałkowego obiadu w trakcie spożywania ryby. — Przecież to nawet nie był dobry mecz. Znaczy, wiesz to tylko szkolna drużyna, a nie jakaś liga krajowa czy coś! Nie rozumiem tego entuzjazmu. Ty chyba nie jesteś z tych Quidditchowych świrów, co nie, Dante? Śledzisz ligę? — chłopak wpatruje się w kolegę z oczekiwaniem, lecz nagle uświadamia sobie jaką popełnił gafę i zaczyna się krztusić rybą. Chłopak robi się czerwony i gwałtownie zaczyna kaszleć.
Dante natychmiast wstaje, chce bowiem jak najszybciej pomóc Anthony'emu, by ten przestał się krztusić. Już po paru sekundach żałuje jednak swojej decyzji. Wraz z gwałtownym ruchem, czuje on silne ukłucie przeszywającego bólu w głowie, który aż sprawia, że cicho syczy. Jest na siebie trochę zły - gdyby tylko lepiej się przygotował przed wyruszeniem do Hogwartu to może uniknąłby, przynajmniej tych dotkliwszych, skutków dobrze znanej mu migreny. Z drugiej strony jednak... miał tyle na głowie, że całkowicie o tej przypadłości zapomniał! 
Na całe szczęście udaje się mu jednak zignorować w większości ból, dzięki czemu już po chwili znajduje się przy swoim koledze. Prędko klepie go po plecach, co, ma przynajmniej nadzieje, pomoże Tony'emu odkrztusić kawałek jedzenia, który blokuje drogę powietrza do płuc czarnowłosego chłopaka.
— Już... w porządku? — pyta unosząc jedną brew.
Tony’emu udaje się w końcu wypluć zalegający w gardle kawałek ryby. Poklepywanie przez Dante mogło w tym pomóc. 
— Dzięki, Dante. — odpowiada chłopak zachrypniętym głosem. Bierze łyk soku dyniowego i trochę mu się polepsza. — Już dobrze. I tak nie byłem już głodny… Idziemy?
Chłopcy wychodzą z Wielkiej Sali i w drodze do Pokoju Wspólnego Tony podejmuje przerwany temat.
— Wiesz, jeśli chodzi o tamto pytanie… Wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że jesteś, no wiesz… Choć może to dobrze, w końcu nikt-
Przerywa, gdy zauważa swoją siostrę, która wpada na niego roztrzęsiona.
— T-Tonyyy! — zarzuca mu ramiona na szyję i wybucha płaczem. — Wszystko zepsułaaaam. J-jestem taka głupia… 
— Czekaj, spokojnie, o czym ty mówisz? — pyta zmartwiony chłopak.
— M-myślałam, że to był problem tylko ze mną… Nie wiem, jak mogłam tego nie zauważyć! A jeszcze go odepchnęłam… A gdybym komuś powiedziała to, co jemu, może teraz Benji by...By…
— Co Benji? Aurelia, wyrażaj się jasno!
— Jest w Skrzydle Szpitalnym! Ogłuszony i będzie nieprzytomny, Merlin wie ile… Mandragora… To była tylko sadzonka. Ale gdyby była dojrzała, to by tego nie przeżył! — dziewczyną wstrząsa szloch i Tony mocno ją przytula.
— Nie rozumiem trochę… — mówi Anthony. — Jak to się stało? Domyślam się, że na zielarstwie. Ale czy nie było żadnych środków bezpieczeństwa? 
— Były — dziewczyna opanowuje emocje i mówi już normalnie. — Zawsze w trakcie lekcji z mandragorami obowiązkowe są nauszniki, ze względu właśnie na zgubny krzyk tej rośliny. Jednak Benji…
Aurelia spogląda nieufnie na Dantego, który jest obecny przy rozmowie.
— Mów śmiało — oznajmia Tony. — Dante to przyjaciel, można mu zaufać.
— Benji zdjął nauszniki. Dokładnie wtedy kiedy jego kolega przesadzał sadzonkę.
— C-co? — chłopak nierozumiejącym nic wzrokiem patrzy na siostrę. — Dlaczego miałby to zrobić?
— Z tego samego powodu dlaczego ja skoczyłam z Wielkich Schodów — Aurelia mówi, zaciskając mocno pięści. — Ktoś manipulował jego uczuciami.

Komentarze