Aurelia Flint po kilku dniach wychodzi ze Skrzydła Szpitalnego i choć wiele osób z ciekawością wypytuje ją o okoliczności wypadku, ona konsekwentnie wszystkich zbywa i wkrótce już nikt nie porusza tego tematu. Kolejne dni września mijają monotonnie, aż w końcu nadchodzi październik, a wraz z nim długo wyczekiwany przez uczniów Klub Pojedynków. Profesor Heffernan po swojej “porażce nauczycielskiej”, jak miewał nazywać dopuszczenie do wypadku drugorocznej Ślizgonki i nieudane śledztwo, na poważnie bierze przygotowanie dodatkowych zajęć.
Inauguracyjne spotkanie klubu dla pierwszorocznych ma odbyć się w drugi piątek miesiąca i tego dnia uczniowie nie mówią o niczym innym. Ekscytacja sięga zenitu, szczególnie, iż wszystkie domy biorą w tym udział, jest to zatem okazja na zdrową (bądź niezdrową) rywalizację.
Zanim jednak uczniowie będą mogli wykazać się swoimi umiejętnościami w pojedynkach, tego dnia czekają na nich normalne lekcje.
Jin-sun razem z resztą Krukonów zmierza do sali zaklęć. To ma być ostatnia lekcja tego dnia, co dodatkowo podsyca zniecierpliwienie chłopców.
— Ciekawe, w jaki sposób będą dobierani przeciwnicy. Myślicie, że będziemy mogli sami się dobrać, czy będzie to na podstawie naszych umiejętności? — zastanawia się na głos Lorcan.
— Jakkolwiek by było, dla mnie nie ma to znaczenia. — odpowiada Gilderoy z nonszalancją w głosie. — Im lepszy przeciwnik tym lepiej, można zaprezentować się z lepszej strony i nie trzeba się ograniczać. A ja mam zamiar pokazać, jak się powinno walczyć.
—Nie bądź taki pewny siebie, Lockhart. Ja tam nie spodziewam się niczego spektakularnego, przecież jesteśmy dopiero miesiąc w Hogwarcie. Bądźmy realistami, Heffernan nie pozwoli nam iść na całość — stwierdza niechętnie Sean. — Choć może być ciekawie, z całym naszym rocznikiem w Wielkiej Sali. Tak z ciekawości, z uczniem z którego domu chcielibyście zawalczyć?
— Hmm... Może z kimś z Slytherinu? Myślę, że może być ciekawie no i przede wszystkim wymagająco... Tak jak Lockhart powiedział chciałbym zmierzyć się z lepszym przeciwnikiem i spróbować swoich umiejętności — mówi Jin-sun.
— No, niczego mniej bym się po tobie nie spodziewał, Jin — z uśmiechem mówi Lorcan. —Ślizgoni lubią grać nieczysto, więc trzeba trochę sprytu, by ich pokonać. Ale ktoś w końcu musi im utrzeć nosa.
Chłopcy docierają przed salę i ze zdziwieniem zauważają znajdujących się tam Ślizgonów.
— O wilku mowa… Nie mieliśmy mieć chyba żadnej zamiany sal, co nie? Co oni tu robią? — pyta konspiracyjnym głosem Lucas kolegów z domu.
— Oni, uwierz mi, woleliby być w innym miejscu — mówi Evan Rowland, przywódca ślizgońskiej paczki, który jakimś cudem usłyszał wypowiedź chłopaka. — Spędzać lekcję z przemądrzałymi Krukonami nie jest moją ulubioną czynnością, ale nic na to nie poradzimy.
Profesor Flitwick wchodzi do sali i po uciszeniu uczniów i sprawdzeniu obecności zaczyna lekcję.
— Zdaję sobie sprawę, że wszyscy ze zniecierpliwieniem czekacie na Klub Pojedynków, sam przyznam, że ten pomysł bardzo przypadł mi do gustu, Hogwart bardzo czegoś takiego potrzebował od dłuższego czasu. Lekcję jednak musimy przeprowadzić. Jak już zauważyliście, dziś mamy łączone zajęcia, Krukoni ze Ślizgonami, gdyż profesor Heffernan ma teraz dużo pracy. Obiecuję, że szybko uwiniemy się z teorią, a przez resztę lekcji będziecie ćwiczyć już samodzielnie.
Przez klasę przewija się parę zawiedzionych głosów, szczególnie Ślizgonów, nie mogących przeboleć zastępstwa na ostatniej lekcji w piątek.
— Dziś zajmiemy się zaklęciem naprawiającym. Za jego pomocą można reperować zepsute przedmioty. Nie wszystko da się jednak powrócić do poprzedniego stanu. Czy ktoś jest w stanie podać takie wyjątki?
Dante nie jest dziś w najlepszym możliwym humorze. Gdy grupka Krukonów weszła do sali, siedział już przy ławce - z policzkiem opartym na dłoni i nogą założoną na nogę - kopiąc leniwie powietrze. Odwrócił się na chwilę w stronę nowo przybyłych i wyszukał w tłumie Jina, po czym kiwnął mu głową na powitanie, ale później ponownie wbił swój wzrok w drewnianą powierzchnię stolika przy którym siedział. Nie stać go było dziś nawet na podirytowane westchnienie czy przewrócenie oczami w reakcji na słowa Evana. A wszystko przez to, że zbyt bardzo przejmuje się dzisiejszymi pojedynkami.
Jak będą wyglądały? Czy będą niebezpieczne? Czy on, osoba która nie miała wcześniej żadnego styku z magią ma jakiekolwiek szanse na pokonanie osób, które z magią do czynienia miały już od najmłodszych lat? Na pewno uważnie się do tego przygotowywał - powtórzył sumiennie zaklęcia, jakie przerabiali na lekcjach i nawet trenował używanie niektórych z nich. Ma nadzieje, że to choć trochę pomoże mu podczas pojedynków.
Chłopak przestaje rozmyślać na temat Klubu Pojedynków w momencie w którym Flitwick zaczyna opowiadać im o zaklęciu, które mają dziś omawiać na lekcji. Nie może w końcu pozwolić, żeby (nie ważne jak ciekawe) dodatkowe zajęcia wpłynęły negatywnie na jego edukację. Słysząc zadane przez nauczyciela pytanie, prędko podnosi w górę rękę. O ile dobrze pamięta, podczas przeglądania zaklęć przydatnych do pojedynków natrafił o jakąś wzmiankę o limitach dzisiaj omawianego zaklęcia, a przynajmniej zaklęcia którego opis brzmiał łudząco podobno. Ma tylko nadzieję, że dobrze pamięta, jaka była treść tego, co kątem oka udało mu się przeczytać:
— Szkody wyrządzone przez czarną magię —- mówi, mając nadzieję, że brzmi to bardziej jak twierdzenie, a nie pytanie.
— Zgadza się, panie Medeley. 5 punktów dla Slytherin — oznajmia Flitwick. — Ten czar wydaje się nie mieć efektu na obiektach na których działa potężna i skomplikowana magia, czyli właśnie czarnomagicznych, ale nie tylko takich. Nie można naprawić także na przykład złamanej różdżki. Owszem, da się ją złożyć do poprzedniego stanu, ale nie będzie spełniać swoich właściwości, gdyż jej magiczny rdzeń pozostanie nieodwracalnie zniszczony. O czym warto jeszcze pamiętać? — Sean podnosi rękę. — Tak, panie Palmer?
— Czaru naprawiającego nie można rzucać ani na ludzi, ani na zwierzęta. Próby zasklepienia ran za pomocą tego zaklęcia mogą powodować poważne obrażenia. — recytuje chłopak.
— Pewnie wiesz to z autopsji — dodaje Clarisse Burke cicho, nachylając się do Seana siedzącego w ławce przed nią, co wywołuje rechot siedzących obok Ślizgonów. Następnie udaje zaskoczenie. — Ups, czyżby to była twoja normalna twarz? Przykro mi.
Sean zaciska mocno szczękę i ledwo co powstrzymuje się od odwrócenia w stronę dziewczyny.
Jin szturcha Seana i szepcze do niego:
— Weź nie ma co, szkoda marnować energię na takie bzdety... Zobaczymy, czy będą tacy odważni podczas pojedynku... Wtedy pokażesz, kto jest lepszy… — mówi, po czym skupia się dalej na lekcji, aby jak najwięcej z niej się nauczyć.
— Bardzo dobrze, Sean. Lepiej bym tego nie ujął.— Flitwick chyba nie dosłyszał wymiany zdań między uczniami i kontynuuje lekcję. — 5 punktów dla Ravenclawu. Czas ten został wynaleziony przez Orabellę Nuttley, pracowniczkę Wydziału Niewłaściwego Użycia Czarów, w brytyjskim Ministerstwie Magii około 1754 roku…
Profesor zaczyna przytaczać historię powstania zaklęcia, a część uczniów w klasie pogrąża się w cichej rozmowie.
Sean uspokaja się po kąśliwej uwadze Ślizgonki, co jest dużą zasługą Jin-suna.
— Masz rację — mówi do Lee. — Ale, na Merlina! Po prostu gotuje się we mnie, kiedy oni myślą, że mogą sobie pozwolić na takie odzywki. Jeśli któryś nas będzie walczył z kimś z ich domu to musi dać z siebie wszystko.
Dalsza część lekcji mija na ćwiczeniu inkantacji i ruchów różdżką i gdy w końcu nauczyciel oznajmia koniec lekcji, uczniowie szybko opuszczają klasę.
Anthony Flint bardzo powoli zbiera się do wyjścia z pomieszczenia. Jak wszyscy zmierza schodami w dół, lecz gdy większość skręca w stronę Wielkiej Sali, on kieruje się korytarzem prowadzącym do lochów i nie umyka to uwadze Dante.
W ostatniej chwili powstrzymuje się od pójścia wraz ze tłumem w stronę Wielkiej Sali. Widząc, że znajomy mu Ślizgon kieruje się jednak w inną stronę, brunet przez sekundę bije się z myślami. Z jednej strony nie ma najmniejszej ochoty na niepotrzebne postoje, z drugiej jednak zachowanie Anthony'ego nieco go nie niepokoi, szczególnie jeśli weźmie pod uwagę fakt, jak to siostra Flinta uległa niedawno niebezpiecznemu wypadkowi.
Przygryza więc dolną wargę i kieruję się w stronę Ślizgona.
— Anthony... — zaczyna, ale szybko się poprawia. — Znaczy, Tony...
Choć ma nadzieję, że słowa te w pełni wystarczą, by zwrócić uwagę chłopaka, to jednak chcąc być stuprocentowo pewnym, delikatnie dotyka jego lewego ramienia.
— Czy... wszystko w porządku? Czemu idziesz w stronę lochów... — kiwa głową w stronę, w którą szedł Tony — … a nie tam, gdzie inni?
Mówiąc to ostatnie, Dante wskazuje kciukiem za siebie.
Chłopak odrobinę podskakuje pod wpływem dotyku Dante i odwraca się do niego.
— Dante, zaskoczyłeś mnie — z zakłopotaniem patrzy się wszędzie, tylko nie na Medeleya. — Hm, szczerze to miałem nadzieję, że się urwę z tego bezsensownego klubu. To głupie, jak mamy się czegoś nauczyć w tyle osób? Nie mówiąc już o tym, że nawet jak będziemy znać te parę zaklęć nie ma gwarancji, że damy rady z silniejszym przeciwnikiem. Oni już znają różne sztuczki. —Ślizgon krzyżuje ręce i w końcu patrzy na Dante. — Jakby Heffernan się pytał to powiedz, że się źle poczułem, okej?
Brunet nie ma najmniejszej ochoty zostawiać Tony'ego samego. To, co przytrafiło się Aurelii było dość świeżym wypadkiem, którego sprawca nie został jeszcze odnaleziony. Teraz nagle jej brat chciał gdzieś się samemu potajemnie wymknąć, zachowując się przy tym zbyt nerwowo, by dla Dantego nie wydawało się to podejrzane. Istniało spore prawdopodobieństwo, że napastnik skorzysta z okazji i skrzywdzi Flinta. Brunet jednak nie chce dzielić się swoimi zmartwieniami ze Ślizgońskim kolegą — za bardzo boi się, że tylko zirytuje czarnowłosego chłopaka, i koniec końców w ogóle nie dojdzie z nim do porozumienia.
— Chyba tu nie chodzi tylko o uczenie się za... — zaczyna, ale prędko się powstrzymuje. Naprawdę nie chce opuszczać obowiązkowych zajęć, ale... — ...Wiesz co? Może masz rację. Szczególnie jeśli przed, czy po pojedynkach, mam słuchać, jak chociażby jeden z dwóch najbardziej irytujących blondynów w historii Hogwartu godzinami się przechwala.
Brunet wypowiadając te słowa już zaczyna myśleć nad dobrą wymówką, którą jutro zaserwuje profesorowi Heffernanowi. Czy "nagła tajemnicza choroba" lub złe poczucie wystarczą, czy pani Pomfrey, która już zresztą przedtem była podirytowana jego symulacją, od razu przejrzy to kłamstwo? Może "zgubiłem się w Hogwarcie, wie pan, te wszystkie schody..." przejdzie? Nie ma jakiegoś dobrego pomysłu, ale też (o dziwo) się zbytnio tym nie przejmuje. Musi przyznać, że odetchnął z ulgą na myśl, że dziś nie będzie musiał brać udziału w tych całych "pojedynkach", które były mu tak obce.
— Co ty na to, że urwę się razem z tobą?
— S-serio? Ty, Dante Medeley, chcesz zerwać się z obowiązkowych zajęć? — Tony patrzy na bruneta ze zdziwieniem. — Nie musisz tego robić, to nie tak, że coś mi się stanie, czy coś jak zostanę sam w dormitorium… Czekaj — ty tak właśnie myślisz! Przecież wiesz, że już ze mną okej. Wszystko okej, serio! No ale jeśli mimo wszystko nie idziesz do klubu, to dobrze. Nie mogę ci przecież zabronić, nie? Chodźmy już, lepiej, żeby nikt nas nie zauważył.
Anthony szybkim ruchem rusza w stronę lochów i ogląda się, czy chłopak za nim idzie. W dwójkę docierają do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Prawie im się udaje przemknąć niepostrzeżenie, lecz przy wyjściu spotykają Aurelię.
— Tony? Nie powinieneś być teraz w Wielkiej Sali? Chyba macie dziś ten Klub Pojedynków, nie? — pyta zaskoczona dziewczyna.
— Nieistotne, nie mam zamiaru tam być. Ważniejsze jest, gdzie TY idziesz. — Flint krzyżuje ręce na ramionach i świdruje siostrę wzrokiem. — Już jest po lekcjach, do kolacji jeszcze długo. Idziesz się z kimś spotkać? Z kim? — Chłopak staje się coraz bardziej natarczywy. — Nie mów, że z NIM? Wiesz, co o nim sądzę. Ten człowiek to kłopoty, powinnaś-
— Uspokój się, Tony! Strasznie świrujesz. Najchętniej to byś chciał, żebym w ogóle nie wychodziła z pokoju. Daj spokój, nie pozwolę, żeby to co było ostatnio się powtórzyło. I dla twojej wiadomości, nie spotykam się z Benjaminem. On też jakiś dziwny jest od tamtego czasu, stał się taki irytujący. — Aurelia przewraca oczami. —Idę do biblioteki, a ty rób sobie co tam chcesz.
Energicznie rusza, potrącając przy tym ramieniem brata. Anthony odpuszcza i zwraca się do Dante.
— Przepraszam, że musiałeś świadkiem rodzinnej sprzeczki. Moja siostra jest taka nierozważna, nie wierzę, że to ja jestem ten młodszy. Nieważne, szkoda gadać….
Tymczasem w Wielkiej Sali zbierają się powoli uczniowie wszystkich domów. Pomieszczenie na czas zajęć zmieniło swój dotychczasowy wygląd: zniknęły stoły, a zamiast nich na środku zostały wydzielone miejsca na pojedynki. Było tam pięć głównych stanowisk oddalone od siebie na rozsądną odległość. Pierwszoroczni ustawiają się dookoła nich i z niecierpliwością czekają na rozpoczęcie zajęć przez profesora Heffernana.
Allison przedziera się przez tłum i z łatwością odnajduje Jin-suna górującego nad resztą uczniów.
— Hejka! Jak się masz? Dawno się nie widzieliśmy. Ten klub to fajna sprawa, nasza paczka w końcu może mieć jakieś wspólne zajęcia. — Puchonka wchodzi w tryb podekscytowania, więc Lee przez najbliższe parę minut nie ma szans na powiedzenie ani słowa i tylko patrzy się na nią. — Pojedynki! Harriett i bliźniacy mówili, że w poprzednich latach takiego czegoś nie było. A teraz jest, akurat kiedy przyszliśmy do Hogwartu. Jesteśmy szczęściarzami, no nie? Troszkę się boję, bo niezbyt dobrze wychodzą mi niektóre zaklęcia, hehe. Ale jeszcze wszystko przede mną. Ważne, że mogę spędzić czas z wami! A właśnie, widziałeś może Val lub Dante?
Jin i Allie wytężają wzrok i zauważają Val w towarzystwie Gryfonów.
— Oo, tam jest! — Krzyczy dziewczynka. — Widzę ją, jest z Diane i Andym! Pamiętasz tą dziewczynę z Pokątnej co szukała brata? To właśnie oni. Andy jest bardzo fajny, poznałam go w Klubie Ślimaka, no Diane też jest spoko, ale tak dużo z nią nie gadałam. Jakoś tak zdystansowana była. Nie wiem o co jej chodzi, może mi się zdawało… Chodźmy tam!
Jin patrzy w stronę Val i reszty. Widok Diane niezbyt go cieszy, wciąż dręczy go ta sytuacja z ulicy Pokątnej. Chce przeprosić za swoje zachowanie, ale czuje, że dzisiaj to nie jest dobry dzień. Chce z tym jeszcze poczekać i przemyśleć, co powinien powiedzieć dziewczynie, gdyż nie jest w tych sprawach najlepszy, a chciałby być szczery w stosunku do niej.
— Ciekawi mnie, co Dante robi i gdzie w ogóle jest... — mówi do Allie. — Dołącz do reszty, a ja go poszukam i przyprowadzę.
— Co? Jesteś pewien? Nie widzisz go tam z wysokości? — pyta Allie. — Już za niedługo się zacznie. Może poszedł do Pokoju Wspólnego coś odłożyć? Większość przyszła tu od razu po lekcjach, no ale może on wolał jednak zostawić torbę… — Allie nagle nabiera głośno powietrza i patrzy z przerażeniem na Jin-suna. — Na brodę Merlina, a jeśli mu się coś stało? Tak jak Aurelii parę tygodni temu? Masz rację, powinniśmy go poszukać. Nie myśl sobie, że puszczę cię samego. Tylko powiedzmy Val, żeby jak coś powiedziała profesorowi, że się spóźnimy.
Allie prędko podbiega do rudowłosej Gryfonki.
— Val, hej. Muszę z Jinem iść poszukać Dantego. Trochę się martwimy, bo jeszcze go nie ma. Jakby Heffernan się pytał to zaraz będziemy i Dante też. Dzięki!
Nie czekając na odpowiedź odwraca się i idzie w kierunku wyjścia do Wielkiej Sali.
— Nie ma Dantego? — powiedziała Val szczerze zmartwiona. — Mam nadzieję, że tylko zgubił się w korytarzach szkoły, w końcu nawet schody lubią tutaj płatać figle i niespodziewanie zmieniają swoje położenie gdy ktoś po nich wchodzi. Poszłabym z wami…, ale ktoś musi być tym kozłem ofiarnym i kryć was. Gdybyśmy wszyscy poszli i by nas złapali, to na pouczeniu raczej by się nie skończyło. Prowadzimy śledztwo, więc szlaban to ostatnie czego teraz potrzebujemy. Życzcie mi tylko szczęścia podczas pojedynków… A w razie czego ładnie pochowajcie.
— Super, zawsze można na ciebie liczyć, Val! — macha jej na pożegnanie Allie, odwracając się i idąc chwilę tyłem po czym wykonuje szybki obrót, zgarnia Jina i biegnie do drzwi. Zanim tam docierają, do sali wchodzą profesor Heffernan i profesor Flitwick. Puchonka i Krukon zastygają w bezruchu, dzieli ich od nich około dziesięć metrów, lecz wygląda na to, że nauczyciele ich nie dostrzegli. Czekają chwilę, Allie każe schylić się Jin-sunowi, by go nie wypatrzyli. W końcu gdy mężczyźni przeszli w głąb sali, dwójka uczniów opuszcza pomieszczenie.
— Jeny, twoi znajomi są szaleni, Val — komentuje Diane tę sytuację. — Dobrze, że ty zostałaś, nie ma co ryzykować.
— Są bardziej gryfońscy niż my — mówi lekko zaskoczony Andrew. — To trochę przerażające.
Tymczasem na korytarzu przed Wielką Salą Jin-sun i Allie obmyślają plan znalezienia Dantego.
— Udało nam się wyjść, to gdzie teraz? Dante może być wszędzie… Kurczę, mogliśmy się dowiedzieć gdzie miał ostatnią lekcję. Trzeba było się spytać kogoś z jego domu. Teraz już nie możemy tam wrócić. Wiesz może, co miał ostatnie?
— Myślę, że powinniśmy zacząć od sali Zaklęć. Tam miał ostatnią lekcję, więc może jeszcze jest gdzieś w pobliżu... Chodźmy to sprawdzić, Allie… Najwyżej jeśli go tam nie będzie, to wtedy zobaczymy, co dalej robić — mówi Jin.
— Okej, dobry plan. Możemy prześledzić całą drogę, którą mógł przejść stamtąd do Wielkiej Sali lub do pokoju Ślizgonów — odpowiada Allie. — Jeśli coś mu się stało, to może znajdziemy jakieś ślady. Ruszajmy!
Tymczasem w dormitorium Ślizgonów nieświadomi konsekwencji swojego czynu Dante i Anthony siedzą wygodnie na swoich łóżkach.
— To co robimy? — Pyta Tony, trochę skrępowany. — Planowałem sobie po prostu trochę porysować, ale to by było strasznie nieuprzejme, skoro już tu ze mną przyszedłeś. Myślisz, że powinniśmy zrobić coś buntowniczego? Jak już pewnie wszyscy myślą, że zwialiśmy z zajęć, żeby robić coś ślizgońskiego jak dręczyć mugolaki lub praktykować czarną magię — Chłopak śmieje się z własnego żartu, lecz chwilę później gorzkim głosem dodaje: — Mój ojciec byłby pewnie dumny z tego powodu, bo jak do tej pory nie zachowuję się jak on tego oczekuje…
Dante leniwie rozprostowuje nogi i z uwagą przysłuchuje się słowom Anthony'ego. Czuje się, podobnie jak jego kolega, niezręcznie. Spędzanie czasu z Tonym (i pilnowanie przy tym, żeby nic złego się bratu Aurelii nie stało) wydawało się pod wpływem chwili świetnym planem. Teraz jednak, gdy trzeba go wprowadzać w życie, i decydować o tym, co mogą razem porabiać, zaczyna przestawać być tak znakomitym pomysłem, jak Dantemu się to na początku wydawało. Robienie czegoś buntowniczego... to raczej nie wchodziło w grę. Dante ma dość przygód jak na jeden dzień a i przykłady, które podał Tony (szczególnie: dręczenie mugolaków) sprawiają jedynie, że fiołkowooki chłopak delikatnie marszczy brwi. Brunet ma już mówić Ślizgonowi, żeby ten nie krępował się z rysowaniem w jego obecności, gdy rozmowa nagle schodzi z planów na spędzenie czasu na rodzinę Flintów. Anthony może nie wgłębia się za bardzo w temat, ale z tego co zostało powiedziane, Dante wnioskuje że jego ojciec nie jest całkowicie porządnym facetem. Mało tego, brzmi nawet podobnie do...
— Wiesz, całkiem cię rozumiem — zaczyna cicho. — Nie ważne jak się starasz, oni nigdy nie są zadowoleni, bo nigdy nie będziesz tak dobry, żeby... Nieważne.
Urywa nagle, nie chcąc żeby emocje wzięły nad nim górę. Jakkolwiek sfrustrowany jest zachowaniem swojej własnej rodziny, nie czuje się gotowy, żeby dzielić się swoimi problemami z kimkolwiek.
— Nie wiem wszystkiego, nie mogę mówić, że mam tak samo. Jacy oni są, Tony? Znaczy... Twoi rodzice?
Anthony milczy i wygląda jakby bił się z myślami, więc przez chwilę można pomyśleć, że nie odpowie koledze. W końcu wzdycha i mówi ostrożnie dobierając słowa:
— Wiesz już pewnie, że pochodzę z czystokrwistej rodziny z długą tradycją, a co się z tym wiąże, ludzie oczekują od nas konkretnych zachowań czy wyznawanych poglądów. Najlepiej nie wychodzić poza te określone schematy, gdyż można przyciągnąć uwagę… Sam-Wiesz-Kogo. Według mojego ojca najbezpieczniej dla mnie byłoby, gdybym zadawał się z wpływowymi osobami takimi jak na przykład Rowland, Rosier, Burke. To by dobrze wyglądało. No i próbowałem, ale wiesz, jacy oni są. Aż czasem mam ochotę zapaść się pod ziemię słysząc, co wygadują. W ogóle uważam, że to bez sensu, te całe układy i sztuczne przyjaźnie. Na Merlina, no na pewno Sam-Wiesz-Kogo obchodzi z kim jakiś 11-letni ślizgoński chłopiec jak ja się przyjaźni! — chłopak robi się czerwony, i zaciska pięści. — Ojciec mówi, że niby to dla mojego dobra, a tak naprawdę to troszczy się o swoją skórę. Jedna czarna owca w rodzinie - zdarza się. Jak Syriusz Black, który wylądował w Gryffindorze, ale za to jego młodszy brat to przykładny Ślizgon. U nas jest to Aurelia, która przyjaźni się z mugolakiem. Wiem, że próbują jej to wybić z głowy, ale że na razie z marnym skutkiem dlatego ja, jako drugie dziecko, muszę być nieskazitelne. „Bo co inni pomyślą sobie o Flintach?” „Jeszcze powiedzą, że jesteśmy jakimiś zdrajcami krwi!” Ty masz dobrze, twoja rodzina nie jest znana, więc nie musisz się bardzo przejmować.
Anthony po chwili orientuje się, że chyba za daleko zabrnął w swoich zwierzeniach i w jego oczach widać panikę.
— N-nie wiem, czemu ci o tym wszystkim opowiedziałem, nie powinienem. Proszę, zachowaj to dla siebie… Albo najlepiej zapomnij. Ale nudy, co nie? Gadamy sobie jak jakieś baby, zróbmy coś ciekawego. Jaka piękna dziś pogoda! Chodźmy nad jezioro, może zauważymy Wielką Kałamarnicę. Myślisz, że wyskakuje z wody jak delfin? Czy tak robią kałamarnice? Przekonajmy się, haha, weźmy jakieś smakołyki dla niej, ciekawe czy lubi czekoladowe żaby.
Chłopak zgarnia pudełko ze swojej szafki i kieruje się do wyjścia z dormitorium, unikając spojrzenia w stronę Dantego.
W Wielkiej Sali w tym samym czasie profesor Heffernan oficjalnie rozpoczyna zajęcia Klubu Pojedynkóe. Na jego znak wszyscy cichną i z uwagą czekają na przemowę.
— Drodzy pierwszoroczni! — zaczyna. — Witam was na pierwszych zajęciach Klubu Pojedynków. Z tego co widziałem i słyszałem wszyscy z niecierpliwością czekaliście na ten moment. Wcale się wam nie dziwię - w końcu nic tak nie ekscytuje jak odrobinę rywalizacji — profesor uśmiecha się dobrodusznie, krążąc wzrokiem po twarzach uczniów. — Jednak głównym celem jest zdobycie praktycznych umiejętności, które przydadzą wam się w życiu poza Hogwartem. Szczególnie w takim czasie jak teraz ważne jest, aby umieć się dobrze obronić. Pewnie zastanawiacie się, jak to będzie wyglądać i dlatego spieszę z wyjaśnieniami.
Przygotowane jest pięć stanowisk, na których odbywać się będą pojedynki. Jest tak ze względu na bezpieczeństwo - z profesorem Flitwickiem nie jesteśmy w stanie bacznie obserwować większej liczby pojedynków, i dawać wam wszystkim rad. Dlatego gdy wybrane pary będą walczyć, reszta może obserwować, albo z boku ćwiczyć pojedyncze zaklęcia pod okiem prefektów domów. — wskazuje na grupkę starszych uczniów zebranych przy jednej ze ścian. — Przeciwnicy będą losowani - w prawdziwym starciu nie będziecie mogli sobie wybrać, z kim chcecie walczyć i nie zawsze przeciwnik jest na waszym poziomie umiejętności, dlatego i tutaj będziemy was przygotowywać na takie możliwości i pokazywać jak można wygrać, nawet jak się ma mniejsze umiejętności. Bez zbędnego przedłużania, przystąpimy do losowania! —Heffernan odwraca się do znanego już Val prefekta. — Remusie, przynieś czarę z losami.
Chłopak przynosi przezroczysty pojemnik, w którym znajduje się wiele karteczek. Nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią wykonuje ruch różdżką i dwie karteczki lecą wprost do jego drugiej ręki.
— Eustace Fawley oraz Olivia Neetle! Proszę do pierwszego stanowiska.
Podana dwójka usłusznie kieruje się na wyznaczone miejsce, a tymczasem profesor losuje kolejną parę.
— Evan Rowland i Valkiria Bright - drugie stanowisko!
Diane gwałtownie odwraca się w stronę przyjaciółki.
— O cholera… — wymyka się jej. — To znaczy, powodzenia! Uważaj, wygląda na agresywnego typa, patrz na ten jego uśmieszek.
Wyczytany chłopak zmierza na miejsce pojedynku tak, jakby już wygrał.
—Nie ma szans, że przegram z jakąś dziewczyną— mówi do swoich kolegów.
Diane wypycha Val do przodu, gdyż nauczyciel czeka, by wyznaczyć kolejne starcia. Wylosowani zostali Andrew White oraz Gilderoy Lockhart. Przyrodni brat Diane staje na stanowisku obok tego Valkirii i Evana i przygląda przez chwilę się Ślizgonowi. Po chwili kieruje swój wzrok na Gryfonkę i pokazuje jej gest, jakby rysował palcem pionową kreskę i znaczącym wzrokiem patrzy się na nią, na jej przeciwnika, a potem znów na nią.
— Co wy tam kombinujecie? — cień podejrzliwości wkrada się na twarz Evana Rowlanda. — Jakiś tajny szyfr, czy co?
Andrew tylko uśmiecha się do niego niewinnie i wzrusza ramionami.
— Może. To już zostawiam tobie do oceny.
— Lee Jin-sun i Anthony Flint! Powtarzam, do stanowiska trzeciego! — przez tę konwersację Val umyka, że profesor Heffernan wywołuje Jina, który jak wiedziała, szuka Dante. Również jego przeciwnik nie pokazuje się i widać było, że nauczyciel jest skonsternowany.
— Czy ktoś widział tę dwójkę? Jak dobrze wiecie, dzisiejsze zajęcia są obowiązkowe. Nawet nie pomyślałem, że ktoś mógłby się nie pojawić… — Patrzy się zbitym wzrokiem na profesora Flitwicka, który kręcił z dezaprobatą na młodszego stażem kolegę.
— Kirk, drogi przyjacielu, za bardzo wierzysz w uczniów. Nawet nie sprawdziłeś listy obecności…
— Czy ktoś wie co z tą dwójką? A może wie o jeszcze innych osobach, których nie ma — ponawia pytanie nauczyciel.
Val szybko próbuje wymyślić w głowie dobrą wymówkę, jednak przez całą sprawę z jej pojedynkiem, całkowicie zapomniała o swoim najważniejszym zadaniu. "Głupia jesteś — mówi sama do siebie — zaraz cały plan spali na panewce". Ostatecznie decyduje się chyba na najprostszą historyjkę, licząc że nauczyciele nie odczytają kłamstwa z jej twarzy.
— Nie ma jeszcze dwóch uczniów profesorze Heffernan — Dante Medeley i Allie Graham. Spotkałam ich po drodze na salę. Mówili, iż zostali poproszeni o pomoc w przeniesieniu kilku drobiazgów i że jak tylko skończą to dołączą. Bardzo przepraszali także z góry za spóźnienie —Val stwierdza, że nie będzie dodawać więcej szczegółów, niech sami sobie dopowiedzą, jednocześnie ciężej będzie sprawdzić wiarygodność tego, co mówi.
— Co? Przecież widziałem Jin-suna tuta- — zaczyna Lorcan, który wygląda na zdziwionego, jednak w słowo wchodzi mu Diane głośno mówiąc:
— O tak, Val mówi prawdę! — rzuca w stronę Krukona ostrzegawcze spojrzenie. — Aż się zdziwiłam, że byli tacy uprzejmi. Bo ja na przykład bym się pewnie nie zgodziła, za bardzo nie mogłam doczekać się pojedynków.
— Ach, tak… — Profesor Heffernan marszczy brwi i zastanawia się nad tym, co powiedziały Gryfonki. — Cóż, na pewno będą musieli przyjść potwierdzić tę wersję, a poza tym nie podoba mi się to, że dowiaduję się tego dopiero teraz i nie od nich. Jednak nie chciałbym marnować już więcej czasu, więc przejdźmy do dalszego losowania…
Reszta uczniów obecnych w sali zaczyna szeptać między sobą, niektórzy wyglądali na równie nieprzekonanych, lecz nikt się już nie odzywa. Krukońscy koledzy Jin-suna chyba orientują się, że dziewczyny powiedziały to, by chronić tamtych, i patrzą na nie z podziwem za tak odważne kłamstwo.
Mniej więcej w tym samym czasie Jin i Allie docierają do sali zaklęć. Po drodze dokładnie się rozglądali i jednocześnie starali się nie wyglądać podejrzanie. Nie zauważyli jednak nic dziwnego ani żadnego śladu Dantego.
— To nie ma sensu… — mówi Puchonka. — Hogwart jest za duży, jak my go mamy znaleźć?
Dla pewności zaglądają do pomieszczenia, jednak jest ono puste.
— No to wiemy, że po drodze z lekcji nic go nie dopadło… Chyba, że gdzieś go zaciągnięto, na to nie ma jednak dowodów. Niby dobrze, ale jak się okaże, że sobie po prostu zwiał bez powiedzenia, to chyba sama go dorwę! Uhh. A obiecywał, że będzie ostrożny! — Allie krąży po sali i widać, że powoli puszczają jej nerwy. Ostatkiem silnej woli powstrzymuje się przez kontynuowaniem nagonki na Dantego i ze zrezygnowaniem mówi: — Co my mamy dalej zrobić?
— Może miał swoje powody... Najlepiej będzie dowiedzieć się od niego... Chodź, szukajmy dalej... Hmm, myślę, że dobrym pomysłem jest udanie się do Pokoju Ślizgonów. Równie dobrze mógł się źle poczuć i teraz odpoczywa u siebie. Coś czuję, że właśnie tam go znajdziemy — mówi do Allie i pokazuje jej gestem ręki, aby poszła za nim.
— Chyba masz rację, Jin. Pewnie powinniśmy pójść tam od razu.
Allie wychodzi za Jin-sunem z pomieszczenia.
— Yyy… a ty w ogóle wiesz, gdzie jest ich Pokój Wspólny? Ja wiem tylko, że gdzieś w lochach. Ciekawe, czy go znajdziemy szybko, mam nadzieję, że tak, bo chciałabym jeszcze pójść do Klubu… Mam nadzieję, że Val sobie jakoś radzi i nie wpadnie przez nas w kłopoty.
Valkiria stoi naprzeciw Evana na stanowisku do pojedynkowania się. Wszystkie pary zostały wylosowane, a profesor Heffernan daje ostatnie wskazówki. Chwilę wcześniej wraz z profesorem Flitwickiem pokazał, jak wygląda formalny pojedynek, co wywarło ogromny podziw na wszystkich uczniach.
— Pamiętajcie o szacunku do swojego przeciwnika oraz o tym, żeby nie przesadzić. W prawdziwym pojedynku wiadomo, że w ostateczności trzeba posuwać się często to nieczystych zagrań, lecz nie chciałbym żeby połowa waszego rocznika wylądowała w Skrzydle Szpitalnym — mówi nauczyciel OPCM-u. — Na mój znak zaczniemy pojedynki. Trzy, dwa, jeden… START! — wraz z ostatnim słowem podnosi różdżkę do góry, a z niej wystrzeliwują złote iskry.
Zebrani wokół uczniowie zaczynają głośno dopingować swoich kolegów, i Val czuje, że powinna rzucić jakieś zaklęcie, szczególnie, że Evan zaczyna już wykonywać jakiś gest różdżką.
Val ani się spostrzega a wszyscy przyjęli bojowe pozycję i szykują się do ataku. "Co mam robić?" myśli spanikowana. Lecz wtedy przypomniał jej się gest, który wykonał brat Diane w jej stronę chwilę temu. "Pionowa kreska… to na pewno musi być jakiś znak" Wtem Val przypomniało się zaklęcie z lekcji, które idealnie pasowałoby do podpowiedzi.
— Protego!
— Expelliarmus! — krzyczy w tym samym momencie Evan.
Tarcza okazuje się być dobrym pomysłem, bo czar Ślizgona odbija się od niej i nie dokonuje żadnych większych szkód.
Na twarzy chłopaka pojawia się złość i frustracja, lecz szybko zmienia się w drwinę.
— „Protego” na sam początek? Baaardzo gryfońskie. Dawaj, walcz na poważnie! I tak cię pokonam.
Val nie traci czasu póki jej przeciwnik jest rozkojarzony i szybko przechodzi w kontratak. "Spróbuję pokonać go jego własna bronią"
— Expelliarmus!
— Ince- — Evan zaczyna inkantację do zaklęcia tworzącego płomienie, lecz nie jest w stanie go dokończyć, gdyż różdżka wymyka się z jego ręki. Val nie udaje się sprawić, by przyleciała prostu do jej dłoni - zostaje tylko wytrącona. Jednak to wystarcza, by całkowicie upokorzyć przeciwnika. Tym razem się nawet nie odzywa, tylko od razu podnosi różdżkę i próbuje odzyskać swoją dumę, która wisi na włosku.
Val postanawia zakończyć pojedynek ostatnim ruchem. Chwila jak Evan schyla się po swoją różdżkę jest na to idealnym momentem, ponieważ jego ciężar ciała jest nierównomiernie rozłożony do przodu.
— Flipendo!
— Drętwota! — szybko wykrzykuje Ślizgon.
Tym razem Gryfonce nie udaje się ubiec chłopaka. Dziewczynka czuje, że jej ciało sztywnieje, nie może się poruszyć.
— Ha! — krzyczy z satysfakcją Evan, przygotowując się do kolejnego ciosu.
Walka trwa jeszcze parę chwil, żadne z czarodziei nie zamierza łatwo odpuścić. To jednak Valkiria zadaje więcej celnych ciosów i gdy w końcu pojedynek się kończy, Evan musi pogodzić się z porażką.
— Bardzo dobrze wam poszło jak na pierwszy raz— chwali uczniów profesor Heffernan. — Oczywiście część z was musi jeszcze trochę popracować nad strategią. Nie zawsze agresywne zagrania zagwarantują wygraną — zwraca swój wzrok na Evana. — Obrona często jest bardziej opłacalna. Muszę pochwalić pana White’a, widać, że walczy głową.
Andrew stoi dumnie trzymając dwie różdżki w dłoni. Natomiast Gilderoy, który był jego przeciwnikiem, aż ukląkł na podłodze i oparł się rękami do przodu, zwieszając głowę, zbyt upokorzony by poprosić o zwrot swojej własności.
— Panie Lockhart, świat się nie kończy, nie zawsze można być najlepszym — próbuje uspokoić go nauczyciel.
Chłopak momentalnie podnosi głowę i patrzy na niego morderczym wzrokiem. Profesor Obrony Przed Czarną Magią lekko się wzdryga i mówi:
— To co? Losujemy kolejne pary?
Dante wraz z Anthonym zmierzają w stronę hogwarckich błoni. Dante słucha niezręcznej opowieści kolegi o różnicach między kałamarnicą a ośmiornicą. Gdy muszą po drodze minąć Wielką Salę, Flint nagle przyspiesza.
— Chodźmy szybko, zajęcia mogą w każdej chwili się skończyć, a ja nie mam ochoty teraz wymyślać jakiejś durnej wymówki.
— A ja bym chciała usłyszeć jakąś durną wymówkę — słyszą chłodny dziewczęcy głos.
Chłopcy odwracają się szybko i zauważają Allie oraz Jin-suna stojących na Wielkich Schodach. Puchonka schodzi z nich prędko i choć potyka się na ostatnim schodku, nikt się nie śmieje. Dziewczynka bierze głęboki wdech.
—Dante, czemu nie poszedłeś na pojedynki? Szukaliśmy cię wszędzie z Jinem. Profesor będzie zły, przecież są to zajęcia obowiązkowe. Czy to cię w ogóle nie obchodzi?— Allie wypowiada wszystko jednym tchem, lecz w końcu kończy jej się powietrze, więc robi krótką przerwę. — Jak możesz tak znikać bez słowa, skąd niby mieliśmy wiedzieć czy przypadkiem nic ci się nie stało? Hogwart nie jest aż taki bezpieczny, jak się wydaje, dobrze o tym wiesz. Nie chcesz się nauczyć walczyć? Co jeśli ktoś będzie chciał cię zaatakować? Val musi nas kryć i ogólnie to niefajnie. Wytłumacz mi to, Dante!
Brunet jest wyraźnie zaskoczony nagłym pojawieniem się swojej Puchońskiej koleżanki, co też zresztą widać, gdy podczas jej długiej tyrady jedynie spogląda się niemrawo w podłogę. Ledwo rozumie co mówi blondynka, gdyż jest zbyt zażenowany faktem, iż nie zorientował się że swoim poczynaniem może kogoś tak zmartwić. Pytanie, które zadaje Graham, nie wydaje się jednak być retorycznym, Dante więc usiłuje jak najszybciej otrząsnąć się z szoku.
Przez sekundkę kieruje nerwowe spojrzenie w stronę Anthony'ego, a następnie Jin-suna. Nie ma najmniejszej ochoty tłumaczyć się przed Allie przed publiką, ale dziewczyna wygląda, jakby nie miała ustąpić. Przygryza więc dolną wargę i niezręcznie odkaszlując, zaczyna mówić:
— Ja- po prostu dotrzymywałem towarzystwa Anthony'emu. On nie chciał iść na lekcje i głupio było mi go zo- Właściwie. — powstrzymuje się od kontynuowania wypowiedzi. Przy ostatnim słowie jego ton nawet zmienia się z zażenowania w frustracje. Powoli zaczyna docierać do niego cała treść monologu Allie i cała sytuacja jeszcze bardziej mu się nie podoba. Marszcząc brwi, podchodzi bliżej dziewczyny.
— To JA powinienem się pytać, co TY tutaj robisz? Nie musiałaś opuszczać obowiązkowej lekcji, Allie, przecież ja bym sobie jakoś sam poradził.
Zaciska zęby, sycząc przez nie resztę wypowiedzi.
— Mówiłem ci już wcześniej — nie musisz się mną "opiekować", a szczególnie tylko dlatego, że jestem- eh, szkoda gadać.
Mruży oczy i krzyżując ręce, cofa się o krok do tyłu. Opuszcza wzrok z twarzy Allie i spogląda się z determinacją w czubki swoich butów.
— Zawsze dawałem sobie radę sam, teraz nic się nie zmienia... — dodaje pod nosem.
— Jeny, ale ty jesteś głupi!— Allie jest zszokowana odpowiedzią Dantego. Szybko zdziwienie zmienia się w irytację. — Obchodzi mnie to, bo jesteś moim przyjacielem, Dante! To, że jesteś mugolakiem nie ma znaczenia.
— Przepraszam, KIM? — Tony patrzy na kolegę z dormitorium z szeroko otwartymi oczami. Puchonka ignoruje Anthony’ego i mówi dalej:
—Wiesz co? Masz rację, nie powinnam cię szukać, tylko zmarnowaliśmy czas z Jinem. Jasne, że sobie poradzisz sam. Nawet, gdy ktoś cię zaatakuje z zaskoczenia. — Allie uśmiecha się szeroko do Dantego, jednak jednocześnie jest w tym coś niepokojącego. Momentalnie jej ręka wędruje do kieszeni szaty. — Drętwota! — kieruje różdżkę w stronę chłopaka.
Dante ledwie rejestruje słowa Puchonki, ani nawet prawie w ogóle nie dochodzi do niego pytanie, które zadaje zdziwiony Anthony. Wszystko bowiem dzieje się w tak zawrotnie szybkim tempie, że ledwie ma czas na jakąkolwiek reakcje, a już z pewnością nie na długie przemyślenia. Nie zastanawia się więc, jak ma w zwyczaju to zrobić, nad swoim następnym krokiem. Poddaje się swojemu instynktowi, odskakując w bok w sposób podobny jak gdyby podczas lekcji wychowania fizycznego leciała w jego stronę jakaś rzucona przez innego ucznia piłka.
Unik zdecydowanie był sensownym pomysłem, jednak Dante okazuje się być zbyt wolny i zaklęcie w niego trafia. Mocne pchnięcie sprawia, że chłopiec odlatuje do tyłu i ląduje na podłodze.
— Ty jesteś jakaś nienormalna!— Anthony otrząsa się z szoku i spogląda na Allie z oburzeniem. — Dlaczego to zrobiłaś?
— To był tylko test. Czy poradziłby sobie, gdyby był w niebezpieczeństwie. — usprawiedliwia się blondynka. Wygląda jednak na zmartwioną. — Nie wiedziałam, że to zaklęcie jest takie mocne…
— Och, oczywiście, że nie wiedziałaś! W końcu jesteś Puchonką.
— C-co? Co to ma do rzeczy? — pyta zdziwiona nagłym atakiem słownym ze strony chłopaka.
— To ma do rzeczy, że na razie jedynym zagrożeniem dla Dantego jesteś ty!
Słowa te rozbrzmiewają echem po korytarzu. Anthony, czerwony na twarzy patrzy na Allison spod byka, podczas gdy dziewczyna w przeciwieństwie do niego robi się całkiem blada.
Ciszę, jaka nastała, przerywa gwałtowne otworzenie się drzwi Wielkiej Sali i wysyp pierwszorocznych z sali. Część z nich przystaje na widok dziwnej sceny rozgrywającej się na korytarzu. Szczególną uwagę przyciąga Dante leżący na podłodze, któremu dopiero teraz próbuje pomóc wstać Jin-sun. Sytuacja nie umyka także uwadze nauczycielom wychodzącym z sali.
—Czy ktoś może mi wytłumaczyć, co się tu dzieje? — pyta rozgniewany profesor Heffernan.
—Ta świruska zaatakowała Dantego! — Tony wskazuje Allie palcem.
—CO? To wcale nie tak! — broni się Puchonka. — Dante, powiedz profesorom, że ja-
— DOŚĆ! — nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią ucisza uczniów stanowczo. — Panno Graham, nie mogę zrobić nic innego, jak dać pannie szlaban. Filch na pewno znajdzie dla ciebie coś ciekawego do zrobienia na kolejny piątek. I inne piątki do końca miesiąca.
— Ale wtedy jest Klub Pojedynków!
— Zgadza się. Swoją postawą pokazałaś, że nie jesteś gotowa na branie pojedynkowanie się. Właściwie, nie mogę być pewien, czy reszta z waszej czwórki także nie brała w tym udziału. Pozostałych też zapraszam na szlaban. I minus 10 punktów dla każdego z waszych domów.
— Panie profesorze, biorę całą winę na siebie. Jin, Dante i nawet ten… Flint nic nie zrobili — mówi Puchonka z łzami w oczach.
— Dziękuję za szczerość, panno Graham. Jednak wszyscy zlekceważyliście ważne zajęcia i nie obędzie się to bez konsekwencji. Ich kara będzie trwała której, lecz nie mogę jej całkiem umorzyć. A teraz możecie się udać do swoich dormitoriów, za półtora godziny sala będzie gotowa do kolacji.
Uczniowie zaczynają się rozchodzić do poszczególnych domów. Wszyscy szepcą tylko o jednym. Allison patrzy szklistymi oczami na Jina i Dante.
— Przepraszam! — mówi do nich i próbuje się lekko uśmiechnąć. — No, szlabanu jeszcze nie mieliśmy… Dla was dwa razy, dla mnie trzy, jakoś to przeżyjemy. Przynajmniej spędzimy trochę czasu razem, no nie? To pa, ja już będę lecieć.
Dziewczyna odchodzi szybkim krokiem w stronę piwnic, gdzie mieści się Pokój Wspólny. Chłopakom nie pozostaje nic innego jak również udać się do swoich dormitoriów.
Komentarze
Prześlij komentarz