ROZDZIAŁ 4

Plotki w Hogwarcie roznoszą się szybko i wkrótce każdy wie o tym, co przytrafiło się Aurelii Flint. Spekulacji co do sprawcy wypadku jest wiele; niektórzy podejrzewali o to Śmierciożerców (Lucas), starsi Ślizgoni oskarżają najlepszego przyjaciela dziewczyny, Benjamina Myersa (“A tyle razy powtarzaliśmy jej, że przyjaźń ze szlamą przyniesie jej zgubę”), większość jednak wskazuje na bandę Ślizgonów, z którymi miała na pieńku, lecz siedziała cicho, gdyż bała się ich rewanżu.
Wieść o wypadku siostry wstrząsa Anthonym, chłopak nawet nie próbuje udawać twardego. Spędza cały dzień w Sali Szpitalnej, tak, że pani Pomfrey musi go z niej wyganiać. Wiele osób nie rozumie chłopaka, gdyż stan siostry jest już stabilny i jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Jednak wciąż jest nieprzytomna i nie wybudzono jej, aby obrażenia mogły się spokojnie wyleczyć.
Natychmiast ruszyło śledztwo; profesor Heffernan uznał za punkt honoru odnaleźć sprawcę. Niestety nie było żadnych świadków, więc szło ono opornie.
Gdy tylko Allie dowiaduje się o wypadku, uznaje, że musi się koniecznie spotkać z Val, Jinem i Dante i jak pomyślała, tak zrobiła.
— Słyszeliście już o tym, co stało się z Aurelią Flint? — pyta Allie. Gdy wszyscy przytakują, dziewczynka kontynuuje. — Wiecie, że to ta sama dziewczyna, którą zaatakowali Ślizgoni w sobotę? Myślę, że nie jest to przypadek, że teraz leży w Skrzydle Szpitalnym. Pamiętacie, co mówiła? Była wściekła i nawet powiedziała, że chciałaby, aby tamci Ślizgoni spadli ze schodów. A tymczasem to ona ląduje z tego powodu w Skrzydle! To musiała być ich sprawka. Musimy jak najszybciej powiedzieć o tym profesorowi, aby mógł ich ukarać, a najlepiej wywalić z Hogwartu, by nikomu nie stała się już krzywda! Czy nie mam racji? Dante?
Brunet nerwowo stuka palcem w udo, wybijając jakiś mało skomplikowany rytm. Chłopak rozumie, dlaczego Allie zareagowała tak nerwowo na całą sprawę z Aurelią, jeśli bowiem miałby być szczery to jemu samemu cała sytuacja również nie daje spokoju. Myśl o tym, że w Hogwarcie znajdują się osoby zdolne do tak okrutnego ataku na innego ucznia nie jest zbyt przyjemna. Do tego Dante nie może powstrzymać się przed współczuciem Anthony'emu, który nie dość że widocznie martwi się o swoją siostrę, to jeszcze musi wysłuchiwać wszystkich teorii o tym co jej się przytrafiło - od osób mniej i bardziej Aurelii przychylnych. Mimo tego Dante jednak nie chce dochodzić do pochopnych wniosków. Ma złe przeczucie, że to może być tylko początek dziwnych wydarzeń.
- Allie... - zaczyna sceptycznie. - Nie mówię, że nie masz *kompletnie* racji, ale nie uważasz to za nieco, no nie wiem, zbyt nieprzemyślane żeby od razu iść z taką teorią do profesora Heffernana? 
Chłopiec zaczyna stukać palcem bardziej nerwowo i marszczy brwi.
- Pamiętasz, kiedy Aurelia wspomniała o schodach? Avery i reszty jego bandy już tam nie było. 
Dante wzdycha ze zrezygnowaniem.
- I... po prostu... czy naprawdę chcemy się w to mieszać? Ja wiem, że to dobry uczynek, ale... - krzyżuje ręce na piersi - Możemy narobić tylko więcej kłopotów. 
Allie wygląda na rozczarowaną, lecz nie może zaprzeczyć logicznemu myśleniu Dante.
Blondynka wzdycha i odpowiada:
— Chyba masz rację… Nie mogli tego słyszeć. Ale ja po prostu czuję się źle nic nie robiąc! A w dodatku nie mogę patrzeć na to, co dzieje się z Benjim, jej dobrym kolegą, którego broniła ostatnio. Chłopak musi znosić ciągle docinki ze strony Ślizgonów i ich bezpodstawne oskarżenia. Najgorsze jest to, że nawet się nie broni, wręcz uważa, że na nie zasłużył, gdyż nie mógł jej ochronić, tak jak ona zawsze broni jego. My, Puchoni, oczywiście stoimy za nim murem i chcemy, żeby przestał się zadręczać. Jak odnajdziemy sprawcę może tak się stanie, dlatego chwytam się już wszystkiego. Poza tym pamiętacie, co profesor Heffernan ostatnio nam mówił? Żebyśmy starali się uczynić świat czarodziei lepszym i że ciekawość jest ważną cechą. Bardzo chciałabym wiedzieć, co się stało. To jak, jesteście ze mną?
Val zaintrygował ten "wypadek",który wydawał się dobrze przemyślany przez sprawcę.
— Hmm... Ktoś użył jej własnych słów przeciwko niej. Oznacza to że sprawca albo nas podsłuchiwał ukryty, albo może nawet stał tuż obok. Nie możemy zatem tego zostawić. Co jeśli będą kolejne ofiary, a może nawet będzie to ktoś z nas? Nie wiadomo czy sprawca poprzestanie na Aurelii.
Val czuje dreszczyk emocji. Chcę poczuć się jak bohaterowie książek detektywistycznych, które chętnie czytała na dachu sklepu po skończonej pracy. Wie o czyhającym niebezpieczeństwie, ale "heloł", w końcu coś się dzieje ekscytującego w jej życiu!
— Dokładnie! Myślę, że to może być coś większego, trzeba będzie być ostrożnym. Myślałam nad tym, co możemy zrobić. Dobrze by było dowiedzieć się czegoś z pierwszej ręki, czyli od samej Aurelii gdy się obudzi, lub jej brata. Dante może zrobić to najsubtelniej i nie wzbudzi to żadnych podejrzeń. Ja i Val popytamy profesora Heffernana jak do tej pory idzie śledztwo. Pomyślałam, że warto też wiedzieć, co Aurelia robiła poza klasą, więc najlepiej zapytać kogoś kto był wtedy z nią na lekcji, czyli jej przyjaciółkę, Dalię. Słyszałam, że ma słabość do chłopców, więc Jin mógłby z nią pogadać. Dasz radę to zrobić Jin? — pyta Allie.
Jin zastanawia się przez moment, ale po chwili oświadcza
— Tak jasne… Zobaczę, co da się z tym zrobić. Możecie na mnie liczyć. — Jin chce brzmieć bardzo przekonująco, tak by reszta osób poczuła, że może na nim polegać. Czuje, że chciałby coś zrobić bądź dać od siebie. Zawsze trzymał się trochę z boku i teraz chce to zmienić. Powoli przekonuje się do osób go otaczających i chce w ten sposób nawiązać jakieś relacje z nimi, gdyż nigdy tak w zasadzie nie miał prawdziwych przyjaciół. Za młodu mógł cieszyć się jedynie towarzystwem matki, lecz nie na długo.
— Świetnie! — odpowiada Allie — bo wysłałam już do niej anonimowo sowę, by przyszła do klasy muzycznej o 17… Trochę byłoby słabo, gdybyś odmówił, jak ja bym tam poszła, pewnie mi by nic nie powiedziała. Ale w ciebie wierzę, Jin. — Allie unosi kciuki do góry. — Chodź, Val, może uda nam się wyciągnąć coś z profesora Heffernana jeszcze przed kolacją. A i Dante… naprawdę przydałaby się nam twoja pomoc, więc jeszcze to przemyśl.
Dziewczyny podążają do gabinetu profesora Obrony Przed Czarną Magią. Zanim wchodzą, Allie zwraca się do Valkirii:
— Profesor może nam nie chcieć udzielić wszystkich odpowiedzi. Musimy to zrobić sprytnie, żeby się nie skapnął. Mam pewien pomysł, może nam nie odmówi, jeśli tylko chcemy to wiedzieć w celach edukacyjnych.
— Co chcecie wiedzieć w „celach edukacyjnych”, dziewczynki? — nagle pojawia się profesor Heffernan, który wygląda na zmęczonego, lecz uśmiecha się uprzejmie.
— Ehm… chciałyśmy z panem porozmawiać o… pracy Aurora. Bardzo nas to zaciekawiło po ostatniej lekcji. — odzywa się Allie.
— Ach tak… myślę, że znajdę dla was chwilkę. Wchodźcie do gabinetu.
Dziewczyny słuchają i wchodzą do niewielkiego pomieszczenia i zajmują krzesła przy biurku. Profesor siada naprzeciwko nich i proponuje im ciasteczka i herbatę, na co się zgadzają.
— Tak się zastanawiałyśmy z Val — zaczyna Puchonka — Jak to się stało, że nie został pan profesor Aurorem? Trochę trudno nam w to uwierzyć, przecież pan wie chyba wszystko i umie tak dobrze walczyć… Jakim cudem nie przeszedł pan szkolenia?
Kirk Heffernan śmieje się krótko, odrobinę zakłopotany.
— Za bardzo mi pochlebiasz, panno Graham. Jak wiecie, testy na Aurora są okropnie wymagające. Tylko ułamek chętnych wytrzymuje ciężkie szkolenie i, niestety, nie byłem jednym z nich. Próbowałem z całych sił, lecz w końcu zrozumiałem, że nie jest to w moim zasięgu. Jednak nie żałuję tych lat spędzonych na treningach i testach, gdyż dały mi one wiele i teraz mogę dzielić się z wami, uczniami, moim doświadczeniem i mieć nadzieję, że wam powiedzie się lepiej niż mnie.
— Bardzo cieszymy się, że mamy takiego nauczyciela jak pan — mówi Allie. —Szczególnie teraz, gdy wie pan co stało się z Aurelią…
— A więc wiecie… Tak jak pamiętałem, historie w Hogwarcie roznoszą się bardzo szybko. Ile wiecie?
— Naprawdę niewiele. Tylko to, że nie był to wypadek i że to pan ją znalazł. Bardzo się martwimy, szczególnie, ze względu na incydent z soboty… 
— Te dwie sprawy nie mają nic wspólnego. — wymyka się profesorowi. Kolejne zdania stara się tak formułować, by wiele nie zdradzić.— Poza tym nie ma powodu, żebyście się tym interesowały. Zostawcie to mi i nie zaprzątajcie sobie tym głowy.
— Ale my mamy powód! — odpowiada Allie. — Co nie, Val? Ciekawi nas ta sprawa, boo… — Blondynka patrzy z nadzieją na koleżankę.
—… ponieważ bardzo zainteresowało nas jak Aurorzy prowadzą śledztwa w sprawach takich jak to — mówi z lekkim poddenerwowaniem w głosie Gryfonka. "Oby to łyknął", liczy po cichu. 
—Wie pan profesor, w wolnym czasie uwielbiam czytać książki detektywistyczne. Wszystkie jednak dostępne mi egzemplarze były pisane przez mugoli. Musi istnieć wiele różnic w przebiegu śledztw gdy w grę wchodzi magia. Mógłby Pan coś więcej na ten temat powiedzieć? 
„W końcu moje hobby ma jakiś głębszy sens niż tylko zabicie czasu”, myśli. 
— Ach tak, widzę, że jesteście bardzo ciekawskie. Nie mogę was za to zganić, w końcu sam wam mówiłem, że to dobra cecha — odpowiada nauczyciel. — Chyba nie zaszkodzi, jak się trochę więcej dowiecie, zresztą na razie nie ma żadnych przełomów w śledztwie. Nie znam się zbyt na pracy mugolskich śledczych, ale jako, iż w czarodziejskim świecie większość przestępstw popełnianych jest za pomocą różdżek, to właśnie one są ważnym dowodem w sprawie. Jest takie zaklęcie, Priori Incantatem, które pozwala określić jakich zaklęć użył ostatnio posiadacz różdżki. Oczywiście każdy podejrzany w tej sprawie został zbadany pod tym kątem, nie znalazłem nic podejrzanego, jednak nie można wykluczyć też użycia zwyczajnej ludzkiej siły. Dlatego również sprawdzam alibi tych osób, czyli to, co robili w czasie wypadku. Trwały wtedy lekcje, więc większość uczniów była wtedy w salach.
— To dlaczego Aurelia była poza nią? Nauczyciel z którym miała lekcje od tak ją wypuścił samą z sali? — wtrąca Allie.
Na te słowa na twarzy profesora Heffernana pojawia się wstyd i poczucie winy, a później przemawia cicho:
— Miała tylko pójść po różdżkę… Upierała się, że pójdzie sama, a ja się zgodziłem. Nie powinienem tego robić. Nie powinienem. 
Chowa twarz w dłoniach i zapada krępująca cisza. W końcu przerywa ją Allie.
— Profesorze… to nie pana wina. Nie mógł nic pan przewidzieć.
Chyba słowa dziewczynki nie docierają do niego, siedzi dalej zamyślony.
— My już sobie pójdziemy… Dziękujemy za wszystko. Bardzo nam pan profesor pomógł.
Val i Allie wychodzą powoli z gabinetu, i gdy już są poza nim odzywa się Puchonka:
— To było trochę… niezręczne. Ale coś się jednak dowiedziałyśmy. Ciekawe jak pójdzie teraz Jinowi.

Jin, tak jak Allie to zaaranżowała, czeka na ślizgońską dziewczynę w sali muzycznej. Puchonka nie powiedziała mu, co dokładnie napisała na karteczce do Dalii, więc nie ma pojęcia czego się spodziewać. Na szczęście, bądź nieszczęście, sala muzyczna jest pusta. W końcu drzwi sali powoli się otwierają i pojawia się w nich niewysoka dziewczyna. Dalia okazuje się ładną mulatką o długich falowanych brązowych włosach zawiązanych aksamitną zieloną wstążką oraz brązowych oczach. Trzyma różdżkę w pogotowiu i gdy tylko zauważa Jin-suna, celuje nią w chłopaka.
— Ty! Co ty sobie myślisz? Że się nabiorę na takie proste sztuczki? — Wyciąga z kieszeni liścik napisany koślawym pismem i przyozdobiony serduszkami i pokazuje go Jin-sunowi. — Że napiszesz parę miłych słów i przyjdę nieuzbrojona do pustej sali? Nie jestem tak naiwna jak moja przyjaciółka. Jeden ruch w moją stronę, a pożałujesz. Dlaczego mnie tu zaprosiłeś?
Reakcja dziewczyny trochę zaskakuje chłopca. Nie spodziewał się, że Allie wyskoczy z pomysłem miłosnego liściku. Ale nie po to tu przyszedł. Stwierdza, że może najpierw powinien zapytać, jak się czuje, zanim przejdzie do sedna sprawy... 
— Nie przejmuj się... — zaczyna — Głupio wyszło z tym liścikiem... Chciałem dowiedzieć się jak się czujesz po wypadku twojej przyjaciółki. Musiało to być dla ciebie bardzo trudne — mówi i otwiera usta, aby kontynuować dalej ale chwilę się waha gdyż nie jest pewny, czy Dalia będzie chciała powiedzieć mu coś więcej o wypadku — I tak się zastanawiam, czy może wiesz, co się z nią tak naprawdę stało? Albo dlaczego była poza klasą? Cała ta sytuacja przejęła mnie i moich znajomych. Wszyscy martwimy się o nią i nie chcemy żeby to się powtórzyło. Więc pomyślałem, że może mogłabyś jakoś nam pomóc.
Przez chwilę dziewczyna patrzy jeszcze na niego nieufnie, lecz po chwili opuszcza różdżkę, jednak jej nie chowa. Siada na jednym z krzeseł i spojrzeniem nakazuje Jin-sunowi aby przy niej usiadł.
— Jesteś jedną z nielicznych osób, które obchodzi, co ja czuję. Albo chociaż udajesz, żeby dowiedzieć się więcej o wypadku, ale chyba nie mogę cię za to winić. Wszyscy o tym mówią, tworzą się coraz to nowe plotki a mało kto stara się dotrzeć do prawdy — zaczyna mówić Ślizgonka — naprawdę bardzo chciałabym się dowiedzieć, kto chciał skrzywdzić Aurelię. Pewna rzecz nie daje mi spokoju, ale nie miałam okazji z nikim się podzielić. Chodzi o to, że Auri dziwnie się zachowywała przez ostatnie parę dni. Chyba zaczęło się to w sobotę wieczorem, była strasznie cicha, co zwykle się nie zdarza, szczególnie, że słyszałam, że Avery i spółka znów uwzięli się na nią i Myersa. Zażartowałam, że pokłóciła się ze swoim chłopakiem, a ta nawet mnie nie poprawiła, że “Benji to tylko przyjaciel” jak to zawsze miała w zwyczaju mówić. Dałam jej spokój, stwierdziłam, że może kolejnego dnia jej przejdzie, ale całą niedzielę spędziła w dormitorium, jedynie udało mi się ją wyciągnąć na posiłki. Może powinnam bardziej się tym przejąć i porozmawiać z nią szczerze, ale takie rzeczy nie są raczej w naszym stylu. Może bała się wychodzić, bo wiedziała, że ktoś jej może zagrażać? Może nie powinnam jej zaciągać siłą na lekcje? Była taka nieobecna, nawet zapomniała różdżki z dormitorium. Musiała się po nią wrócić na Obronie Przed Czarną Magią, a ja powinnam się uprzeć, żeby z nią iść. Jednak ona stanowczo stwierdziła, że da radę sama. Tylko skąd ktoś wiedział, że Aurelia będzie akurat wtedy poza salą? Boję się, że z kimś się umówiła, tak jak teraz ty ze mną, tylko oczywiście ta druga osoba miała złe intencje. Taka naiwna … Na szczęście podobno jutro już mają ją wybudzić. Wtedy może dowiemy się w końcu prawdy.
Dziewczyna wstaje z krzesła i poprawia wstażkę we włosach.
— Dobra, chyba cię zanudzam tym gadaniem, szczególnie że wiele pomóc nie mogłam. Będę już iść, dzięki za wysłuchanie. A, i rada na przyszłość: ktokolwiek doradził ci ten “tekst na podryw” z liściku… nie słuchaj go więcej. Proszę. 
Jin-sun patrzy na nią zdezorientowanym wzrokiem. 
— Chyba nie byłeś to ty, nie? — mówi Dalia. — “Na górze ruże, na dole chipogryf, rzadna dziewczyna nie opże się na ten podryf”? Jesteś Krukonem, chyba masz trochę rozumu w głowie. I popracuj nad ortografią… Może ktoś wtedy weźmie cię na poważnie.
Dziewczyna chichocze i w dobrym nastroju wychodzi z sali muzycznej.
Dante po kolacji udaje się do Pokoju Wspólnego Ślizgonów i o dziwo, zauważa Anthony’ego Flinta siedzącego w jednym z foteli. Przez cały dzień chłopak był w Skrzydle Szpitalnym, więc to, że w końcu wrócił mogło być zasługą pani Pomfrey lub polepszającego się stanu Aurelii. Chłopak jest zamyślony, a na jego kolanach siedzi… Panna Kociłapka. W końcu chłopiec zauważa Dante i odzywa się:
— O Dante, hej. Twój kot sam do mnie przyszedł, mam nadzieję, że się nie gniewasz. Jest świetnym towarzyszem, przynajmniej on nie patrzy na mnie współczującym wzrokiem, jak wszyscy inni. Tak jakbym to ja został zrzucony ze schodów, a nie Auri. — próbuje się uśmiechnąć, ale nie wygląda to zbyt wiarygodnie ze szklącymi się oczami.
Chłopak niemrawo kiwa głową podczas monologu Tony'ego. Sam bowiem wie jak okropne jest to uczucie, gdy wszyscy patrzą na ciebie z (najczęściej) wymuszonym współczuciem. Przełyka ślinę. Ma ochotę zmienić temat na coś zdecydowanie mniej niezręcznego i przyjemniejszego, a co za tym idzie uniknąć rozmowy o wypadku starszej Ślizgonki, jednak nim otwiera usta coś go powstrzymuje. Słowa Allie zdają się jakby brzęczeć mu w uszach: "Naprawdę przydałaby się nam twoja pomoc". One, jak i niepokój, który brunet odczuwa od momentu w którym po raz pierwszy usłyszał o dziwnym incydencie, sprawiają, że Dante jednak nie ma najmniejszej ochoty zostawić tej sprawy w spokoju.
Podchodzi powoli do Kociłapki, ułożonej na kolanach jego ślizgońskiego znajomego. Ostrożnie wyciąga w jej stronę rękę, starając się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, które spłoszyłyby kotkę, bądź też zostały przez nią mylnie uznane za propozycje zabawy. Następnie zaczyna ją pieszczotliwie głaskać za uszkiem, mając nadzieje że znajomy pomruk doda mu odwagi i (co mniej prawdopodobne) umiejętności interpersonalnych.
—Och... — zaczyna elokwentnie, wbijając wzrok w lśniące rude futro Kociłapki. — Nie, nie gniewam się. Wiem, że bywa... pieszczotliwa.
Głaszcze po raz ostatni głowę kotki, otrzepuje rękę z jej sierści i odwraca się w stronę Anthony'ego. Przygryza w zamyśleniu dolną wargę.
— Wiem, że pewnie nie masz ochoty rozmawiać na ten temat, ale... — Jeśli jakiś moment jest dobry na zadawanie bezpośrednich pytań, to tylko ten. - Co tam u Aurelii? Czy jej stan się polepszył?
— Tak, wszystko w porządku. Jutro powinna się obudzić, a w czwartek już wyjdzie ze Skrzydła Szpitalnego. — odpowiada chłopak lakonicznie. Można pomyśleć, że już nic więcej nie powie, lecz dodaje: — Wiesz, zastanawiam się: dlaczego ona? Znaczy, Auri często bywa impulsywna i nie potrafi się powstrzymać przed powiedzeniem tego, co myśli… Ale zrzucenie ze schodów? To jest zbyt okrutne. Jakby spadła z większej odległości m-mogła by… — Tony’emu zaczyna drgać głos. — mogłaby z-zginąć. Nie wybaczę temu, kto tak skrzywdził moją siostrę! — chłopiec zaciska ręce w pięści a w jego oczach szkli się determinacja. — Jak tylko go znajdę dowie się, że z Flintami się nie zadziera. 
Anthony nie ma nic więcej do powiedzenia, delikatnie ściąga Kociłapkę z kolan i oddaje ją Dante, po czym odchodzi do chłopięcego dormitorium.

Następnego dnia czwórka przyjaciół spotyka się po lekcjach, aby zdać raporty z przypisanych im zadań.
— Jeny, to jest trudniejsze niż myślałam. — mówi ze zrezygnowaniem Allie. — Dalej nie wiemy, kto za tym stoi. A pojawiły się nowe pytania. Czy to jej dziwne zachowanie przez ostatnie dni miało coś wspólnego z wypadkiem? Wygląda, że coś się z nią stało po tym incydencie ze Ślizgonami. Nic nie rozuuumiem. Przecież wtedy była wkurzona, a nie nie smutna. Czy to się stało później, po tym jak zaprowadziła Benjiego do Skrzydła Szpitalnego?I skąd ktoś wiedział, że Aurelia będzie poza salą akurat o tej porze co była? Czy naprawdę z kimś się wtedy umówiła? Nie ma szans, że to tak zostawimy, musimy dowiedzieć się więcej. — Puchonka stopniowo zaczyna mówić szybciej i z większym przejęciem. — Wiemy, że dziś się wybudzi, więc powinniśmy iść do Skrzydła i spróbować coś podsłuchać. Na pewno profesor Heffernan będzie chciał ją przesłuchać, trzeba się tylko dowiedzieć o której i spróbujemy coś zdziałać. Może uda mi się wyżebrać pelerynę niewidkę od Petera… Chyba jest już trochę zużyta, ale lepsze to niż nic. Chyba, że umiecie rzucić Zaklęcie Kameleona.. Ja nie umiem, niestety. Ale dobra, mniejsza z tym. Co sądzicie o tym planie?
— To może się skończyć bardzo źle dla nas wszystkich, mogą nas nawet wyrzucić ze szkoły. Jednak chyba nie mamy wyjścia, to jest najlepszy sposób na dowiedzenie się czegoś jeszcze. Mhmm — Val przegryza delikatnie wargę — ale musimy być bardzo ostrożni. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby kogoś z nas złapali.
Valkiria delikatnie się rumieni, lecz zaraz przyjmuje ponury wzrok. "Nie chce znów zostać sama...nie chcę…”
— Cieszę się, że się zgadzasz co to tego, Val. — odpowiada Allie. —Może aż tak surowo nas nie ukarają, ale no raczej nie byliby szczęśliwi, bo pewnie chcą załatwić to po cichu. Gorzej jakby to ten, kto ją zaatakował dowiedział się, że węszymy. Dlatego nie możemy absolutnie na to pozwolić. Trzeba załatwić tę pelerynę jak najszybciej. Peter powinien być teraz w Pokoju Wspólnym Krukonów — mówi Allie. — Dlatego potrzebujemy Jina, by się tam dostać. A wtedy ja wykorzystam swoje umiejętności przekonywania i możemy zaczynać akcję. - Puchonka uśmiecha się i zwraca się do Jin-suna: — Prowadź nas do Wieży Krukonów, Jin.
Grupka przyjaciół idzie za Krukonem i docierają przed wejście do Pokoju Wspólnego. Na drzwiach wisi wykonana z brązu kołatka w kształcie orła. Gdy uczniowie podchodzą, zadaje ona pytanie:
— Gdy obedrzesz mnie ze skóry ja nie będę płakać, lecz ty będziesz. Czym jestem?
— Coo? O co chodzi, Jin? — Allie patrzy na kołatkę z zdziwieniem. — Aaa, trzeba odpowiedzieć na to pytanie? My Puchoni nie mamy takich rzeczy. No ja nie mam pojęcia, co to może być. Ty wiesz?
Jin był oczytany, więc wydawało się że nie będzie miał problemu z zagadką, ale tym razem nie ma pojęcia o co chodzi aż głupio jest mu się przyznać…
— A wiesz co... Nie mam zielonego pojęcia, co to jest... Nigdy o czymś takim nie słyszałem… A wy? — Patrzy na resztę wyraźnie zmieszany na twarzy.
— Żałosne, doprawdy żałosne. 
Do drzwi Pokoju Wspólnego podchodzi Gilderoy Lockhart i z pobłażliwym uśmiechem patrzy się na zgromadzonych przed nimi czarodziei, szczególnie na swojego kolegę z dormitorium.
— Jin, przyprowadziłeś znajomych żeby pochwalić się swoją inteligencją? — Pyta blondyn. — Coś ci chyba nie wyszło, ale nie martw się, nie każdy urodził się z tym darem. Zaraz pokażę wam, jak się to robi.
Kołatka ponawia swoje pytanie i chłopiec chwilę myśli i w końcu wykrzykuje:
— Cebula! Jesteś cebulą!
— Tak, to prawda. Gratulacje bystrości. — Odpowiada kołatka i otwiera przejście do Pokoju Wspólnego Krukonów.
Gilderoy patrzy z satysfakcją na Jin-suna i z odrobiną kpiny w głosie zwraca się do niego: 
— Proszę przodem, kolego.
Chłopak kieruje się do wejścia, a za nim próbują to zrobić Allie, Val i Dante.
— Ejej, a wy to niby gdzie? To nie jest wasz Pokój Wspólny. — Gilderoy przymyka lekko drzwi. Mruży podejrzliwie oczy. — Dlaczego wchodzicie do obcego Pokoju Wspólnego?
— Wyluzuj, Gilbert, potrzebuję tylko pogadać z bratem, nic wielkiego. — odpowiada Allie, klepiąc chłopaka delikatnie po ramieniu. — 2 minuty i już nas nie ma.
Lockhart patrzy na Puchonkę z wyraźną niechęcią, bierze głęboki wdech i mówi z zaciśniętymi zębami:
— Gilderoy. Nie Gilbert. A dla ciebie Lockhart. I nie ma szans, że wpuszczę którekolwiek z was. 
— Okeeej, proszę pana LOCKHARTA. Ale z ciebie sztywniak! — odparowywuje Allie. — Jin, pójdziesz po mojego brata? Nie ma sensu tracić czasu.
Jin wykonuje polecenie i po chwili z pokoju wychodzi Peter Graham.
— O co chodzi, Allie? Czemu tak nagle chciałaś się zobaczyć? — pyta chłopak i patrzy ze zdziwieniem na wszystkie osoby zebrane przed Pokojem Wspólnym.
— A co, nie mogę chcieć zobaczyć się z moim kochanym braciszkiem? Prawie się nie widujemy od kiedy jesteśmy w różnych domach. — Puchonka z udawanym smutkiem patrzy na brata.
— Allie, przecież rozmawialiśmy dziś podczas śniadania. I wczoraj, i przedwczoraj. Nie owijaj w bawełnę, bo mam dziś do załatwienia jeszcze parę spraw — niecierpliwi się Peter.
— Okej, okej. Chodźmy trochę na bok, bo to dość poufna sprawa. — Allie mówi to ze względu na Gilderoya, który nadal stoi w drzwiach i przygląda się tej rozmowie.
Rodzeństwo oddala się i dziewczynka szeptem zaczyna przekonywać brata do pożyczenia im Peleryny Niewidki. Po ekspresji widocznej na twarzy okularnika widać, że nie ma zamiaru tego robić. Allie próbuje swoich wszystkich możliwych sztuczek: smutne oczy, błaganie, a nawet wygląda, jakby go czymś szantażowała. Chłopak aż się wzdryga, ale chyba dalej upiera się przy swojej racji. W końcu Allie odchodzi ze zrezygnowaną miną i nakazuje przyjaciołom podejść do niej.
— Nici z peleryny. — mówi cicho. — Zmarnowaliśmy tylko czas. Durny Pete, zamiast powiedzieć od razu, że jest zniszczona prawił mi morały jakie to niebezpieczne i żebym się nie pakowała w kłopoty, bla, bla, bla. Kto to mówi? On zarobił szlaban pierwszego dnia szkoły!  Ughhh! Co my teraz zrobimy? 
Fiołkowooki Ślizgon nie mógł się powstrzymać przed przewróceniem oczami jak Gilderoy zaczął się przechwalać. Na szczęście ugryzł się w język w momencie, w którym chłopak zaczął robić im problemy z wejściem do Krukońskiego dormitorium, i nie powiedział tej kąśliwej uwagi która już formowała się w jego głowie. Na szczęście dość szybko uporali się z upartym Krukonem, na nieszczęście jednak...
Dante wzdycha, przeczesując ręką nerwowo kosmyki swoich brązowych włosów. Niestety cała ich wizyta złożona bratu Allie okazała się być na marne. Idąc tu i wdając się w rozmowę z Gilderoyem stracili tylko cenny czas. Równie dobrze podczas ich przekomarzania się z blondynem przesłuchanie Aurelii mogło już się odbyć. Mimo tego Dante zdawał sobie sprawę, że nie może tak po prostu zostawić tej sprawy w spokoju. Był już zbyt głęboko w to zaangażowany, żeby teraz się poddawać.
Mogliby poszukać nowego magicznego rozwiązania problemu, albo zrobić to w tradycyjny sposób...
— Mam pomysł… — zaczyna niepewnie — ale ma on większą szansę niepowodzenia, niż to, co wcześniej planowaliśmy.
Ma nadzieję, że to ostrzeżenie ostudzi entuzjazm Allie na tyle, by mógł w spokoju wytłumaczyć dokładnie o co mu chodzi.
— Musimy dostać się do Skrzydła Szpitalnego. Chyba najłatwiej byłoby po prostu udać, że źle się czujemy, albo że jesteśmy chorzy — kontynuuje szeptem — Może, jednak... nie wszyscy. Gdyby nagle tak wielka grupa osób źle się czuła wzbudziłoby to podejrzenia.
Następnie chłopak zaczyna mrugać prędko oczami, przygryza dolną wargę i - trzymając się kurczowo za brzuch - zaczyna zginać się w (fikcyjnym) bólu, wydając przy tym ciche jęki i patrząc się co chwilę na swoich towarzyszy obolałym wzrokiem. Po tym małym teatrzyku wyprostowuje się i pyta:
— I jak? Myślicie że to będzie wystarczająco przekonujące?
— Dante! — Allie patrzy z podziwem na chłopaka. — Ty to masz łeb. Na pewno jest to ryzykowne, ale bez ryzyka nie ma zabawy, nie? Racja, nie możemy pójść wszyscy. Hmm… ktoś pójdzie z tobą, skoro już pokazałeś na co cię stać. To co, chyba najlepiej będzie jak wylosujemy kto i szybko wdrążymy plan.
Allie, Jin i Val decydują, że najsprawiedliwiej będzie zagrać w papier, kamień i nożyce. Tym sposobem z Dante do Skrzydła Szpitalnego ma udać się Valkiria. 
— Okej, to powtórzmy plan jeszcze raz. — mówi Allie. — Dante zwija się z bólu, ma okropny ból brzucha. Val zaprowadzi go do Skrzydła i dopilnuje, by pani Pomfrey uwierzyła w tę bajeczkę, przynajmniej na tyle, byście mogli tam zostać wystarczająco długo, by się czegoś dowiedzieć. Ja i Jin będziemy kręcić się po korytarzu lub gdzieś w pobliżu, gdyby okazało się, że profesor dopiero będzie szedł do Skrzydła lub z niego wracał, wtedy może uda się coś podsłuchać. Okej, powodzenia wszystkim, czas zacząć akcję.
Val i Dante kierują się do drzwi Sali Szpitalnej. Zdają sobie, że ich plan ma wiele luk i jest dość szalony, lecz już jest za późno by się wycofać. Otwierają drzwi i korzystając z chwili, że nie zostali jeszcze zauważeni przez panią Pomfrey rozglądają się po sali. Val kieruje wzrok w stronę łóżka na którym pamietała że leżała Ślizgonka, gdy ją pierwszy raz tu przeniesiono. Jest ono przysłonięte parawanem, więc dziewczyna nie może określić, czy ktoś poza Aurelią tam jest. Wkrótce z gabinetu wychodzi pani Pomfrey, a Dante szybko łapie się za brzuch i ma nadzieję, że pielęgniarka nie zauważyła tej zbyt nagłej zmiany w jego stanie zdrowia. Podchodzi do nich i pyta się o dolegliwości Ślizgona.
— M-mój brzuch. Strasznie mnie boli. — jęczy cichutko Dante, zginając soę lekko.
Pani Pomfrey świdruje go wzrokiem próbując ocenić czy mówi prawdę. Nie raz miała do czynienia z symulantami, którzy udawali chorobę, aby wykręcić się z obowiązków szkolnych. Dante w swojej roli odnajduje się jednak na tyle dobrze, że kobieta nie odprawia go z kwitkiem, tylko prosi o zajęcie jednego z łóżek, na nieszczęście zbyt oddalonego od tego Aurelii by mieli choć szansę coś podsłuchać. Val jednak wykazuje się wyjątkowym refleksem i przystępuje do ryzykownej akcji. Szepce coś do ucha Dante, na co on zwija się mocniej z bólu.
— Och, biedny Dante, wytrzymaj jeszcze, zaraz pani Pomfrey ci pomoże. Już, już, musisz się natychmiast położyć. — Z paniką, dobrze imitującą strach o chłopaka szybko, zanim pielęgniarka zdąży zareagować, prowadzi go do łóżka obok tego zajmowanego przez Aurelię.
— Nie tutaj, proszę się położyć ta… — zaczyna pielęgniarka obserwując zasłonięte parawanem łóżko z zakłopotaniem, lecz w końcu przestaje i z westchnięciem zabiera się do badania Dante.
Val stara się być jak najbliżej parawanu, by móc cokolwiek usłyszeć. Rozpoznaje przytłumiony męski głos, lecz w żaden sposób nie jest w stanie zidentyfikować poszczególnych słów. Po chwili jednak przyzwyczaja się i wyłapuje stanowcze słowa dziewczyny.
— … nie powinien profesor się tym zadręczać. Nie zależy mi na żadnej zemście, cieszę się, że nie skończyło się gorzej i marzę tylko o powrocie do normalności. 
— Ale panno Flint, tu nie chodzi o zemstę, tylko poczucie sprawiedliwości. Nikt nie może sobie tak bezkarnie napadać na innych uczniów! — stopniowo podnosi głos, aż w końcu pani Pomfrey interweniuje.
— Kirk, uważam, że na dziś już wystarczy. Daj pannie Flint odpocząć, musi się dalej regenerować.
Profesor niechętnie wyjawia się zza parawanu i odchodzi.
— Panienko — zwraca się do Val pielęgniarka. — Dałam twojemu koledze krople na ból brzucha, powinny za chwilę zadziałać. Może jeszcze poleżeć tu trochę dłużej, ale nie ma już potrzeby żebyś przy nim była, powinien trochę się zdrzemnąć.
Val niechętnie odchodzi rzucając Dante przepraszające spojrzenie.
Ślizgon próbuje się wykręcić, że już czuje się wyśmienicie, lecz pielęgniarka stanowczo każe mu zostać.
— Tak bardzo cię bolało, nawet dokładnie nie mogłam określić przyczyny, więc nie ruszasz się stąd, nie ma mowy — podaje mu eliksir nasenny, i pod czujnym okiem pani Pomfrey zażywa go, jednak nie połyka i gdy jest tylko pewny że kobieta go nie widzi wypluwa go. Kilka kropli jednak dostało się do jego gardła, więc zasypia.
Tymczasem Jin i Allie obserwują otoczenie Skrzydła Szpitalnego z ukrycia. Są jednak dość daleko, znaleźli wnękę około dwadzieścia metrów od drzwi. Pierwszą osobą wychodzącą z Sali był profesor Heffernan, Jin zauważa, że nie jest on zbyt zadowolony. Wnioskuje więc, że nie dowiedział się nic od Aurelii. Czekają dłużej i widzą w końcu wychodzącą Val. Wychylają się więc i wołają dziewczynę do siebie.
— Val! Dowiedziałaś się coś? Gdzie Dante? — zadaje szybko pytania Allie.
— Niewiele, potem wam opowiem. Dante… cóż, za dobrze udawał — odpowiada rudowłosa.
— Dziewczyny, kryjcie się — mówi Jin-sun, bo zauważa, że ktoś zbliża się korytarzem.
Okazuje się, że jest to ciemnowłosy Ślizgon, wyglądający na pierwszorocznego. Val pamięta go z eliksirów. 
— To Anthony, brat Aurelii, co nie? — Mówi. — Może jemu Aurelia coś powie? Dante jest w stanie coś usłyszeć, chyba jest nadzieja.
Tymczasem Dante śpi.
— Myślicie, że powinniśmy dalej tu czekać? Nie wiadomo, jak długo Dante będzie musiał tam czekać, a chyba już nic sami nie zdołamy zrobić.
— Poczekajmy jeszcze trochę — mówi Jin. — Ktoś może jeszcze przyjść, no nie?
Okazuje się, że ma rację, bo zauważają Benjamina Myersa, który wesołym krokiem zmierza w stronę Skrzydła Szpitalnego. W ręce ma jakąś kartkę, w stylu „Wracaj szybko do zdrowia” do której zagląda i śmieje się pod nosem. 
— Wygląda na to, że szybko mu przeszło… Cieszę się, że już powrócił do normalności — wtrąca cicho Allie.
Puchon zbliża się do Sali, a w tym samym czasie wychodzi z niej Anthony.
Trójka przyjaciół jest mocno zaskoczona, gdy Ślizgon z wyrzutem w oczach łapie starszego chłopaka za szatę i potrząsa nim. Jednak bardziej dziwi ich reakcja Puchona, który nie reaguje na zaczepkę.
— Nie powinniśmy może podejść bliżej? — pyta Allie — stąd nic nie słychać.
— Nie, to będzie głupie, jeszcze nas zauważą i coś sobie pomyślą — stwierdza Jin.
Przyjaciele więc zostają na swoim miejscu, więc mogą ocenić sytuacje tylko poprzez to, co widzą.
A widzą, że Anthony wyrywa Benjaminowi kartkę, patrzy na to co jest w środku, robi gest w stylu „do reszty zwariowałeś?”, drze ją, wysyła groźne spojrzenie w stronę chłopaka i odchodzi.
Puchon czeka chwilę w odrętwieniu, w końcu wzrusza ramionami, podnosi strzępki kartki, po czym zaklęciem sprawia, że łączą się w jedną całość i wchodzi do Sali.
Dante powoli wybudza się ze snu, akurat w momencie, gdy do sali wchodzi Benji. Decyduje się, że dalej będzie udawał, że śpi a tymczasem stara się coś podsłuchać.
— Hej, hej, hej. Jak się ma moja ulubiona Ślizgonka? No, ta jedna z nielicznych, która nie pragnie mojej bolesnej śmierci — wesoło wita się z Aurelią chłopak.
Dante słyszy parsknięcie dziewczyny.
— Skąd wiesz? Może po wypadku pomieszało mi się w głowie i zmieniłam zdanie?
— O nie, nie możesz tego zrobić! — oburzonym głosem odpowiada Puchon. —Nie zanim dam ci to. I to.
— Podtopiona czekolada… Ach, aż przypomniałam sobie naszą pierwszą podróż do Hogwartu! 
— O to chodziło. A teraz zaglądaj do kartki!
— „Czy bolało, jak spadłaś z nieba?” Serio, Benji, serio?
— Haha, bo ogarniasz, spadłaś nie? Ze schodów i w ogóle to tak jakbyś spadła z… Ej, coś ty taka smutna? Przecież uwielbiasz taki humor, myślałem, że to ci się spodoba.
— Nie o to chodzi — mówi Aurelia cicho. — Wiesz co, muszę ci coś ważnego powiedzieć. O wypadku. Nie powiedziałam tego nikomu, bo to absurdalne, ale…
Dante nie udaje już, że śpi. Nawet podnosi się lekko i zbliża trochę, by dosłyszeć szept dziewczyny i wtedy…
— Widzę, że już świetnie się czujesz — Dante podskakuje, gdy słyszy głos pani Pomfrey. Kobieta jest podirytowana. — Możesz już sobie pójść. — Jednak jej „możesz sobie pójść” brzmi bardziej jak „idź sobie”, więc Dante opuszcza Skrzydło.
Czwórka przyjaciół zbiera się na naradę. Dzielą się wszystkimi zdobytymi informacjami. Są odrobinę zawiedzeni. „Gdybym tylko podsłuchał więcej...” - myśli Dante. „Może jednak powinniśmy podejść bliżej podczas starcia Anthony’ego z Benjim?”, zastanawia się Jin. Jednak jedno dobrze wiedzą, dzięki rozmowie podsłuchanej przez Val: Aurelia nie chciała, by śledztwo trwało dalej. Czy coś kryło się za tym? Nie mają pojęcia. Jednak postanawiają, że i oni powinni dać sobie z tym na razie spokój. Na razie. Planują mieć mimo to oczy szeroko otwarte, gdyby coś jeszcze miało się wydarzyć.

Komentarze