Z upływem każdego kolejnego dnia pierwszoroczni coraz bardzej wbłębiają się w życie w Hogwarcie - już prawie się nie gubią w drodze do sal lekcyjnych i zdobywają punkty dla swoich domów. Nauczyciele stają się natomiast mniej pobłażliwi i zadają więcej prac domowych. Dlatego też, wszyscy witają koniec pierwszego tygodnia nauki z westchnieniem ulgi.
Allie nie może się doczekać sobotniego popołudnia. Od razu po obiedzie rusza do Sali Wejściowej, gdzie umówiła się ze swoimi znajomymi poznanymi na Pokątnej. Jak to napisała w liścikach, które wręczyła im na śniadaniu “Nie chce zrywać z wami kontaktu, nawet gdy jesteście w innych domach. Proszę przyjdźcie, mam słodycze, masę ciekawych historii do opowiedzenia i chęć do odkrywania tajemnic Hogwartu.” Ma nadzieję, że to wystarczy, by Jin-sun, Valkiria i Dante pojawili się w wyznaczonym miejscu.
Gdy nadchodzi godzina spotkania, trójka uczniów pojawia się, a Allie nie kryje podekscytowania.
— Przyszliście! O jeny, jak się cieszę! Gotowi na odkrywanie Hogwartu? Bo ja tak. Podpytałam się brata, gdzie warto się udać, i powiedział mi, że piąte piętro jest bardzo ciekawe, bo znajduje się tam klasa Mugoloznastwa i różnych innych mugolskich rzeczy. Czwarte też może być fajne, znajduje się między innymi magazynek pełen czarodziejskich przedmiotów. Ja osobiście chętnie pozwiedzałabym też drugie, możemy później z niego wejść na Wieżę Zegarową i mieć świetny widok na tereny Hogwartu. Chociaż możemy równie dobrze pójść najpierw na błonia, nad jezioro, póki jeszcze jest jasno, usiąść na trawie i pozjadać słodycze! Mam Fasolki Wszystkich Smaków i parę czekoladowych żab. Poopowiadacie mi jak wam mija życie w waszych domach, ja na przykład mam dużo rzeczy do opowiedzenia! — dziewczynka robi przerwę na wzięcie oddechu. — To co robimy? Może niech nasz mądry Krukon wybierze!
— Osobiście uważam, że czwarte piętro będzie najciekawsze. Czarodziejskie przedmioty brzmią nawet interesująco. To jest moja propozycja. —mówiąc to poprawił swoje czarne okulary, które nosił od czasu do czasu, a zwłaszcza podczas czytania naukowych książek lub zwyczajnie na lekcjach magii.
— Okej, świetnie! — mówi Allie. — Liam nie powiedział mi, gdzie dokładnie co jest, ale tak jest nawet bardziej ekscytująco. No to ruszamy w drogę!
Młodzi czarodzieje korzystają ze schodów, które prowadzą ich na czwarte piętro. Korytarz nie różni się zbytnio od tych na innych poziomach, na jego ścianach wisi dużo portretów. Oprócz czwórki pierwszorocznych nie ma żadnych innych uczniów. Zauważają pierwsze drzwi, lecz nie jest możliwe użycie ich, bo nie mają klamki.
— To chyba nie te. — stwierdza blondwłosa dziewczyna. — Liam mówi, że tamten pokój jest otwarty. Nauczyciele uznali, że nie ma sensu go zamykać, bo uczniowie i tak zawsze znajdują sposób, by go otworzyć.
Kolejne drzwi już są otwarte i młodzi czarodzieje wchodzą do pomieszczenia. Jest ono dość przestronne i trochę zagracone. Kiedyś mogła być to sala lekcyjna, gdyż ławki pozostały, ale wokół znajduje się wiele skrzyń, kartonów wypełnionych książkami oraz wiele innych przedmiotów. Jest tam stary, pięknie zdobiony mosiężny teleskop, dziwna miotła, która była z dziesięć razy grubsza i dłuższa od normalnej. W głębi sali natomiast znajduje się coś wysokiego, prostokątnego i podłużnego. Jest to przykryte płachtą, na której napisano „nie odkrywać”. Pod ścianą na podłodze znajduje się zwinięty dywan, który co chwilę delikatnie się rusza.
— Ooo, to chyba to miejsce! — Allie podbiega do jednej z ławek i z kartonu wyciąga olbrzymie okulary. Zakłada je, a wtedy znika. Efekt trwa może dziesięć sekund i dziewczynka znów się pojawia. — Ale suuuuper! Szkoda, że tak krótko. Dobrze wybrałeś, Jin, jednak nie bez powodu jesteś w Ravenclawie! Co tak stoicie? Też coś wypróbujcie!
Jina zaskakuje ilość przedmiotów w pomieszczeniu, że aż lekko otwiera usta. „Wow, ile tu jest rzeczy, a ciekawe ile z nich można by jakoś wykorzystać?” Jin od małego interesuje się wieloma rzeczami, lubi czytać naukowe książki, eksperymentować i jest ciekawy świata. Cechy te prawdopodobnie przeszły na niego po ojcu, który jest naukowcem i zaraził swojego syna pasją. Uwagę Jina przykuwa tajemniczy przedmiot.
Jin podchodzi do niego, podnosi rękę, by zdjąć płachtę.
Płachta ustępuje z łatwością, a pod nią znajduje się lustro. Jest ono otoczone bogato zdobioną złotą ramą, na której szczycie widnieje napis: AIN EINGARP ACRESO GEWTEL AZ RAWTĄ WTE IN MAJ IBDO.
Gdy chłopiec spogląda w nie oprócz niego znajdują się jeszcze dwie osoby, jednak nie są to ani Allie, ani Val, ani Dante.
Obok Jin-suna stoją kobieta i mężczyzna. Kobieta jest niższa od mężczyzny i bardzo chuda. Delikatnie się uśmiecha i patrzy prosto na wysokiego Krukona. Mężczyzna natomiast nosi okulary i jest wzrostu Jina, a w jego oczach widać szalone ogniki, rękę trzyma na ramieniu chłopca. Obraz w mgnieniu oka znika, gdy Allie podbiega do chłopaka i spogląda w lustro.
— Co to lustro robi? Wygląda na kompletnie zwyczajnie, nie rozumiem, czemu było zakryte. — Puchonka patrzy na odbicie Lee w lustrze, co jest łatwiejsze niż zadzieranie głowy w bok. — Wyglądasz na rozczarowanego, w sumie też jestem, miałam nadzieję na coś ciekawszego. Coraz bardziej mnie zadziwiasz, wielkoludzie, ja się trochę bałam to odsłonić. Przypominasz mi trochę mojego brata, Petera, może go kojarzysz? Muszę was kiedyś poznać. Ale dobra, to kiedy indziej, co my tu jeszcze mamy… — odwraca się od lustra. — Val, widzisz coś ciekawego?
Val powoli stawia kroki w stronę tajemniczego dywanu, który niespokojnie faluje.
„Czy mnie nie zaatakuje? Nie rzuci się na mnie?”, myśli, a jej serce mocniej bije. Nie wie, do czego zdolny jest magiczny przedmiot, lecz mimo to intryguje ją. Wyciąga rękę w jego stronę i delikatnie go dotyka.
Dywan reaguje na dotyk dziewczynki i samoistnie się rozwija. Jest on niewielki i lewituje nieznacznie nad ziemią.
— Czy to latający dywan? Ale czad! — wykrzykuje Allison i podbiega do Val. — Czy one nie są przypadkiem zakazane w Wielkiej Brytanii? — zastanawia się. — Nie może być aż tak źle, skoro jeden jest tutaj. Koniecznie musimy to spróbować! Sorka chłopaki, w czwórkę się nie zmieścimy. — ciągnie Valkirię za rękę i razem siadają na dywanie.
— Wiesz może jak tym kiero… — Allie nie dokańcza, gdyż „pojazd” gwałtownie rusza i nie reaguje na próbę sterowania nim. Porusza się dość szybko i dziewczyny w ostatniej chwili są w stanie z niego zeskoczyć i nie zderzyć się ze starą zbroją. Dywan to robi, a przewrócona zbroja powoduje dużo hałasu.
— Zdecydowanie wolę miotły. — stwierdza Puchonka. — Może lepiej się zmywajmy zanim coś zepsujemy lub ktoś nas usłyszy. Gdzie chciałbyś pójść, Dante?
Dante przez cały ten czas, w którym Lee, Val i Allie oglądali różne magiczne przedmioty, jedynie biernie ich obserwował. To nie tak, że nic z asortymentu dziwnych rzeczy obecnych w pomieszczeniu nie przykuło jego uwagi - ba! Kiedy Lee odsłonił otoczone złotą ramą zwierciadło, Dante złapał się na być może nieco zbyt długiej analizie tekstu widniejącego na jego szczycie - chłopak po prostu nie miał ochoty na zabawę z czymś, o czym nie miał bladego pojęcia. A to jak tragicznie przebiegła "przejażdżka" dziewczyn na magicznym dywanie tylko go w tym przekonaniu umocniło.
Chłopak przez chwilę przypomina sobie, jakie właściwie ma miejsca do wyboru - Wieża Zegarowa, błonia i... To ta trzecia opcja sprawia, że w jego głowie tli się iskra nadziei. Dla niektórych czarodziej miejsce pełne przedmiotów być może nawet dziwniejszych, niż te tutaj, na piętrze czwartym. Dla niego zaś... cóż, najnormalniejsze pomieszczenie w tym szalonym zamku! I, choćby nie wiadomo jak publicznie temu zaprzeczał, Dante nieco tęskni za tą normalnością. No i, skoro tam są mugolskie przedmioty, to i może...
— Piąte piętro.
Brunet odchrząka. Zdawszy sobie sprawę, że ta eksklamacja nie wystarczy, kontynuuje:
— Wiem, że to może brzmieć nudnie, ale...
Wzrusza ramionami.
— Nie wiem jakie macie doświadczenia z... mugolami — to słowo nadal brzmi obco na jego języku — ale może to być dla was ciekawe. Mnie z kolei interesuje jakie zwyczajne przedmioty są dla *was* tak dziwne, że musicie je aż trzymać w klasie.
Wie, że jego wytłumaczenie jest dość niezdarnie, ale ma nadzieję, że Allie z jej wiecznym entuzjazmem nie będzie to zbytnio przeszkadzać.
— Oo, dobry pomysł. — mówi Puchonka. — Słyszałam trochę o mugolskim świecie, bo mój brat chodzi na mugoloznawstwo. Serio używacie mioteł do *sprzątania*? Dziwne. Ale dobra, musisz mi koniecznie poopowiadać o innych ciekawych rzeczach. Chodźmy.
Uczniowie wchodzą na piętro wyżej i tu na korytarzu znajduje się już więcej osób.
— O, to chyba dość popularne piętro. — Stwierdza Allie. — Chodźmy do tamtej sali.
Okazuje się ona być klasą mugoloznastwa. Na ścianach znajdują się takie schematy jak „System pocztowy w Wielkiej Brytanii” czy „ Zużycie energii elektrycznej w gospodarstwie przeciętnego mugola”. Są też plakaty przedstawiające „telefon”, „odkurzacz” czy „odbiornik telewizyjny”. Allie patrzy z zaciekawieniem na nie i pyta się co chwilę Dante, do czego co służy. Jest to szansa by wykazał się swoją wiedzą. Gdy dziewczynka wypytała się o wszystko, co przykuło ich uwagę wychodzą z klasy i idą eksplorować dalej.
Na kolejnych drzwiach znajduje się ogłoszenie:
„Żabi Chór - próby w soboty od godz. 17,
miejsce prób - Sala muzyczna Hogwartu (5 piętro)
Zapisy u profesora Flitwicka”
— Mamy w Hogwarcie nawet salę muzyczną? Wow, nieźle, chodźmy tu! Jeszcze nie ma siedemnastej, zdążymy pooglądać — stwierdza Puchonka i wchodzi do pomieszczenia.
Jest to przestronny pokój, widać że jest przygotowany na próbę chóru, postawione są stojaki z tekstami utworów oraz podest dla dyrygenta. W jednym rogu pokoju znajduje się perkusja, a w drugim pianino. Na ścianie dodatkowo znajduje się tablica, która zapisana jest jakimiś nutami.
— Gdyby tylko ktoś z nas umiał grać na instrumencie… — wzdycha Allie. — A może jednak ktoś umie? Uczą was tego w tych mugolskich szkołach, Dante?
Dante spogląda się na pianino o chwilę za długo. Nie może się powstrzymać - ze wszystkich rzeczy, które dotychczas miał okazję oglądać, to do tej ciągnęło go najbardziej. Przez swoje zagapienie o mało nie dochodzą do niego słowa znajomej blondynki.
Mruga parę razy oczyma, usiłując przypomnieć sobie, o co właściwie został spytany.
— Tak... znaczy nie zawsze, ale raczej tak... — odpowiada robiąc krok w stronę instrumentu. Pozwala swoim palcom delikatnie przebiec po śliskich klawiszach. — Nie każdy ma do tego jednak zdolności...
Mimowolnie naciska jeden z klawiszy. Gdy ten wydaje satysfakcjonujący dźwięk Dante delikatnie się uśmiecha. Szybko jednak jego ekspresja na nowo staje się neutralna. Brunet rozgląda się wokół - Val, Lee, Allie i cała masa osób na korytarzu (które, może i teraz go nie słyszą, ale kto wie czy ktoś nie będzie miał "znakomitego" pomysłu otworzyć drzwi?). Czy naprawdę chce zagrać przy tak wielkiej publice? Nigdy przedtem nie miał z tym większego problemu, ale... Spojrzał na swoje delikatnie trzęsące się dłonie. Ostatnio nie miał okazji, żeby choć trochę poćwiczyć.
Tęsknota wygrywa z niepewnością. Chłopak siada przy instrumencie i zaczyna grać Nokturn Op 19 Tchaikovskyego. Na początku robi parę istotnych błędów, które gdy słyszy to delikatnie się wzdryga. Nie jest to w końcu najłatwiejszy utwór, no i nie czuje się on jeszcze zbyt komfortowo grając. Z momentu na moment jednak coraz bardziej się wczuwa - coraz łatwiej jego dłonie przemieszczają się, palce z coraz to większą finezją dotykają poszczególnych klawiszy. Kończąc uważa, że wykonał całkiem niezłą robotę. Spogląda z ciekawością na reakcje swoich towarzyszy.
Allie stoi z rozdziawioną buzią.
— Wow, to było niesamowite. — mówi dziewczynka. — Nie znałam cię od tej strony. Nie znam się zbyt na muzyce, ale to wyglądało na dość trudne, tyle tych klawiszy wciskać, że ty się w tym nie mylisz… Niezły jest, co nie, Val?
Mimo napiętej atmosfery, jaka krąży wokół tej dwójki Val nie może zaprzeczyć ponadprzeciętnym zdolnościom muzycznym Dantego. Sama nigdy nie miała do czynienia z instrumentami. Często jednak za szybą sklepu, w którym pracowała, dostrzegała ulicznych grajków, którzy próbowali swoją muzyką nakłonić przechodniów do pozostawienia im choć grosza. Niestety ilekroć spoglądała w ich stronę, odzew był marny, a monet w poniszczonym kapelusiku przybywało góra kilka w ciągu całego dnia. Val, kiedy zarobiła więcej z napiwków, wrzucała im co nieco, ponieważ uwielbiała ich słuchać i ze smutkiem patrzyła, jak nikt ich nie docenia. Dziewczynka na dłuższy odbiega myślami, nawet nie zauważając, że wszyscy się na nią patrzą i czekają na jakąś odpowiedź.
— Tak uważam że niesamowicie grasz — mówi szczerze i uśmiecha się delikatnie.
Dante już zamierza stwierdzić, że nie poszło mu aż *tak* dobrze - w końcu zrobił parę istotnych błędów na początku utworu - powstrzymuje się jednak przed tym komentarzem, czuje że nie byłby on stosowny w obecnej sytuacji.
Jeśli ma być szczery, to napięcie istniejące między nim a Valkirią już od paru dni zaczęło mu istotnie dokuczać. Zdaje sobie sprawę, że powinien był lepiej potraktować dziewczynę podczas ich dwóch pierwszych spotkań i nie chce już dłużej kontynuować niezręcznego sporu - szczególnie że wyglądało na to, że Allie szybko nie zrezygnuje z robienia z ich czwórki "najlepszych przyjaciół". Wstaje i odchodzi od pianina, przedtem jednak jeszcze raz delikatnie gładząc jego klawisze. Następnie chłopak podchodzi do rudej dziewczyny i niezręcznie pocierając swoje ramię, mówi:
— Dziękuje... I... — na jego twarzy jawi się delikatny rumieniec — Przepraszam. Moje zachowanie wobec ciebie było... niedopuszczalne.
Wygląda na bardzo zmieszanego.
— Przepraszam, Valkirio. — po tych słowach swój wzrok spuszcza z Valkirii i kieruje w przestrzeń, chcąc choć trochę uchronić się przed niezręcznością całej sytuacji.
Valkiria przyjmuje przeprosiny i atmosfera w grupie się polepsza. W odrobinę lepszych humorach wszyscy opuszczają salę muzyczną.
— Na tym piętrze jest chyba jeszcze łazienka prefektów, ale i tak tam nie wejdziemy, bo trzeba znać hasło. — mówi Allie. — Moja siostra zna, bo jest kapitanem gryfonskiej drużyny Quidditcha, ale nie chciała mi go podać. — dziewczynka robi minę wyrażającą niezadowolenie. — Kiedyś też będę grać jak Hariett! Zobaczycie, a wtedy na pewno zostanę kapitanem. Na bycie prefektem nie mam raczej co liczyć, haha. Chodźmy lepiej na tę Wieżę, czy coś, bo wkrótce będziemy się musieli zbierać na kolację.
Czwórka czarodziei idzie na czarodziejskie schody Hogwartu, a te choć wcześniej nie sprawiały żadnego problemu, tym razem postanowiły zrobić im psikusa. Lądują w dziwnym korytarzu, w którym oprócz nich nie ma żywej duszy.
— Hmm… ciekawe co to za piętro. — zastanawia się Allie. — Skoro już tu jesteśmy to nie zaszkodzi trochę się rozejrzeć. — wzrusza ramionami. — O, tu po prawej są jakieś drzwi. Chodźmy!
W pomieszczeniu znajdują się szklane gabloty pełne pucharów, tarcz, talerzy i statuetek połyskujących srebrem i złotem. Jedna z nich jest otwarta i brakuje w niej części nagród. Gdy uczniowie wchodzą głębiej, zauważają dlaczego. Przy długim stole siedzi kilka osób i poleruje puchary oraz statuetki.
— Allie? Co ty tu robisz? Nie mów, że też dostałaś szlaban. Nawet ja na pierwszym roku nie zdobyłem go tak szybko. — odzywa się blondwłosy chłopak w okularach czyszczący „Specjalną Nagrodę za Zasługi dla Szkoły”.
— Nie, to nic takiego, Pete. — mówi Puchonka. — My chyba sobie już pójdziemy, nie chcemy przeszkadzać.
— Jaka niespodzianka, tyle osób przyszło zwiedzić Izbę Pamięci!— Zza jednej z gablot wyjawia się profesor Heffernan. — A ci tutaj mówili, że taki szlaban nie ma sensu, bo i tak nikt tu nie przychodzi. — Mężczyzna śmieje się i patrzy przyjaznym wzrokiem na pierwszorocznych. — Bo przyszliście tu, aby dowiedzieć się trochę więcej o najzdolniejszych uczniach Hogwartu i o tym w jaki sposób możecie się przyczynić społeczności Hogwartu? — Patrzy na młodych czarodziei z nadzieją.
Widząc nadzieję bijąca z oczu profesora Val szkoda jest robić mu przykrość i postanawia skłamać. Liczy jednak w duchu, że nie spędzą tu zbyt wiele czasu gdyż Hogwart mają jeszcze tyle zakamarków do odkrycia.
— Tak, zaciekawiły nas te piękne puchary od których aż uginają się półki. — To akurat była prawda, gdyż Val aż oniemiała, gdy na wejściu ujrzała cały ten arsenał. Musi też przyznać, iż nawet zaintrygowały ją okoliczności ich zdobycia i chętnie kiedyś by o nich posłuchała.
— Wspaniale! Ciekawość to cecha, która napędza świat, wróżę wam wspaniałą przyszłość — odpowiada profesor Obrony Przed Czarną Magią. — Na pewno była to cecha, którą posiadało większość laureatów otaczających nas nagród. Ale wiecie, co jest równie ważne, a raczej ważniejsze? Ciężka praca. Już wspominałem o tym na naszych lekcjach, a ci tutaj zgromadzeni szlabanowicze słyszą to któryś raz, ale się powtórzę. Nie lekceważcie nauki teraz, bo później będziecie żałować. Sukces nie przychodzi łatwo. — zaczyna chodzić po pomieszczeniu i wskazywać na poszczególne nagrody. — Myślicie, że taka… Mathilda Jones, laureatka nagrody Barnabusa Finkleya za wybitne osiągnięcia w rzucaniu zaklęć dostała ją za ładne oczy? Skądże. Musiało to być mnóstwo ciężkiej pracy pomieszane z odrobiną talentu. Zadajcie sobie pytania: “W jaki sposób JA mogę przyczynić się dla społeczności czarodziei?”, “W jaki sposób mogę sprawić, że świat stanie się lepszym miejscem: bez zła i niedoli?” Oto zadanie dla was, dla każdego czarodzieja.
Wywód trwa jeszcze parę minut, ale od Kirka Heffernana bije tyle pewności siebie, że żaden z uczniów nie śmie mu przerywać. Osoby, które odbywają szlaban wcale nie wyglądają, jakby była to dla nich kara; Peter Graham spija każde słowo z ust profesora, a siedząca obok niego Krukonka patrzy się na nauczyciela z uwielbieniem.
— Nie przynudzam za bardzo? Chyba trochę się zagalopowałem. Nic nie mogę poradzić na to, że chcę przekazać wam jak najwięcej mojej wiedzy. — stwierdza młody nauczyciel. Późniejsze słowa kieruje do osób przy stoliku, — Dobra, tyle dobrego, szlaban sam się nie odrobi, jeszcze piętnaście minut, wykorzystajcie je jak najlepiej, to następnym razem będziecie mieć mniej do zrobienia.
— My już pójdziemy, profesorze. — mówi Allie w imieniu całej czwórki. — Dziękujemy za te mądre słowa.
— Do zobaczenia na kolejnych lekcjach Obrony Przed Czarną Magią! Pamiętajcie o eseju.
Pierwszoroczni wychodzą z Izby Pamięci na korytarz. Jest prawie pusty, jedynie w głębi korytarza widać grupkę uczniów.
— Profesor Heffernan z pewnością ma gadane. — stwierdza Allie. — Ale nie musiał już wspominać o zadaniu, mamy jeszcze weekend! I spędziliśmy tam strasznie dużo czasu, musimy się streszczać, jeśli chcemy coś jeszcze pozwiedzać przed kolacją.
Kierują się w głąb korytarza, powoli zbliżając się do grupki uczniów, gdy słyszą dziewczęcy pisk. Jakaś niewidzialna siła, zapewne zaklęcie, uniosło blondwłosą Ślizgonkę do góry nogami, a ta za wszelką cenę stara się, aby jej szata nie pokazała zbyt wiele. Gdy paru rosłych chłopaków przesuwa się, pierwszoroczni zauważają, że na podłodze leży jakiś chłopiec, który wygląda na sparaliżowanego. Jeden z prześladujących odwraca się i wtedy pierwszoroczni go rozpoznają.
— Avery. — Allie ma nadzieję, że mówi dostatecznie cicho. Zauważa wnękę w korytarzu i szepce ponaglająco: — Chowajmy się, zanim nas zobaczy.
Cała grupka delikatnie wychyla się, by ocenić sytuację. Przynajmniej pięcioro Ślizgonów na dwójkę uczniów zdecydowanie młodszych o siebie.
— Co powinniśmy zrobić? — pyta Allie. — Jest ich za dużo jak na naszą czwórkę, ale może chociaż ich spłoszymy. Tylko jeśli są tam CI dwaj, to mogą się chcieć zemścić. Dziwne, że atakują jedną ze “swoich”. Dante, jak myślisz, co najlepiej na nich zadziała?
Dante najpierw stara się jak najszybciej dokładnie ocenić sytuację. Od razu skreśla opcję, która zakłada bezmyślne rzucenie się dwóm uczniom do pomocy - starsi Ślizgoni mają bowiem przewagę liczebną *i* znacznie większe doświadczenie niż czworo pierwszoroczniaków. Dodatkowo, choć udało im się już unieszkodliwić dwójkę z pięciorga podczas jazdy do Hogwartu, to, chłopak musi niechętnie przyznać, mieli przy tym naprawdę sporo szczęścia.
Zaczyna więc myśleć o tym, kto byłby w stanie im pomóc. Profesor Heffernan znajduje się chyba najbliżej i do tego wydaje się Dantemu na tyle sumiennym oraz sprawiedliwym, że nie puści karygodnego zachowania uczniów płazem. Chłopak spogląda przez ramię za siebie, oceniając tym samym dystans jaki przebyli gdy wyszli z Izby Pamięci. Nie wydaje się on zbyt duży, by móc go pokonać w racjonalnie krótkim czasie. Brunet odwraca się więc z powrotem w stronę swoich towarzyszy. Podnosząc palec do ust w powszechnie znanym geście oznaczającym "Cicho", zaczyna poruszać wargami:
"Idę po pomoc.", mówi bezgłośnie. Ma nadzieje, że tak prosty komunikat będzie łatwy do odczytania. Żeby być jednak w stu procentach pewien, że zostanie dobrze zrozumiany, wskazuje kciukiem korytarz za swoimi plecami.
Najpierw powoli się cofa. Nie chcę narobić niepotrzebnego hałasu i zaalarmować Ślizgonów. Gdy już odchodzi na - ma nadzieję - bezpieczny dystans, odwraca się i stopniowo przyspiesza. Do Izby Pamięci wpada już pełnym sprintem (który, biorąc po uwagę jego krótkie nogi, nie jest wcale taki imponujący. Ma jednak nadzieję, że drobna budowa przynajmniej pomogła mu niepostrzeżenie oddalić się od Avery'ego i reszty). Nie traci nawet czasu na złapanie oddechu.
— Profesorze Heffernan — mówi. — Proszę iść za mną. Potrzebujemy pańskiej pomocy.
Nauczyciel OPCM nie zadaje zbędnych pytań i wychodzi za Dante. Gdy zbliżają się do grupki Ślizgonów, prześladowcy zostawiają dwójkę młodszych czarodziei i próbują uciec. Profesor Heffernan wyciąga różdżkę i wyczarowywuje niewidzialną barierę, w którą oni uderzają.
— Co to ma znaczyć? — Mężczyzna szybko ocenia sytuację i gdy zauważa zwisającą do góry nogami dziewczynkę, szybko neutralizuje zaklęcie i łapie ją, by nie opadła na ziemię. Dostrzega też puchońskiego chłopca, który trzyma się za mocno opuchnięty nos. Zwraca się surowo do starszych Ślizgonów. — Hogwart kategorycznie nie toleruje przemocy i nieuzasadnionego użycia magii poza zajęciami. A atak na młodszych uczniów mając taką przewagę liczebną jest po prostu haniebny. Proszę iść za mną, zaprowadzę was do opiekuna waszego domu i porozmawiamy o odpowiedniej karze dla was. Panno Graham, czy moglibyście z przyjaciółmi odprowadzić pannę Flint i pana Myersa do Skrzydła Szpitalnego? Byłbym wdzięczny. I 20 pkt dla Slytherinu za szybką reakcję pana Medeleya. Choć obawiam się, że dzięki starszym kolegom punktacja domu węża drastycznie spadnie.
Profesor wraz z pięcioma Ślizgonami kierują się w stronę schodów, więc wkrótce na korytarzu pozostają tylko pierwszoroczni, Puchon i Ślizgonka. Ta ostatnia tylko czeka, aż znikną oni z pola widzenia, aby wydać z siebie dźwięk wyrażający frustrację i złość.
— Uggggh! Jak ja ich NIENAWIDZĘ! Jaki jest ich problem? Ile bym dała, aby raz na zawsze zetrzeć im te wredne uśmiechy z ich wstrętnych, plugawych, pie-
— Aurelia! — krzyczy brązowowłosy Puchon z oburzeniem. — Uspokój się. Złość nic nie da, poza tym teraz na pewno zostaną ukarani.
— Miesiąc szlabanu, a nawet mniej, jeśli w ruch pójdą kontakty rodzin ze Slughornem. A później to samo! Nie bądź naiwny, Benji, przecież wiesz jak było w tamtym roku! Mam nadzieję, że będą mieć szlaban w Zakazanym Lesie i coś ich pożre! Albo wypiją przez pomyłkę jakąś truciznę! Albo nie pogardzę jak spadną z Wielkich Schodów i połamią sobie wszystkie kończyny!
— Aurelia! Słuchają cię pierwszoroczni, nie dawaj im takiego przykładu.
— Eeee… — odzywa się cicho Allie. — Idziemy do tego Skrzydła Szpitalnego?
— Poradzimy sobie sami. — mówi Benji, uśmiechając się przepraszająco. — Dzięki wam za pomoc. I przepraszam za nią. Zazwyczaj jest bardzo milutka.
Czwórka przyjaciół patrzy z powątpiewaniem na Aurelię wyglądającą jakby planowała morderstwo i ciężko im wyobrazić ją sobie jako „milutką”
— Chodź naprawić ci ten nos do Pomfrey, Benji. — Ślizgonka łapie Puchona mocno za ramię i wlecze go w stronę Skrzydła Szpitalnego. Całej tej sytuacji przyglądają się uczniowie, którzy odbywali szlaban w Izbie Pamięci.
— Allie co się tu wydarzyło? — pyta Peter.
— Też bym chciała wiedzieć, braciszku. — odpowiada. — Też bym chciała wiedzieć.
Po tym wydarzeniu dziewczynka stwierdza, że przeszła jej ochota na zwiedzanie zamku i dokończą to następnym razem, więc wszyscy wracają do swoich Pokoi Wspólnych.
Dalsza część weekendu mija bardzo szybko, szczególnie dzięki natłokowi zadań i wypracowań do napisania. W końcu nadchodzi poniedziałek i dwie godziny zielarstwa dla Krukonów i Gryfonów. Pierwszoroczni Krukoni w wesołych nastrojach zmierzają w stronę cieplarni numer jeden. Jak zawsze do powiedzenia najwięcej ma Gilderoy Lockhart.
— Te lekcje zielarstwa na pierwszym roku są kompletnie bezużyteczne. Przesadzać roślinki to umie każdy pierwszy mugol. Nie możemy od razu przejść do czegoś bardziej ekscytującego, jak na przykład… Diabelskie sidła. Nie żeby to było wyzwanie *dla mnie*, u mnie w ogrodzie mam tego mnóstwo i wszystkie ujarzmione. Przeze mnie. — Mówi blondyn z dumą.
— Znowu ściemniacz, Gilderoy. — przywraca go do porządku Sean. — Diabelskie sidła lubią ciemność i wilgoć. Jeżeli jakimś cudem miałbyś je w ogródku, to przez działanie słońca są kompletnie nieszkodliwe. Skoro tak, to faktycznie je ujarzmiłeś, bo są uschnięte. Gratulacje! — chłopak zaczyna teatralnie klaskać, czym wzbudza śmiech pozostałych kolegów
— T-to jest specjalna odmiana, tak? Weź się nie czepiaj! — odpowiada cały czerwony Lockhart.
W końcu trafiają na miejsce lekcji, gdzie zebrało się już większość osób z obydwu domów.
Na rozpoczęcie lekcji czekają już Val oraz Diane. Lee poznaje drugą dziewczynę, którą pamięta z Pokątnej, a później z podróży do Hogwartu i wie, że dziewczyna nie darzy go sympatią. Jego koledzy zajęli już miejsca tuż obok dwóch Gryfonek i chłopak aby do nich dołączyć, musi przejść obok czarnowłosej i rudowłosej.
— Jin, co się wleczesz, chodź do nas. — woła Lorcan. Powoduje to, że dziewczyny odwracają się w stronę Lee. Diane patrzy na niego z niechęcią, widocznie również go poznaje.
Jin momentalnie rozpoznaje dziewczynę, ale stwierdza, że najlepiej będzie jak ją ominie i pójdzie dalej. Nie ma ochoty na jakieś pogawędki. Chce uniknąć niezręcznej sytuacji i dołączyć do chłopaków, odwraca szybko wzrok i macha poruzumiewawczo do Lorcana.
— Idę, idę! — wykrzykuje.
Diane prycha, ale nie komentuje zachowania chłopaka. Zamiast tego, gdy ten przechodzi obok niej, podstawia mu nogę. Jin-sun próbuje zachować równowagę łapie się stołu po swojej prawej, a dokładnie plandeki, którą jest wyłożony. Na jego nieszczęście umieszczone na niej są doniczki z niewielkimi roślinami o białych kwiatach i gdy za nią pociąga, doniczki także się osuwają i ich zawartość wysypuje się na podłogę.
Na nieszczęście, wszystko widzi nauczycielka zielarstwa, Pomona Sprout, która weszła do cieplarni chwilę wcześniej.
— Panno Callister, dobrze widziałam, co zrobiłaś! Minus pięć punktów dla Gryffindoru. Biedne asfodelusy, mieliśmy się nimi zająć dzisiaj… Jest jeszcze na to szansa. Jeśli pomożesz panu Lee je przesadzić, to będziemy w stanie je dokończyć pod koniec tej lekcji. Od razu możecie zacząć, tylko potrzebny jest do tego specjalny nawóz, który przechowywany jest w cieplarni numer 5. I nowych doniczek. Od razu możecie też przesadzić figi abisyńskie, nie miałam okazji tego zrobić, a potrzebne mi są na kolejne lekcje.
Pierwszoroczni Krukoni nie kryją oburzenia.
— Dlaczego Jin-sun ma być ukarany, jeśli nic nie zrobił? — pyta, niedowierzając, Sean. — To jest kompletnie niesprawiedliwe!
— Właśnie! — odpowiada Gilderoy — A tak właściwie, to czemu pani profesor sama tego nie posprząta? Można to zrobić magią, zaraz pani pokażę-
— DOŚĆ. — ucina mu profesor Sprout. — proszę nie kwestionować moich metod wychowawczych! Pan Lockhart również może dołączyć, skoro tak dobrze na tym się zna. Ktoś jeszcze chętny? Pracy jest wystarczająco. A na lekcji zaczniemy teraz przerabiać teorię, więc nic nie stracicie. Chcę wam dać nauczkę, ale nie mogę zrobić tego kosztem waszej nauki.
— Wspaniale! — mówi zrezygnowana Diane do Valkirii. — Zamiast z jednym nadętym Krukonem muszę użerać się z dwoma. Co mnie podkusiło? Błagam, Val, pomóż mi z tym, nie chcę iść z nimi do tej cieplarni sama, pójdziesz ze mną?
Val widziała, jak jej przyjaciółka podkłada nogę Lee. Nie podobało jej się to zachowanie, które było dziecinne nawet na ich wiek. Było jej szkoda chłopaka, z którym zdarzyła spędzić już trochę czasu i w pierwszej dogodnej sytuacji zamierzała go przeprosić za Diane, która raczej sama nie była do tego skora.
— Pójdę z wami — odpowiada beznamiętnie, a przyciszonym głosem dodaje tak, żeby tylko Diane ją usłyszała: — Co cię ugryzło, zrobił ci coś?
— To dłuższa historia i - szczerze - trochę dla mnie wstydliwa… Ale jestem Ci ją winna, za to że zgodziłaś się ze mną pójść. Tylko wolałabym nie opowiadać jej tu, gdzie jest tylu ludzi. — mówi Diane również cicho. — Chyba powinnyśmy teraz udać się po ten nawóz.
Jin-sun i Gilderoy czekają przy profesor zielarstwa. Ta zaczyna tłumaczyć im jak dostać się do cieplarni, gdzie znajdą potrzebne im rzeczy.
— O, panna Bright chce pomóc? To bardzo dobra i koleżeńska postawa - 5 punktów dla Gryffindoru! — mówi profesor Sprout. — A teraz słuchajcie uważnie. Aby dojść do cieplarni numer pięć przy wyjściu musicie skręcić w prawo, wszystkie szklarnie są podpisane, więc nie powinno być problemu. Nawóz magazynowany jest w brązowych workach na końcu cieplarni, doniczki będą stały gdzieś bardziej z lewej strony. Jeden worek nawozu i 10 doniczek wystarczy, odpuszczę wam już te figi na dziś.
Czwórka uczniów wychodzi i według instrukcji kieruje się w prawo. Krukoni ruszają przodem, Gilderoy z jakiegoś powodu jest zadowolony z całej tej sytuacji.
— Urwanie się z nudnego wykładu i zamiast tego przesadzanie jakichś kwiatków? To jest nagroda, a nie kara. Choć mówię wam, gdyby tylko pozwoliła mi użyć różdżki! Wszystko byłoby jak wcześniej w mgnieniu oka. Ale to by było nudne, co nie? Możemy zobaczyć, co jest w cieplarni numer pięć, nie bójcie się, jeśli to jest coś niebezpiecznego, to dam sobie z tym radę — mówi pewny siebie Lockhart.
— Tjaa… — odpowiada Diane — Pewnie jest to zwykły magazyn, skoro to tam nas wysyła. Hm.. wygląda że to tu, ale… Coś mi nie pasuje.
Uczniowie, tak jak nauczycielka nakazała szli w prawo i mijają po kolei podpisane cieplarnie: minęli drugą, potem trzecią i wtedy ukazała im się piąta. Zerkają na kolejną i na niej ukazany jest numer „4”.
— Dziwne — mówi Diane. — Ta numeracja jest strasznie podejrzana. Dlaczego piąta jest przed czwartą?
— To Hogwart, wielu rzeczy nie da się wytłumaczyć, tak po prostu jest. — wzrusza ramionami Gilderoy. — Wchodzimy.
Wnętrze cieplarni jest wyjątkowo ciemne. Szyby w niej są przyciemnione i ledwo da się zauważyć, co się ma pod nogami.
— Czemu tu jest tak ciemno? ‚Lumos!’ — Diane rzuca zaklęcie i jasne światło wydobywa się z jej różdżki. — Dobra, myślę, że powinniśmy podzielić się obowiązkami. Ja i Val szukamy nawozu, wy znajdźcie doniczki. Chodźmy w głąb, te rzeczy mają być gdzieś z tyłu.
Jest to dość racjonalne, więc Krukoni nie protestują. Lockhart zapala drugą różdżkę i zaczynają szukać potrzebnych im przedmiotów. Mimo dokładnego opisu profesor Sprout, nie mogą nic znaleźć.
Powoli jest to męczące i uczniowie robią się sfrustrowani.
— No gdzie to jest? — pyta już zdenerwowana Diane.
Lee odwraca się w jej stronę, i widzi ją schylającą się pod jedną z półek. Przygląda się temu Valkiria stojąc tyłem do ciemnej rośliny z grubymi, długimi mackami. Dziewczyna już prawie się o nie oparła, a Jin-sun rozpoznaje, że są to Diabelskie sidła, które reagują na dotyk i sekundy tylko dzielą Gryfonkę od zaatakowania przez tę roślinę. Jin nie raz już ją widział w książkach i dobrze wiedział jak cała ta sytuacja się skończy, więc momentalnie reaguje. Łapie dziewczynę za przedramię i stara się ją odciągnąć od tej rośliny. Ostatecznie udaje mu się przyciągnąć dziewczynę do siebie przez co uniknęła ona spotkania z rośliną
— Val! Uważaj na siebie! Mogło ci się coś stać — mówi oburzony.
Dzięki szybkiej reakcji Jin-suna, nikomu nic się nie stało.
— Yyy, ale o co chodzi? — pyta nieświadoma zagrożenia Diane.
— Oo, Diabelskie sidła! — mówi Gilderoy, który w trakcie całego incydentu był w innej części cieplarni. — Macie szczęście, że nic wam nie zrobiły. Ale nie bójcie się. Zaraz je unieszkodliwię, patrzcie i uczcie się. — ‚Lumos solen!’
Gilderoy próbuje rzucić zaklęcie, ale nic się nie dzieje. Powtarza parę razy, ale dalej nic.
— Hmm? Co jest nie tak z tą różdżką? — Lockhart przygląda się jej końcówce ze zdezorientowaniem.
— Jesteś pewien, że właściwie wymawiasz zaklęcie? Nie było to przypadkiem ‚Lumos soleM’?— pyta rozbawiona Diane.
— No tak! Przecież mówię, ‚LUMOS SOLEM!!!’ — tym razem zaklęcie zadziałało, lecz Gilderoy zapomina, że końcówką celował w swoją twarz. Chłopak zaczyna panikować i wpada wprost w Diabelskie sidła. Krępują one jego ręce i nogi. Lockhart zaczyna się miotać próbując się wydostać.
— Wszystko mam pod kontrolą! Spokojnie! — łzy spływające po policzkach chłopaka przeczą temu, co właśnie powiedział i gwałtownie próbuje się wydostać, a roślina zaczyna go oplatać wtedy mocniej.
Val nie ma żadnego doświadczenia magicznego, więc nie wie, czy użycie magii to najlepsze wyjście w tym wypadku.
„A co, jeśli zrobię mu krzywdę?", myśli przerażona. Patrzy na resztę, lecz wszyscy stoją zamrożeni jak słupy lodu, a czas cały czas leci.
„Jeśli nic nie zrobię, tym bardziej się to źle może skończyć”, dodaje w myślach.
Val wyciąga różdżkę przed siebie i kilka razy powtarza zaklęcie w głowie - "Lumos solem, Lumos solem..." Następnie pewnie wypowiada słowa zaklęcia na głos. Po tym wszystkim boi się spojrzeć przed siebie, więc zamyka oczy i lekko się kuli czekając na jakiś dźwięk - znak, czy jej się udało, czy nie.
Z różdżki Val wystrzela wiązka światła i pnącza odrobinę ustępują. Gilderoy uznaje, że to jest moment, by gwałtownie próbować się uwolnić. Na ten gest roślina znów łapie go mocniej.
— Biegnę po pomoc. — nie wytrzymuje już Diane. —A ty, weź się uspokój! Bo inaczej nigdy cię nie wydostaniemy.
— Nie mów mi, co mam robić! — złości się Gilderoy.
— Diane biegnij po pomoc! Szybko! Coś czuję, że sami sobie nie poradzimy! Szybko! — krzyczy Jin-sun do Diane. Chłopak teraz sam jest przerażony tą sytuacją, ale bierze głęboki oddech i próbuje się uspokoić... Zaczyna spokojnym głosem:
— Spokojnie… uspokój się. Ważne jest teraz, żebyś się nie ruszał, bo będzie tylko jeszcze gorzej! Z tą roślina nie ma żartów... Poczekajmy na pomoc... Nie ruszaj się — stara się mówić to opanowanym głosem ale widać, że ewidentnie sprawia mu to trudność.
Diane wygląda, jakby mocno powstrzymywała się od jakiejś kąśliwej uwagi w kierunku Jina, lecz wybiega końcu z cieplarni.
Tymczasem spokojne przekonywanie Gilderoya przez Jin-suna działa, gdyż - niechętnie - chłopak przestaje walczyć z rośliną. To oraz strumień światła wydobywający się z różdżki Val sprawia, że roślina uspokaja się i puszcza blondwłosego chłopca.
Chwilę później do cieplarni wbiega Diane z panią Sprout. Nauczycielka z ulgą zauważa, że uczniowie sami poradzili sobie z rośliną, lecz szybko każe im opuścić cieplarnię.
— Pan Lockhart nie wygląda zbyt dobrze, będzie musiał udać się do Skrzydła Szpitalnego, lecz pani Pomfrey powinna uleczyć to bardzo szybko. — mówi Pomona Sprout. — Wyjaśnijcie mi, jakim cudem znaleźliście się w czwartej cieplarni gdy wyraźnie kazałam wam przeszukać piątą?
— Według tabliczki to to jest piąta. — Diane wskazuje na napis na cieplarni.
Nauczycielka zauważając to blednie, a następnie jej twarz przybiera czerwony kolor. Szybko rzuca zaklęcie i numer szklarni zmienia się oraz pod nim wypisane jest ostrzeżenie co do niebezpiecznych roślin.
— Ktoś musiał sobie głupio zażartować. Jak tylko odnajdę tę osobę to poniesie ona surowe konsekwencje. Mogłoby się skończyć o wiele gorzej, gdyby nie wasza zimna krew. Po 20 punktów dla Gryffindoru oraz Ravenclawu. A teraz proszę się udać do z panem Lockhartem do Skrzydła Szpitalnego. — nakazuje profesor Sprout.
Gilderoy nadal jest trochę oślepiony przez własne zaklęcie, więc musi się lekko opierać o Lee podczas pokonywania schodów, gdzie często można trafić na fałszywy stopień. Dziewczyny idą za nimi, aby w razie czego ich asekurować. Docierają do Skrzydła, gdzie na łóżkach leży parę osób. Odnajdują pielęgniarkę, panią Pomfrey, w jej gabinecie. Tak jak przypuszczała profesor Sprout, kobieta radzi sobie szybko z ranami Gilderoya.
— Używaj tych kropel rano i wieczorem przez dwa dni. — kobieta zwraca się do chłopca i na koniec podaje mu mały flakonik. — Dzięki nim zniknie zaczerwienienie oczu. Nie będę cię zatrzymywać tutaj, obrażenia nie są na tyle poważne. Możecie już iść.
Gilderoy wstaje z łóżka i już cała czwórka ma wyjść, gdy drzwi Sali Szpitalnej otwierają się gwałtownie i to co widzą sprawia, że zamierają w szoku, a Diane wygląda, jakby miała zemdleć.
Na niewidzialnych noszach transportowana jest blondwłosa dziewczynka. Jej noga jest wykrzywiona pod dziwnym kątem, cały przód niegdyś białej koszulki oraz zielono-srebrny krawat Slytherinu poplamiony jest krwią, która spływa również z rany na głowie. Dziewczynka jest nieprzytomna, nie wiadomo, czy sama zemdlała z bólu, czy to profesor Heffernan, który ją przyprowadził chciał jej ulżyć w bólu i rzucił takie zaklęcie.
— Szybko, układaj ją na tym łóżku! — komenderuje nauczyciela pani Pomfrey. Bada obrażenia i ich rozległość bardzo ją niepokoi. — Kirk, co się stało?
— Znalazłem pannę Flint na parterze w bliskiej odległości Wielkich Schodów. Wszystko wskazuje na to, że spadła ze sporej wysokości, choć nie było świadków. Musiała trwać wtedy jeszcze lekcja, więc nawet nie powinno być jej poza klasą.
Po usłyszeniu nazwiska Val i Jin przypominają sobie, że widzieli ją w poprzednim tygodniu, wyklinającą starszych Ślizgonów. Teraz leżącą na łóżku, trudno było ją poznać.
Pani Pomfrey w końcu przypomina sobie, że czworo pierwszorocznych przygląda się wciąż rannej dziewczynie, więc zasłania jej łóżko parawanem i wygania ich z sali. Ciekawość nie pozwala im zrobić tego szybko, przy wyjściu zatrzymują się i podsłuchują kawałek rozmowy.
—… mógłby to być nieszczęśliwy wypadek? — pyta pani Pomfrey nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią.
— Obawiam się, że nie. — mówi profesor konspiracyjnym głosem. — Dziewczyna nie przeturlała się po schodach, jak stałoby się gdyby się potknęła. Musiała wypaść przez barierkę, a ona jest zbyt wysoka, by mogło to stać się przypadkowo.
— Co sugerujesz? — szepce pielęgniarka.
— Ktoś musiał jej w tym pomóc. — odpowiada. — I zdecydowanie zrobił to z premedytacją.
Komentarze
Prześlij komentarz