2 września uczniowie Ravenclawu zaczynają dzień wyjątkowo wcześnie, gdyż o 5.30 każdy jest już na nogach. Czy Krukoni aż tak pragną wiedzy, że wstają półtora godziny wcześniej niż wszyscy? Nie. Przyczyną pobudki jest głośny wybuch dobiegający z Pokoju Wspólnego.
—Hej, chłopaki? Słyszeliście to? — zaczyna cicho i niepewnie Lucas Turner, pierwszoroczny Krukon do kolegów z dormitorium.
—Nic nie słyszę, daj mi spać, potrzebuję swojej dawki snu. — mamrocze Gilderoy Lockhart i próbuje wrócić do snu.
— Ja słyszałem — odzywa się Lorcan Eath i rozsuwa swoje zasłony w łóżku. — Dość dziwne to było. Myślisz, że powinniśmy to sprawdzić?
—Oszalałeś? A co jeśli to coś niebezpiecznego? — przerywa Turner i nagle jego twarz zastyga w przerażeniu, jakby uświadomił sobie pewną rzecz. —O MATKO, PRZYSZLI PO NAS!
—Kto przyszedł?
ŚMIERCIOŻERCY! Wiedziałem, że ten cały system obronny w Hogwarcie to wielka ściema! MÓWIŁEM IM, MÓWIŁEM, LECZ NIKT NIGDY MNIE NIE SŁUCHA!!!
Takiego podejrzenia, choć całkowicie niedorzecznego, nie można zlekceważyć i wszyscy pierwszoroczni Krukoni zrywają się na równe nogi.
— Jesteś totalnie stuknięty! — dołącza się do rozmowy Sean Palmer, który przy gwałtownym podniesieniu się, uderza głową w kolumienkę łóżka. — Dlaczego Śmierciożercy o 5 nad ranem mieliby wtargnąć do naszego Pokoju Wspólnego?
— No nie wiem. — Lucas udaje, że się zastanawia — ŻEBY NAS ZABIĆ???
— Chyba ja to zaraz zrobię za nich, na Merlina! Myśl logicznie, w końcu jesteś Krukonem! NIKT nie może teleportować się do Hogwartu, a zamek jest otoczony niezliczoną liczbą zaklęć ochronnych i zapewnie cię, to nie jest ściema. Poza tym już nic nie słychać, może po prostu jakiś kot przewrócił jedną z półek z książkami.
Na zaprzeczenie tych słów następuje drugi wybuch, dwa razy głośniejszy niż poprzedni.
— Tak sądzisz? To było za głośne na kota! — odpowiada Lucas. Podchodzi do okna i zadaje pytanie. — Jak myślicie, będziemy tu bezpieczni? Trzeba powiadomić nauczycieli, ale jak zejdziemy na dół już po nas. Zostaje nam okno, trochę to niepewne, ale wolę umrzeć uciekając, niż pchać się prosto pod nos Śmierciożerców!
— Hola, hola! Nie tak szybko, nikt nie będzie umierał. Myślę, że powinniśmy najpierw sprawdzić co się dzieje. — odpowiada Lorcan.
— Zgadzam się — mówi Sean — Jestem przekonany, że to nie śmierciożercy, ale może to jakiegoś typu test?
— Przeczekajmy tu, wyjdziemy w ostateczności, po co ryzykować? — Gilderoy jest sceptyczny, widać, że przemowa Lucasa zrobiła na nim wrażenie.
— No to mamy remis. Ty tam, Lee? — Lorcan zwraca się do Jin-suna. — Co powinniśmy zrobić?
—Zgadzam sie z toba i z Seanem —mówi — Poza tym to nie mogą być śmierciożercy, nie ma szans żeby się tu dostali, a siedzenie i czekanie nic nie da... No i jestem ciekawy co to może być? Chłopaki, chodźmy to sprawdzić!
Lucas z Gilderoyem zostali przegłosowani, więc przestają protestować, choć nie znaczy to, że kwapią się do wyjścia. Jin-sun postanawia zrobić ten pierwszy krok, a wprost za nim podążają Lorcan i Sean. Na korytarzu robi się tłok, gdyż inni Krukoni także postanawiają sprawdzić, co się stało. Jeden ze starszych który ogarnął już sytuację, odwraca się i oznajmia: „To tylko Graham” i po tym oświadczeniu część z nich wraca do swoich pokoi, nie kryjąc się ze swoim zirytowaniem. Pierwszoklasiści jednak wolą sprawdzić to na własne oczy i przekonać się kim jest ten „Graham”, a szczególnie Jin, który dobrze zna to nazwisko.
Pierwsze co zauważa po wejściu do Pokoju to mnóstwo metalowych odłamków na granatowym dywanie, który w niektórych miejscach został odrobinę osmalony. Z jednego takich elementów, większego od pozostałych, sypią się iskry i jest praktycznie cały zwęglony i wydobywa się z niego szary dym. W odległości jakichś 3 metrów powoli podnosi się blondwłosy chłopak z przekrzywionymi okularami i usmaloną piżamą.
— No nie wierzę… — ze zrezygnowaniem patrzy na odłamki porozrzucane po pokoju. — Byłem tak blisko! Nie rozumiem… Jak? Z pewnością użyłem dobrego zaklęcia…
Zaczyna w pośpiechu zbierać części z podłogi, dopiero po chwili zauważając publikę.
— Och. Obudziłem was? Sorki! — Z zakłopotaniem łapie się za głowę, przy czym upuszcza parę zebranych już części i wywołuje chichot u kilku osób.
W tej samej chwili do pokoju wbiegają Filius Flitwick, opiekun domu Ravenclawu, za nim profesor Heffernan.
— Co się stało? Szara Dama poinformowała nas o wybuchu, który ją zaniepokoił. — Flitwick natrafia spojrzeniem na chłopaka klęczącego na ziemi. — Peter Graham, a któż by inny? Wyjaśnij mi proszę, dlaczego postawiłeś wieżę Ravenclawu na nogi o tej godzinie.
— Dlaczego od razu przypuszcza profesor, że to ja? — próbuje udawać oburzonego, ale stwierdza, że Flitwick jest zbyt inteligentny, by się na to nabrać. — Chciałem dokończyć mój pewniej drobny... wynalazek, zanim wszyscy się obudzą, ale coś poszło nie tak. Nawet nie umiem tego wytłumaczyć, to tak jakby urządzenie zaczęło działać z własnej woli, a że nie było ukończone, doszło do spięcia i bum! Na szczęście zdołałem je wypuścić i odrzucić dalej, więc nic mi się nie stało, ale cała praca ostatnich miesięcy poszła na marne.
— Panie Graham! dobrze pan wie, że tego typu rzeczy są w Hogwarcie zabronione i w dodatku naraził pan swoje życie i życie kolegów na niebezpieczeństwo a także z tego co widzę uszkodził dywan. Muszę odebrać Ravenclawowi 20 punktów a tobie dać tygodniowy szlaban. — oznajmia Flitwick.
— Nie może pan odebrać punktów, jeśli jeszcze żadnych nie zdobyliśmy. — Odzywa się Peter wielce zadowolony z siebie, lecz szybko zauważa, że popełnił błąd.
— Racja, w takim razie szlaban potrwa dwa tygodnie. Profesorze Heffernan, podejmie się pan tego?
— Oczywiście. — mówi milczący dotąd nauczyciel OPCM i prostuje się, oznajmiając z poważną miną — To pierwszy szlaban, którego będę nadzorował lecz zapewniam, że postaram się, aby pan Graham przemyślał swoje zachowanie i wyciągnął z tego jak najwięcej wniosków.
— Tak. Dokładnie. — potwierdza Flitwick. — Ustalimy szczegóły później, a teraz radzę tobie iść skorzystać może jeszcze ze snu, Peter. Zresztą, pozostali również, zmykać do dormitoriów. Śniadanie będzie podawane dopiero za dwie godziny, więc możecie pójść jeszcze spać, choć równie dobrze możecie przygotowywać się do zajęć, liczę na was w tegorocznej walce o Puchar Domów. — Flitwick puszcza oczko(!) do Krukonów. — Do zobaczenia na zajęciach.
Profesorowie wychodzi, a uczniowie kierują się do swoich dormitoriów.
— No i widzisz, to nie byli Śmierciożercy! — zwraca się Sean do Lucasa. — Musisz poważnie poduczyć się w sprawie ochrony zamku, mogę pożyczyć ci mój egzemplarz Historii Hogwartu, pozycja obowiązkowa.
— No dobra, dobra, przyznaję, mogłem odrobinkę przesadzić. — mówi Turner. — Jestem z niemagicznej rodziny, więc być może jestem trochę przewrażliwiony.
— Nie wierzę, że przez tamtego idiotę wstaliśmy po 5 rano! — narzeka Lockhart — Brak snu wpływa beznadziejnie na moją cerę!
— Najważniejsze, że nic się nie stało. — stwierdza Lorcan. — Po twarzy Flitwicka widać było, że już nie pierwszy raz ten Graham coś odwalił. Nie będziemy się tu chyba nudzić. Współczuje mu szlabanu, ten Heffernan wygląda, jakby kija połknął.
— Może tak się zachowuje przy Flitwicku. — stwierdza Sean — Mamy z nim lekcje po śniadaniu to zobaczymy, jakim jest nauczycielem.
— To co robimy, chłopaki? Idziecie spać? Ja już jestem pobudzony. — oznajmia Lorcan.
Gilderoy stwierdza, że jednak potrzebuje drzemki a Lucas przyjmuje Historię Hogwartu od Seana i zaczyna czytać. Sean tak jak Lorcan, rezygnuje ze snu.
— To, co, może zagramy w Eksplodującego Durnia? Mam talię — oznajmia Sean.
—Wchodzę w to! Nigdy za mało eksplozji jednego dnia. — dołącza się Lorcan. — Grasz, Jin-sun?
Jin waha się czy powinien, książka wydaje się dla niego lepszą opcją, ale z drugiej strony gdzieś w środku czuje, że chciałby zaprzyjaźnić się z kimś, więc po chwili odpowiada:
—Jasne, czemu nie? I tak po tym całym zamieszaniu nie byłbym w stanie już zasnąć. Chętnie z wami zagram.
Chłopcy grają cztery kolejki Eksplodującego Durnia, świetnie się przy tym bawiąc, po czym resztę czasu spędzają na rozmowie. Konwersacja opiera się głównie na błahych tematach, jak ulubione książki czy którego przedmiotu w Hogwarcie nie mogą doczekać się najbardziej, ale zahacza także o sprawy rodzinne, więc Jin dowiaduje się, że, tak jak on, Sean i Lorcan są półkrwi. Sean ma matkę mugolkę i ojca czarodzieja, pochodzi z Irlandii i umie stepować, co dumnie pokazuje, wzbudzając napad śmiechu u Lorcana. Lorcan natomiast został wychowany tylko przez matkę czarownicę, ojca nigdy nie poznał, pozostawił on mu jedynie, cytując: „bladą cerę, urok osobisty i awersję do czosnku”. Marzy o założeniu własnego zespołu, w którym byłby wokalistą. Między trójką nawiązuje się nić przyjaźni i stwierdzają, że wczesna pobudka wyszła im na dobre.
Tymczasem dormitorium pierwszorocznych Ślizgonów pogrążone jest w śnie, ciężko jest, by słońce obudziło chłopców, gdyż pokój znajduje się pod powierzchnią jeziora.
Na jego kamiennych ścianach wiszą pochodnie, zwykle oświetlające pomieszczenie, teraz jeszcze zgaszone.
Dante budzi się, i stwierdza, że zasłony, którymi otoczył wczoraj swoje łóżko, aby uchronić się przed koniecznością rozmowy z pozostałymi lokatorami, poruszyły się, jakby ktoś szybko je zasłonił.
Dante zastanawia się, czy warto sprawdzać, kto lub co to było, w końcu rozsuwa zasłony, a przy jego łóżku stoi chłopak, z tego co pamięta, Anthony Flint, który próbuje zachowywać się jak gdyby nic, kryje coś za swoim bokiem i wygląda przez okno, z którego można obserwować dno jeziora.
— Ooo, tam płynie chyba Wielka Kałamarnica, jaka ona jest… wielka. Kto by pomyślał! — Niby dopiero teraz zauważa Dantego. — O, dzień dobry, kolego. Jak się spało?
Dante powoli siada na brzegu swojego łóżka i przeciera oczy. Gdy widzi, że chłopak (niestety) nie jest pozostałością po jakimś bardzo dziwnym śnie, lub też dość specyficznie ułożonym śpiochem w oku, wzdycha. Jest dla niego zdecydowanie za wcześnie żeby użerać się z ludźmi.
Wstaje. Na chwilę kieruje wzrok w stronę w którą spogląda Anthony.
—Tjaaa... — mówi niezbyt entuzjastycznie. Na twarz Dantego powoli wpełza grymas, ale i tak w jego ekspresji przeważa jednak zmęczenie. Starając się nie podnosić głosu (jeszcze mu brakuje tylko zbudzić innych współlokatorów i zwrócić ich uwagę na siebie) zaczyna przechodzić do sedna sprawy:
— I odpowiadając na twoje pytanie, spało mi się dość dobrze... dopóki ktoś nie stwierdził, że dobrym pomysłem byłoby gapienie się jak ja śpię...
Całe zdanie wypowiada sarkastycznie przyjacielskim tonem, zadzierając głowę do góry. Stara się wyglądać choć trochę onieśmielająco mimo swojej rozczochranej czupryny, zaspanych oczu i niskiego wzrostu.
Podchodzi bliżej do chłopaka, nachylając się w jego stronę. W ten sposób chce zauważyć, co chowa on za plecami.
— I co do diaska — mówi, stając na palcach, by mieć lepszy widok — tam chowasz!
— C —co? Nic nie chowam! — cofa się odrobinę pod presją Dantego, a to, co kurczowo chciał schować, wymyka mu się z rąk i opada na srebrny dywan.
Stos kartek rozsypuje się na podłogę i Anthony szybko schyla się, by je zebrać, ale Dante jest w stanie zauważyć, że są to rysunki. Nie są one zbyt profesjonalne, ale widać, że ktoś przywiązał do ich wykonania dużo uwagi. Głównie przedstawiają zwierzęta, chłopak na jednym rozpoznał konia, na innym jakieś dziwne, włochate, lecz urocze stworzenie, a trzeci nie jest dokończony, lecz chyba to kot.
— T-to nie moje! — zaczyna się tłumaczyć chłopak, ale robi się przy tym czerwony, a jego wiarygodności nie podnosi też fakt, że rysunki wypadły z teczki podpisanej „Tony”. W końcu rezygnuje z tłumaczeń i przyjmuje postawę ataku, choć stara się, by nie obudzić innych. — No dobra, możesz się śmiać, tak, jestem Ślizgonem i tak, lubię rysować zwierzątka! Tak, tak, to zajęcie dla bab, dużo razy się tego nasłuchałem, ale tobie nic do tego. I wcale nie gapiłem się jak śpisz! Szukałem… twojego kota. Chciałem go narysować, ma bardzo ładne umaszczenie. — znowu na jego twarzy pojawia się wstyd, a rumieńce nie znikają z twarzy. — Nieważne. Zapomnij. Za chwilę będzie śniadanie, trzeba się przygotować.
Niedługo potem reszta Ślizgonów się budzi i wszyscy idą na śniadanie. Po śniadaniu czeka na nich pierwsza lekcja eliksirów wraz z Gryfonami. Oczywiście nie obywa się bez wymienienia kąśliwych uwag na ich temat, Anthony udaje, że go śmieszą, jednak trzyma się na dystans, Dante nie włącza się do dyskusji.
W końcu wchodzą do sali i wszyscy szybko zajmują miejsca. Gdy Dante wchodzi, prawie wszystkie są zajęte. Chłopak zauważa miejsce obok Val, która siedzi z Diane. Kolejne wolne jest obok Anthony’ego i innych Ślizgonów.
Dante przez chwilę zastanawia się, czy siedzenie obok ludzi, przed którymi ostrzegała go Allie będzie tak dobrym pomysłem. Widząc jednak alternatywę - Val, do której nadal był nie do końca przekonany, i jej towarzyszkę, dziewczynę którą pamięta jeszcze z ulicy Pokątnej, i która zapewne nie byłaby szczególnie szczęśliwa na jego widok - z rezygnacją zbliża się do reszty Ślizgonów. Nie ma szczególnej ochoty na niezręczną konwersacje, którą by zapewne spotkanie z czarnowłosą Gryfonką rozpoczęło.
Siada koło Anthony'ego, starając się jednocześnie unikać kontaktu wzrokowego z innymi członkami swojego domu. Gdy już wygodnie się usadawia, kopie Tony'ego w kostkę. Następnie, póki jeszcze trzyma jego uwagę, nachyla się w jego stronę i szepce:
— Następnym razem po prostu spytaj, idioto.
Cichutko wzdycha. Ma nadzieję, że ta uwaga sprawi, że żadne niezręczne pobudki już się nie powtórzą.
Anthony szybko kiwa Dantemu głową, że zrozumiał, nie chce więcej roztrącać tego tematu. Okazuje się, że Medeley dobrze wybrał miejsce, bo chwilę później przychodzi profesor Slughorn i na wstępie mówi:
— Witam was, nowi adepci eliksirów. Zanim zacznę czytać listę obecności proszę was, abyście w miarę możliwości usiedli domami, bo zrobimy sobie mini-rywalizację. Widzę, że w miarę jesteście podzieleni. O, tu dwie panienki przejdą na lewo i będzie idealnie.
Gdy w końcu klasa dzieli się na połowy, Ślizgoni po lewej stronie Slughorna, a Gryfoni po prawej, profesor zaczyna czytać obecność. Zatrzymuje się przy niektórych nazwiskach i patrzy z ciekawością na ich właścicieli, prawdopodobnie by później móc wypytać o pokrewieństwo ze swoimi ulubionymi byłymi uczniami. Wreszcie kończy i mówi.
— Eliksiry to bardzo złożona dziedzina magii. Wymaga precyzji i często nawet drobna rzecz dodana w nieodpowiednim momencie może zaważyć o efekcie końcowym naszego eliksiru. Oczywiście, często przy odrobinie zmiany nasz eliksir może stać się jeszcze lepszy, więc nie karcę uczniów, gdy próbują eksperymentować, szczególnie, gdy mają smykałkę do eliksirów. Bardzo ceniona w przygotowywaniu eliksirów jest pewność siebie i zdecydowanie. To jest wasza pierwsza lekcja, więc chciałbym, abyście nabrali pewności siebie i poczuli, że eliksiry mogą być naprawdę ekscytującą lekcją. A nic tak nie dodaje motywacji jak drobna rywalizacja. Mam nadzieję, że przy tym eliksirze będziecie się świetnie bawić. Nie ma go w naszym podręczniku, przyniosłem dwa egzemplarze Księgi Eliksirów Zygmunta Budge’a. Ktoś może ma pomysł co to może być za eliksir?
— Felix Felicis? — pyta podekscytowana Olivia, brązowowłosa Gryfonka.
— Nie, ten eliksir jest zbyt skomplikowany i zajmiemy się nim dopiero w klasie owutemowej. Ale dość blisko. Jakieś inne pomysły?
— Proszę, niech to nie będzie eliksir rozśmieszający… — prycha czarnowłosa Ślizgonka.
— Eliksir rozśmieszający, dokładnie! Brawo, panno Burke, pięć punktów dla Slytherinu. Wie pani jakie są jego właściwości?
— No, wywołuje śmiech u osoby pijącej, choć może mieć też skutki uboczne takie jak ekstremalna melancholia czy histeryczna mania.
— Idealna definicja! Kolejne 5 punktów dla Slytherinu. Tak więc podczas tych dwóch godzin macie stworzyć idealny eliksir rozśmieszający, a żeby było ciekawiej, Gryfoni wypiją eliksir wykonany przez Ślizgonów a Ślizgoni przez Gryfonów. Wcześniej upewnię się oczywiście, że jest zdatny do spożycia, nie pozwolę, aby ktoś się zatruł na pierwszych zajęciach. — Dwójka Ślizgonów jęczy ze zrezygnowaniem. — Potrzebne rzeczy macie przy stolikach. Zaczynamy!
Obie grupy otwierają księgę na przepisie. Zaczyna się dosyć prosto, obie grupy wlewają wodę do kociołka, następnie siekają nać raptuśnika, dodają ją i mieszają powoli. Kolejny punkt natomiast trochę ich zaskakuje.
— „3. Parsknij do mikstury”? Serio? — odzywa się jeden z poważnych Ślizgonów, Robert Travers.
— Nie umiesz czytać, Travers? Serio. — Przewraca oczami Clarisse Burke. — To kto parska?
Nikt się nie zgłasza. W końcu kościsty blondwłosy Ślizgon, Evan Rowland mówi:
— Wyzywam karzełka, żeby sprawił, że parsknę. — kieruje palcem na Dantego. —Lepiej się postaraj, bo nie chcę przegrać z tymi Gryfonami.
Dante czuje, że robi się czerwony na twarzy. Cała ta lekcja jak na razie była po prostu tragiczna. Oczywiście, Dante nigdy nie gardził żadnymi rywalizacjami w trakcie zajęć — były one doskonałą okazją, by pokazać się z jak najlepszej strony przed nauczycielem i wyrobić sobie jak najszybciej u niego dobrą opinie. Nie pomagało jednak to, że eliksir, jaki mieli stworzyć był bezużyteczny i niedorzeczny, a do tego jeszcze na końcu mieli kosztować eliksir drużyny przeciwnej (co, znając jego parszywe szczęście, przypadnie jemu). A teraz, przychodzi jakiś chudzielec i nazywa go karzełkiem, chyba tylko po to by nasypać soli do rany. Chłopiec jednak powstrzymuje się przed stanięciem na palcach i wykładem o tym, jak wcale nie jest niski (a przynajmniej się do tego w życiu nie przyzna). Nie ma na to czasu, i coś czuję, że to by tylko pogorszyło sytuację.
Przygląda się uważniej Evanowi — jego kościstej budowie, zielonym oczom, wrednemu uśmieszkowi... Sam szybko uśmiecha się w podobny sposób — pogardliwy i chłodny — i podchodzi do niego przymrużając drapieżnie swoje fioletowe oczy.
— No nie wiem, to może być dla mnie za trudne... Strasznie skrzywiony jesteś? Czy przypadkiem nie najadłeś się cytryn podczas dzisiejszego śniadania?
Przez chwilę udaje, że się nad tym zastanawia, po czy podnosi dłonie do ust w niemym: "Och" i kontynuuje:
— A tak, ty masz tak zawsze, auć... To musi być nawet bardziej odstraszające niż twoja okropna osobowość...
Wzdycha, patrząc się fałszywie litościwym wzrokiem na wyższego Ślizgona.
— Może lepiej ja parsknę? W końcu jak się patrzy na ciebie, to prawie przychodzi to naturalnie...
Wszyscy Ślizgoni popatrzyli się na Dante, niektórzy z niedowierzaniem, inni z szacunkiem. Nikt chyba nie odważyłby się powiedzieć takich słów co Dante, do tego wrednego, rozpieszczonego Ślizgona, więc Medeley zrobił na nich dobre wrażenie. W końcu Robert Travers nie wytrzymuje i parska śmiechem. Evan popatrzył na niego z mordem w oczach.
—No co? — Broni się Travers. —Przyznaj, to było mocne. Oo, popatrzcie, eliksir zmienił barwę!
Faktycznie, eliksir zabulgotał i przyjął zielonkawy kolor.
Evan prycha i za wszelką cenę próbuje zachować neutralny wyraz twarzy.
— Nie udało ci się mnie rozśmieszyć, karze —... — patrzy na Dante i w końcu rozmyśla się z dokończeniem ostatniego słowa — ale przynajmniej możemy ruszyć dalej, więc nie byłeś całkiem bezużyteczny…, Medeley.
— Brawo, Ślizgoni, świetnie wam idzie! — Slughorn właśnie zagląda im do kociołka — Co prawda, kolor eliksiru mógłby być nieco intensywniejszy, ale przynajmniej jesteście dalej od Gryfonów. Nie osiadajcie na laurach i pracujcie dalej!
Grupa Gryfonów stoi na 3 punkcie. Podjęli kilka prób parskania, ale często zamiast tego wychodzi im chichot lub zbyt mocny śmiech. Zbyt dobrze się przy tym bawią. Jedynie Andrew White siedzi na uboczu i pisze coś w swoim notatniku.
—Aaandy, skończ już pisać w tym swoim pamiętniku i pomóż nam! — mówi Diane.
—To nie jest pamiętnik, Diane! Ile razy mam ci powtarzać? Dziennik. D-Z-I-E-N-N-I-K.
—Nieważne. Nie wierzę, że nie chcesz utrzeć nosa Ślizgonom! Śmiejący się Ślizgon! Przecież to jest rzadsze, niż włosy na głowie Filcha! — Rebecca i Olivia znów chichoczą, a eliksir nie reaguje, czeka, aż ktoś na niego parsknie. „Andy” wzrusza ramionami. — Nie myśl, że ci odpuszczę, braciszku. — Ostatnie słowo akcentuje i wymawia z widoczną ironią.
— Nie musisz mnie tak nazywać. — wzdycha głośno Andrew. — Dobra, mogę parsknąć. Ale niech ktoś mnie rozśmieszy, bo nie dam rady na zawołanie.
— Val, to może teraz ty spróbujesz? — proponuje Diane.
Val nieśmiało podchodzi w stronę Andrew i wszyscy z nadzieją w oczach czekają czy uda jej się pomóc grupie dojść do kolejnego punktu w przepisie. Dziewczyna czuję na sobie lekka presję,nie ma bladego pojęcia co powiedzieć, chwilę się jąka jednak zaraz przyjmuje stanowcza pozycję i starając się naśladować męski głos zwraca się do Diane:
—Siostrzyczko korzystając ze słownika wyrazów przytoczę ci definicje słowa D-Z-I-E-N-N-I-K —udaje, jakoby otwierała słownik i szukała wyrazu —To "pamiętnik pisany codziennie". Aha, widzisz!!! Nie taki...Czekaj, co?! — Udaje zdziwienie.
”Andy patrzy na nią z groźnym wzrokiem, po czym sam wybucha śmiechem.
—Dość dobrze ci to wyszło, prawie jak druga wykapana Diana. Siostrzyczko, stworzyłaś potwora.” - Dziewczynka wykonując swoje przedrzeźnianie, właśnie taki chce uzyskać efekt. Odrobinę zawyżyła jednak swoje umiejętności komiczne w stosunku do Andrew. Może dobrze, że nie kończy się to tak jak przewidziała, wszak do eliksiru potrzebują parsknięcia, nie wybuchu śmiechu.
Gryfoni nie mogą powstrzymać śmiechu, Diane się prawie popłakała. Było to dość ryzykowne nabijać się z chłopaka, gdyż widać było, że sprawę dziennika traktuje bardzo poważnie, Andrew stara się zachować kamienną minę, ale w końcu parska śmiechem.
— Dobra, przyznam, masz mnie, Valkirio. — odpowiada chłopak. — Po prostu uważam, że dziennik brzmi dojrzalej i lepiej oddaje charakter moich zapisków.
— Dojrzałość i ty? To jest dopiero śmieszne. — wtrąca się Dee. — Ta akcja, którą odwaliłeś ostatnio na Pokątnej?
— Było, minęło, nie musisz mi wypominać. Już wystarczająco dostało mi się od Josephine i Philipa, wysłali mi już trzy sowy, żeby upewnić się, że trafiłem do Hogwartu. — Andrew przewraca oczami.
Gryfoni zaczynają się czuć trochę nieswojo będąc w środku konwersacji między tą dwójką. W końcu rozmowę przerywa Slughorn, gdyż podchodzi do ich kociołka.
— Tak właśnie ma to wyglądać. Idealny kolor! Kto to tak pięknie parsknął? — Diane wskazuje na Andy’ego. — Pan White? Znałem pańską matkę, doprawdy była to cudowna kobieta! Deidre umiała się pojedynkować jak nikt! Tak mi przykro, że nie ma jej już z nami. Bardzo cieszę się, że mimo tego, co się stało umiesz wykrzesać z siebie trochę wesołości. Koniecznie musisz przyjść na spotkanie Klubu Ślimaka, panna Callister również. Nawet nie wiesz, chłopcze, ile szczęścia masz, że trafiłeś pod dach Callisterów. No, już nie będę wam przeszkadzać, oczekuj mojego zaproszenia.
Andrew na początku wygląda na zaciekawionego, gdy Slughorn wspomina, że znał jego matkę, lecz później pochmurnieje, wygląda, że profesor eliksirów trafił w jego czuły punkt. Diane odprowadza go smutnym wzrokiem, gdy ten siada w ławce na końcu sali i wraca do pisania w swoim dzienniku, chowając twarz za jego okładką.
— Nie wiem, co ten Slughorn im nagadał, ale wygląda, że Gryfoni się trochę opadli na duchu, teraz jest nasza szansa. — mówi Clarisse przy kociołku Ślizgonów. — Dobra, dodaliśmy te kolce szpiczaka, zamieszaliśmy i co dalej?
— Trzeba… zachichotać do eliksiru. —odpowiada Anthony. — dobra, to może niech tym zajmie się jakaś dziewczyna. — Patrzy na Ślizgonki, Clarisse rzuca mu spojrzenie: „Chcesz umrzeć, czy co?”, Otelia, która od początku lekcji ostrzy nóż, wydaje mu się złym rozwiązaniem, a Beatrice czyta właśnie egzemplarz ,Najpopularniejszych totrur’ więc wątpi, że będzie chciała im pomóc. W końcu wypatruje Ruth, która wydawaje się najbardziej dziewczęca, czyli nie posiada tych wszystkich cech, co poprzedniczki, choć wygląda na bardzo znudzoną. — Albo też może być coś innego. Ma ktoś jakiś pomysł?
Dante przewraca oczyma. Czy naprawdę musi sam się starać, żeby ta mikstura nie skończyła się kompletną porażką? Gdy te zajęcia się skończą, ma zamiar poprosić Beatrice żeby pożyczyła mu lekturę, którą zgłębiała. Rzuca okiem na miejsce, gdzie siedzą Gryfoni. Wyglądają teraz na dość przygnębionych, ale może..., cóż z pewnością warto jest spróbować.
— Ja mam pomysł. — rzuca przez ramię, kierując się w stronę dwóch nieznajomych Gryfonek, Rebecci i Olivii, o ile dobrze pamięta ich imiona. Gdy tylko się do nich zbliżył, stara się, aby jego ekspresja z czystej irytacji przemieniła się w (ma nadzieje) urocze onieśmielenie. Być może choć raz w życiu jego niski wzrost będzie w jakiś sposób przydatny.
— Hej, dziewczyny... — mówi cichym głosem, kierując wzrok na czubki swoich butów i przygryzając dolną wargę. Ma nadzieję, że wygląda na tyle żałośnie, że zwróci to ich uwagę i może nawet wzbudzi w nich nutkę empatii.
— Przy naszym stole jest taaaak strasznie... Nawet nie wiecie. Ja jestem, no... taki mały i wszyscy Ślizgoni się ze mnie śmieją. A u was jest tak wesoło... Może dotrzymacie mi tam na chwilkę towarzystwa? Żeby się ode mnie odczepili, wiecie?
Mając nadzieję, że tym małym monologiem przekonał je do podążania za nim, kieruje swoje kroki w stronę Anthony'ego i reszty. Gdy już znajduje się w zasięgu mikstury, mówi:
— A! Wiecie kiedy kotu dokuczają zęby? Kiedy pies go gryzie, haha... — stara się, żeby jego śmiech nie był tak bardzo wymuszony... aczkolwiek udaje mu się to tylko po części.
Proszę proszę proszę, niech to zadziała — myśli, zaciskając boleśnie zęby — Bo jak nie to tego nie przeżyję...
Dziewczyny łatwo dają się nabrać na sztuczkę Dantego. Patrzą na niego współczującym wzrokiem i kierują się ku grupie Ślizgonów. Gdy chłopiec opowiada swój mało śmieszny żart, dziewczyny spoglądają na siebie.
—Biedaczek, sam wśród tych wszystkich okropnych Ślizgonów. I ten żart? Tak bardzo się stara udawać, że wszystko jest w porządku, ale widać że nie jest. — mówi współczującym tonem Olivia do swojej koleżanki.
— Ale uroczy jest, czyż nie? —Cicho mówi po paru sekundach Rebecca do Olivii i razem zaczynają chichotać. Są na tyle blisko, że działa to na wywar Ślizgonów, który bulgocze i zmienia barwę.
— Dante, jesteś genialny! — mówi rozentuzjazmowany Anthony. — Ale je wykiwałeś, normalnie brak słów! Ślizgońska krew.
— To Gryfonki, czego się po nich spodziewałeś, Flint? — Evan stara się umniejszyć zasługę Dantego. — Są głupie jak but, to trafia do nich ten humor niskich lotów.
— Być może, ale nie zmienia to faktu, że kolejny punkt przepisu mamy zaliczony i to dzięki Medeleyowi. — oznajmia Tony i krzyżuje ramiona na piersi.
Rowland patrzy na Anthony’ego spod byka, ale już z nim nie dyskutuje i przystępują do dalszej pracy.
Gryfoni patrzą z niedowierzaniem na Olivię i Rebeccę.
— Nie wierzę, jak mogłyście się na to nabrać. — mówi Diane ze zrezygnowaniem, już widocznie podirytowana tą lekcją. — NIGDY nie ufaj Ślizgonowi, nieważne jak wygląda. A tamtego skądś kojarzę, tylko nie pamiętam skąd… Nieważne. Pośpieszmy się, pierwsza godzina lekcji minęła.
Z zaskoczenia zaczyna łaskotać Olivię, a ta chichocze. Wykonują kolejne punkty z dokładnością, ale pamiętają o goniących im czasie. W końcu dochodzą do punktu 13., który głosi „Zaśmiej się głośno i niekontrolowanie”
— Dobra, skoro odkryliśmy już talent komediowy Valkirii myślę, że powinna znów spróbować nas rozśmieszyć. — mówi Diane — Dawaj, Val.
Valkiria stwierdza, że skoro przeciwnicy wykorzystali nas do swojego przepisu to czas na rewanż. Delikatnie zbliża się w kierunku Ślizgonów i skrzętnie planuje swój cel. "Nie chcę, żeby komukolwiek stała się krzywda, w końcu to ma być tylko żart ", myśli i mocno się koncentruje. Jej wzrok skupia się na Ruth. "Bingo" myśli.
Wyciąga z rękawa swoją małą biała myszkę i puszcza ją w stronę dziewczyny.
Zwierzątko wie, co ma robić i zaczyna się wspinać po szacie Ślizgonki. Gdy Ruth zauważa stworzonko, reaguje piskiem i próbuje zrzucić je z siebie, wstaje gwałtownie z krzesła, które potrąca i spotyka się ze zdezorientowanymi spojrzeniami Ślizgonów.
— Mysz!— krzyczy i wskakuje na ławkę żeby się od niej oddalić. — Wlazła na mnie i nie chciała się odczepić!
Na te słowa Evan również wskakuje na ławkę, a przy kociołku Gryffindoru słychać głośny i szczery śmiech przyglądających się Gryfonów.
— Val, zadziwiasz mnie coraz bardziej. — mówi Diane — Czułam, że możesz mieć jakiegoś asa w rękawie, ale nie aż tak dosłownie! To było bardzo pomysłowe, ale też odważne, dobrze, że Slughorn nie zauważył, bo by już było po tobie!
Chwilę wcześniej profesor wyszedł, aby przynieść coś ze swojego gabinetu, ale właśnie powraca do sali. Dziwi się widząc dwoje uczniów na ławce i pyta o powód tego zachowania. Gdy dowiaduje się, że chodziło o małą mysz oznajmia, że szczury to powszechna rzecz w lochach i to jednego z nich musiała zauważyć Ruth. Nie uwierzył jej, gdy tłumaczyła, że mysz się na nią rzuciła i nakazał wrócić im do pracy nad eliksirem.
A tymczasem małe zwierzątko wraca już do swojej właścicielki i zostaje pochwalone przez uczniów Gryffindoru.
Upokorzony Evan oraz Ruth schodzą z ławek i praca nad ślizgońskim eliksirem rusza dalej. Gdy oni także dochodzą do punktu z wykorzystaniem niekontrolowanego śmiechu Rowland postanawia naprawić swój wizerunek wśród współtowarzyszy i za najlepszy do tego sposób uznaje podstawienie nogi Anthony’emu, który wracał z magazynku z ostatnią ingrediencją— sproszkowanym chrzanem. Evan i kilku Ślizgonów ryknęło śmiechem i akurat to starczyło, aby eliksir zmienił konsystencję.
Gryfoni tymczasem kończą swoją miksturę, która zostaje zatwierdzona przez Slughorna. Dwie minuty później uczniowie Slytherinu także wykonują ostatni ruch różdżką aby zakończyć miksturę.
— Przyznaję, że wykonaliście kawał dobrej roboty — stwierdza Slughorn. — Jednak odrobinę lepiej wygląda eliksir… Gryfonów. Dlatego przyznaję 15 punktów dla Gryffindoru. — Gryfoni wiwatują i Dee przybija piątkę Val. — To teraz tak jak obiecałem, nastąpi wypróbowanie eliksiru. Zacznijmy od Ślizgonów, niech każdy z was wybierze sobie fiolkę, a następnie osobę z przeciwnego domu, która ma spróbować eliksiru.
Dante nerwowo tupie nogą w posadzkę. Co z tego, że ich eliksir wyszedł dobry, skoro nie wyszedł najlepszy? On nie chce żadnej nagrody pocieszenia... nie, nie może dostać *tylko* nagrody pocieszenia. Zdaje sobie sprawę, że cała ta lekcja polegała na pracy zespołowej, że wynik tej konkurencji nie zależał tylko od niego, ale także od innych ślizgonów wraz z nim pracujących. Świadomość ta jednak nie powstrzymuje gorzkiego posmaku w ustach, nie hamuje natłoku myśli, który pojawia się w jego głowie. Myśli takich jak to, że gdyby tylko był kreatywniejszy i bardziej zdolny, mógłby zrobić tą miksturę szybciej *i* lepiej, że gdyby tylko bardziej się przyłożył, to jego dom teraz byłby zwycięski i otrzymałby punkty, a nie Gryffindor.
Czuje irytacje — irytacje na siebie, na swój brak umiejętności; irytacje na Ruth, która przez głupią mysz umożliwiła gryfonom skończenie eliksiru, irytacje na profesora prowadzącego lekcję, że akurat wtedy nie był on obecny i nie ukarał gryfonów za nasłanie na swojego przeciwnika małego zwierzęcia... Ale przede wszystkim jego irytacja skierowana jest na Valkirię, tą samą rudowłosą dziewczynę, która w sklepie ze zwierzętami sprawiła, że najadł się wstydu i kociej sierści. Tą samą, która teraz była głównym powodem zwycięstwa Gryffindoru i jego porażki. Kłamstwem byłoby jednak stwierdzenie, że nie jest pod wrażeniem jej umiejętności szybkiego i kreatywnego myślenia. Teraz jednak nie jest moment, w którym z chęcią by jej tego pogratulował.
To właśnie ta irytacja sprawia, że z trzymaną przez siebie fiolką kieruje się w stronę Valkiri. Gdy już jest blisko niej uśmiecha się w fałszywie przyjacielski sposób — na pierwszy rzut oka widać, że jest on chłodny i nie szczerzy. Wyciąga przed siebie trzymaną w ręku fiolkę, oferując ją rudej dziewczynie.
— Jak miło cię znowu widzieć. — mówi, gorycz przeszywa każde wypowiadane przez niego słowo — Czy nie mówiłem ci żebyś uważała Valkirio?
Uśmiech spełza z jego ust i z większym naciskiem wciska dziewczynie eliksir, chcąc już żeby go wreszcie wypiła. Chce już mieć to za sobą... i jak najszybciej znaleźć jakąś grubą książkę o eliksirach by choć trochę się w tej dziedzinie podszkolić.
Eliksir Ślizgonów, choć uznany przez Slughorna za odrobinę gorszy, wywiązuje się ze swojej funkcji znakomicie. Czy ktoś chce, czy nie chce, musi spożyć chociaż łyk mikstury, gdyż profesor eliksirów czuwa. Sala wkrótce wypełnia się śmiechem Gryfonów, lecz nie jest to chyba satysfakcjonujące dla Ślizgonów, czują, jakby uczniowie Domu Lwa wyśmiewali się z nich, co po części jest prawdą.
— Znakomicie! — odpowiada Slughorn. — Dziś będę hojny! 5 punktów dla Slytherinu. Co moi Ślizgoni, czemu macie takie nietęgie miny? Zaraz koledzy z Gryffindoru was rozweselą! Takie same zasady, jedna osoba daje eliksir jednej osobie.
Valkirii nie umyka wrogość jaka się kryje w geście Dantego. „Co on do mnie ma?! Wyżywa się na mnie, jakbym co najmniej przejechała mu kiedyś kota na rowerze…”, myśli. „W sumie nie głupi pomysł, zapisze sobie na później, jeśli przekroczy granicę.” Jednak powoli złość z niej schodzi.
„O czym ja myślę??? Biedny kot nie jest niczemu winny, że ma takiego właściciela”, wzdycha.
Mimo to postanawia oszczędzić chłopaka, chce zakopać topór wojenny i jako pierwsza wystawić do niego dłoń. Ruth także już ucierpiała przez jej intrygę, dlatego wybór pada na Anthony’ego. Podchodzi do niego wolnym krokiem i wręcza fiolkę:
— Proszę — zdobywa się na lekki uśmiech, którym chce pokazać chłopakowi, że była przed chwilą w podobnej sytuacji — i z góry przepraszam, jeśli przypadkiem coś skiepściliśmy.
— Jesteś zdecydowanie zbyt miła. — chłopak patrzy na Val podejrzliwym wzrokiem. — Czy to eliksir tak działa? Wiem, komu by się to przydało — zerka w stronę Evana, któremu Diane na siłę wpycha fiolkę z eliksirem. Anthony przybliża się do Valkirii i mówi szeptem: — widziałem białą mysz wracającą do ciebie po tamtym małym incydencie. Pewnie powinienem być wkurzony, że przegraliśmy, ale jakoś widok panikującego Rowlanda sprawił mi ogromną radochę — odsuwa się i podnosi fiolkę — Zdrówko! — i bierze łyk.
Również eliksir Gryfonów zadziałał jak trzeba, mimo wątpliwości Valkirii. Widok zwijających się ze śmiechu Ślizgonów to widok szczególny, bo choć śmieją się, ich oczy wyrażają żądze mordu. Olivia i Rebecca łapią się za brzuch, który boli je od rechotu, gdy widzą Dante, któremu ta pierwsza podała eliksir.
W końcu działanie eliksiru dobiega końca, tak jak dwie godziny lekcji.
Uczniowie obydwu domów rozdzielają się, aby pójść na kolejne zajęcia już osobno. Dalsza część dnia jest również ekscytująca i większość uczniów kończy go z uśmiechem na twarzy.
—Hej, chłopaki? Słyszeliście to? — zaczyna cicho i niepewnie Lucas Turner, pierwszoroczny Krukon do kolegów z dormitorium.
—Nic nie słyszę, daj mi spać, potrzebuję swojej dawki snu. — mamrocze Gilderoy Lockhart i próbuje wrócić do snu.
— Ja słyszałem — odzywa się Lorcan Eath i rozsuwa swoje zasłony w łóżku. — Dość dziwne to było. Myślisz, że powinniśmy to sprawdzić?
—Oszalałeś? A co jeśli to coś niebezpiecznego? — przerywa Turner i nagle jego twarz zastyga w przerażeniu, jakby uświadomił sobie pewną rzecz. —O MATKO, PRZYSZLI PO NAS!
—Kto przyszedł?
ŚMIERCIOŻERCY! Wiedziałem, że ten cały system obronny w Hogwarcie to wielka ściema! MÓWIŁEM IM, MÓWIŁEM, LECZ NIKT NIGDY MNIE NIE SŁUCHA!!!
Takiego podejrzenia, choć całkowicie niedorzecznego, nie można zlekceważyć i wszyscy pierwszoroczni Krukoni zrywają się na równe nogi.
— Jesteś totalnie stuknięty! — dołącza się do rozmowy Sean Palmer, który przy gwałtownym podniesieniu się, uderza głową w kolumienkę łóżka. — Dlaczego Śmierciożercy o 5 nad ranem mieliby wtargnąć do naszego Pokoju Wspólnego?
— No nie wiem. — Lucas udaje, że się zastanawia — ŻEBY NAS ZABIĆ???
— Chyba ja to zaraz zrobię za nich, na Merlina! Myśl logicznie, w końcu jesteś Krukonem! NIKT nie może teleportować się do Hogwartu, a zamek jest otoczony niezliczoną liczbą zaklęć ochronnych i zapewnie cię, to nie jest ściema. Poza tym już nic nie słychać, może po prostu jakiś kot przewrócił jedną z półek z książkami.
Na zaprzeczenie tych słów następuje drugi wybuch, dwa razy głośniejszy niż poprzedni.
— Tak sądzisz? To było za głośne na kota! — odpowiada Lucas. Podchodzi do okna i zadaje pytanie. — Jak myślicie, będziemy tu bezpieczni? Trzeba powiadomić nauczycieli, ale jak zejdziemy na dół już po nas. Zostaje nam okno, trochę to niepewne, ale wolę umrzeć uciekając, niż pchać się prosto pod nos Śmierciożerców!
— Hola, hola! Nie tak szybko, nikt nie będzie umierał. Myślę, że powinniśmy najpierw sprawdzić co się dzieje. — odpowiada Lorcan.
— Zgadzam się — mówi Sean — Jestem przekonany, że to nie śmierciożercy, ale może to jakiegoś typu test?
— Przeczekajmy tu, wyjdziemy w ostateczności, po co ryzykować? — Gilderoy jest sceptyczny, widać, że przemowa Lucasa zrobiła na nim wrażenie.
— No to mamy remis. Ty tam, Lee? — Lorcan zwraca się do Jin-suna. — Co powinniśmy zrobić?
—Zgadzam sie z toba i z Seanem —mówi — Poza tym to nie mogą być śmierciożercy, nie ma szans żeby się tu dostali, a siedzenie i czekanie nic nie da... No i jestem ciekawy co to może być? Chłopaki, chodźmy to sprawdzić!
Lucas z Gilderoyem zostali przegłosowani, więc przestają protestować, choć nie znaczy to, że kwapią się do wyjścia. Jin-sun postanawia zrobić ten pierwszy krok, a wprost za nim podążają Lorcan i Sean. Na korytarzu robi się tłok, gdyż inni Krukoni także postanawiają sprawdzić, co się stało. Jeden ze starszych który ogarnął już sytuację, odwraca się i oznajmia: „To tylko Graham” i po tym oświadczeniu część z nich wraca do swoich pokoi, nie kryjąc się ze swoim zirytowaniem. Pierwszoklasiści jednak wolą sprawdzić to na własne oczy i przekonać się kim jest ten „Graham”, a szczególnie Jin, który dobrze zna to nazwisko.
Pierwsze co zauważa po wejściu do Pokoju to mnóstwo metalowych odłamków na granatowym dywanie, który w niektórych miejscach został odrobinę osmalony. Z jednego takich elementów, większego od pozostałych, sypią się iskry i jest praktycznie cały zwęglony i wydobywa się z niego szary dym. W odległości jakichś 3 metrów powoli podnosi się blondwłosy chłopak z przekrzywionymi okularami i usmaloną piżamą.
— No nie wierzę… — ze zrezygnowaniem patrzy na odłamki porozrzucane po pokoju. — Byłem tak blisko! Nie rozumiem… Jak? Z pewnością użyłem dobrego zaklęcia…
Zaczyna w pośpiechu zbierać części z podłogi, dopiero po chwili zauważając publikę.
— Och. Obudziłem was? Sorki! — Z zakłopotaniem łapie się za głowę, przy czym upuszcza parę zebranych już części i wywołuje chichot u kilku osób.
W tej samej chwili do pokoju wbiegają Filius Flitwick, opiekun domu Ravenclawu, za nim profesor Heffernan.
— Co się stało? Szara Dama poinformowała nas o wybuchu, który ją zaniepokoił. — Flitwick natrafia spojrzeniem na chłopaka klęczącego na ziemi. — Peter Graham, a któż by inny? Wyjaśnij mi proszę, dlaczego postawiłeś wieżę Ravenclawu na nogi o tej godzinie.
— Dlaczego od razu przypuszcza profesor, że to ja? — próbuje udawać oburzonego, ale stwierdza, że Flitwick jest zbyt inteligentny, by się na to nabrać. — Chciałem dokończyć mój pewniej drobny... wynalazek, zanim wszyscy się obudzą, ale coś poszło nie tak. Nawet nie umiem tego wytłumaczyć, to tak jakby urządzenie zaczęło działać z własnej woli, a że nie było ukończone, doszło do spięcia i bum! Na szczęście zdołałem je wypuścić i odrzucić dalej, więc nic mi się nie stało, ale cała praca ostatnich miesięcy poszła na marne.
— Panie Graham! dobrze pan wie, że tego typu rzeczy są w Hogwarcie zabronione i w dodatku naraził pan swoje życie i życie kolegów na niebezpieczeństwo a także z tego co widzę uszkodził dywan. Muszę odebrać Ravenclawowi 20 punktów a tobie dać tygodniowy szlaban. — oznajmia Flitwick.
— Nie może pan odebrać punktów, jeśli jeszcze żadnych nie zdobyliśmy. — Odzywa się Peter wielce zadowolony z siebie, lecz szybko zauważa, że popełnił błąd.
— Racja, w takim razie szlaban potrwa dwa tygodnie. Profesorze Heffernan, podejmie się pan tego?
— Oczywiście. — mówi milczący dotąd nauczyciel OPCM i prostuje się, oznajmiając z poważną miną — To pierwszy szlaban, którego będę nadzorował lecz zapewniam, że postaram się, aby pan Graham przemyślał swoje zachowanie i wyciągnął z tego jak najwięcej wniosków.
— Tak. Dokładnie. — potwierdza Flitwick. — Ustalimy szczegóły później, a teraz radzę tobie iść skorzystać może jeszcze ze snu, Peter. Zresztą, pozostali również, zmykać do dormitoriów. Śniadanie będzie podawane dopiero za dwie godziny, więc możecie pójść jeszcze spać, choć równie dobrze możecie przygotowywać się do zajęć, liczę na was w tegorocznej walce o Puchar Domów. — Flitwick puszcza oczko(!) do Krukonów. — Do zobaczenia na zajęciach.
Profesorowie wychodzi, a uczniowie kierują się do swoich dormitoriów.
— No i widzisz, to nie byli Śmierciożercy! — zwraca się Sean do Lucasa. — Musisz poważnie poduczyć się w sprawie ochrony zamku, mogę pożyczyć ci mój egzemplarz Historii Hogwartu, pozycja obowiązkowa.
— No dobra, dobra, przyznaję, mogłem odrobinkę przesadzić. — mówi Turner. — Jestem z niemagicznej rodziny, więc być może jestem trochę przewrażliwiony.
— Nie wierzę, że przez tamtego idiotę wstaliśmy po 5 rano! — narzeka Lockhart — Brak snu wpływa beznadziejnie na moją cerę!
— Najważniejsze, że nic się nie stało. — stwierdza Lorcan. — Po twarzy Flitwicka widać było, że już nie pierwszy raz ten Graham coś odwalił. Nie będziemy się tu chyba nudzić. Współczuje mu szlabanu, ten Heffernan wygląda, jakby kija połknął.
— Może tak się zachowuje przy Flitwicku. — stwierdza Sean — Mamy z nim lekcje po śniadaniu to zobaczymy, jakim jest nauczycielem.
— To co robimy, chłopaki? Idziecie spać? Ja już jestem pobudzony. — oznajmia Lorcan.
Gilderoy stwierdza, że jednak potrzebuje drzemki a Lucas przyjmuje Historię Hogwartu od Seana i zaczyna czytać. Sean tak jak Lorcan, rezygnuje ze snu.
— To, co, może zagramy w Eksplodującego Durnia? Mam talię — oznajmia Sean.
—Wchodzę w to! Nigdy za mało eksplozji jednego dnia. — dołącza się Lorcan. — Grasz, Jin-sun?
Jin waha się czy powinien, książka wydaje się dla niego lepszą opcją, ale z drugiej strony gdzieś w środku czuje, że chciałby zaprzyjaźnić się z kimś, więc po chwili odpowiada:
—Jasne, czemu nie? I tak po tym całym zamieszaniu nie byłbym w stanie już zasnąć. Chętnie z wami zagram.
Chłopcy grają cztery kolejki Eksplodującego Durnia, świetnie się przy tym bawiąc, po czym resztę czasu spędzają na rozmowie. Konwersacja opiera się głównie na błahych tematach, jak ulubione książki czy którego przedmiotu w Hogwarcie nie mogą doczekać się najbardziej, ale zahacza także o sprawy rodzinne, więc Jin dowiaduje się, że, tak jak on, Sean i Lorcan są półkrwi. Sean ma matkę mugolkę i ojca czarodzieja, pochodzi z Irlandii i umie stepować, co dumnie pokazuje, wzbudzając napad śmiechu u Lorcana. Lorcan natomiast został wychowany tylko przez matkę czarownicę, ojca nigdy nie poznał, pozostawił on mu jedynie, cytując: „bladą cerę, urok osobisty i awersję do czosnku”. Marzy o założeniu własnego zespołu, w którym byłby wokalistą. Między trójką nawiązuje się nić przyjaźni i stwierdzają, że wczesna pobudka wyszła im na dobre.
Tymczasem dormitorium pierwszorocznych Ślizgonów pogrążone jest w śnie, ciężko jest, by słońce obudziło chłopców, gdyż pokój znajduje się pod powierzchnią jeziora.
Na jego kamiennych ścianach wiszą pochodnie, zwykle oświetlające pomieszczenie, teraz jeszcze zgaszone.
Dante budzi się, i stwierdza, że zasłony, którymi otoczył wczoraj swoje łóżko, aby uchronić się przed koniecznością rozmowy z pozostałymi lokatorami, poruszyły się, jakby ktoś szybko je zasłonił.
Dante zastanawia się, czy warto sprawdzać, kto lub co to było, w końcu rozsuwa zasłony, a przy jego łóżku stoi chłopak, z tego co pamięta, Anthony Flint, który próbuje zachowywać się jak gdyby nic, kryje coś za swoim bokiem i wygląda przez okno, z którego można obserwować dno jeziora.
— Ooo, tam płynie chyba Wielka Kałamarnica, jaka ona jest… wielka. Kto by pomyślał! — Niby dopiero teraz zauważa Dantego. — O, dzień dobry, kolego. Jak się spało?
Dante powoli siada na brzegu swojego łóżka i przeciera oczy. Gdy widzi, że chłopak (niestety) nie jest pozostałością po jakimś bardzo dziwnym śnie, lub też dość specyficznie ułożonym śpiochem w oku, wzdycha. Jest dla niego zdecydowanie za wcześnie żeby użerać się z ludźmi.
Wstaje. Na chwilę kieruje wzrok w stronę w którą spogląda Anthony.
—Tjaaa... — mówi niezbyt entuzjastycznie. Na twarz Dantego powoli wpełza grymas, ale i tak w jego ekspresji przeważa jednak zmęczenie. Starając się nie podnosić głosu (jeszcze mu brakuje tylko zbudzić innych współlokatorów i zwrócić ich uwagę na siebie) zaczyna przechodzić do sedna sprawy:
— I odpowiadając na twoje pytanie, spało mi się dość dobrze... dopóki ktoś nie stwierdził, że dobrym pomysłem byłoby gapienie się jak ja śpię...
Całe zdanie wypowiada sarkastycznie przyjacielskim tonem, zadzierając głowę do góry. Stara się wyglądać choć trochę onieśmielająco mimo swojej rozczochranej czupryny, zaspanych oczu i niskiego wzrostu.
Podchodzi bliżej do chłopaka, nachylając się w jego stronę. W ten sposób chce zauważyć, co chowa on za plecami.
— I co do diaska — mówi, stając na palcach, by mieć lepszy widok — tam chowasz!
— C —co? Nic nie chowam! — cofa się odrobinę pod presją Dantego, a to, co kurczowo chciał schować, wymyka mu się z rąk i opada na srebrny dywan.
Stos kartek rozsypuje się na podłogę i Anthony szybko schyla się, by je zebrać, ale Dante jest w stanie zauważyć, że są to rysunki. Nie są one zbyt profesjonalne, ale widać, że ktoś przywiązał do ich wykonania dużo uwagi. Głównie przedstawiają zwierzęta, chłopak na jednym rozpoznał konia, na innym jakieś dziwne, włochate, lecz urocze stworzenie, a trzeci nie jest dokończony, lecz chyba to kot.
— T-to nie moje! — zaczyna się tłumaczyć chłopak, ale robi się przy tym czerwony, a jego wiarygodności nie podnosi też fakt, że rysunki wypadły z teczki podpisanej „Tony”. W końcu rezygnuje z tłumaczeń i przyjmuje postawę ataku, choć stara się, by nie obudzić innych. — No dobra, możesz się śmiać, tak, jestem Ślizgonem i tak, lubię rysować zwierzątka! Tak, tak, to zajęcie dla bab, dużo razy się tego nasłuchałem, ale tobie nic do tego. I wcale nie gapiłem się jak śpisz! Szukałem… twojego kota. Chciałem go narysować, ma bardzo ładne umaszczenie. — znowu na jego twarzy pojawia się wstyd, a rumieńce nie znikają z twarzy. — Nieważne. Zapomnij. Za chwilę będzie śniadanie, trzeba się przygotować.
Niedługo potem reszta Ślizgonów się budzi i wszyscy idą na śniadanie. Po śniadaniu czeka na nich pierwsza lekcja eliksirów wraz z Gryfonami. Oczywiście nie obywa się bez wymienienia kąśliwych uwag na ich temat, Anthony udaje, że go śmieszą, jednak trzyma się na dystans, Dante nie włącza się do dyskusji.
W końcu wchodzą do sali i wszyscy szybko zajmują miejsca. Gdy Dante wchodzi, prawie wszystkie są zajęte. Chłopak zauważa miejsce obok Val, która siedzi z Diane. Kolejne wolne jest obok Anthony’ego i innych Ślizgonów.
Dante przez chwilę zastanawia się, czy siedzenie obok ludzi, przed którymi ostrzegała go Allie będzie tak dobrym pomysłem. Widząc jednak alternatywę - Val, do której nadal był nie do końca przekonany, i jej towarzyszkę, dziewczynę którą pamięta jeszcze z ulicy Pokątnej, i która zapewne nie byłaby szczególnie szczęśliwa na jego widok - z rezygnacją zbliża się do reszty Ślizgonów. Nie ma szczególnej ochoty na niezręczną konwersacje, którą by zapewne spotkanie z czarnowłosą Gryfonką rozpoczęło.
Siada koło Anthony'ego, starając się jednocześnie unikać kontaktu wzrokowego z innymi członkami swojego domu. Gdy już wygodnie się usadawia, kopie Tony'ego w kostkę. Następnie, póki jeszcze trzyma jego uwagę, nachyla się w jego stronę i szepce:
— Następnym razem po prostu spytaj, idioto.
Cichutko wzdycha. Ma nadzieję, że ta uwaga sprawi, że żadne niezręczne pobudki już się nie powtórzą.
Anthony szybko kiwa Dantemu głową, że zrozumiał, nie chce więcej roztrącać tego tematu. Okazuje się, że Medeley dobrze wybrał miejsce, bo chwilę później przychodzi profesor Slughorn i na wstępie mówi:
— Witam was, nowi adepci eliksirów. Zanim zacznę czytać listę obecności proszę was, abyście w miarę możliwości usiedli domami, bo zrobimy sobie mini-rywalizację. Widzę, że w miarę jesteście podzieleni. O, tu dwie panienki przejdą na lewo i będzie idealnie.
Gdy w końcu klasa dzieli się na połowy, Ślizgoni po lewej stronie Slughorna, a Gryfoni po prawej, profesor zaczyna czytać obecność. Zatrzymuje się przy niektórych nazwiskach i patrzy z ciekawością na ich właścicieli, prawdopodobnie by później móc wypytać o pokrewieństwo ze swoimi ulubionymi byłymi uczniami. Wreszcie kończy i mówi.
— Eliksiry to bardzo złożona dziedzina magii. Wymaga precyzji i często nawet drobna rzecz dodana w nieodpowiednim momencie może zaważyć o efekcie końcowym naszego eliksiru. Oczywiście, często przy odrobinie zmiany nasz eliksir może stać się jeszcze lepszy, więc nie karcę uczniów, gdy próbują eksperymentować, szczególnie, gdy mają smykałkę do eliksirów. Bardzo ceniona w przygotowywaniu eliksirów jest pewność siebie i zdecydowanie. To jest wasza pierwsza lekcja, więc chciałbym, abyście nabrali pewności siebie i poczuli, że eliksiry mogą być naprawdę ekscytującą lekcją. A nic tak nie dodaje motywacji jak drobna rywalizacja. Mam nadzieję, że przy tym eliksirze będziecie się świetnie bawić. Nie ma go w naszym podręczniku, przyniosłem dwa egzemplarze Księgi Eliksirów Zygmunta Budge’a. Ktoś może ma pomysł co to może być za eliksir?
— Felix Felicis? — pyta podekscytowana Olivia, brązowowłosa Gryfonka.
— Nie, ten eliksir jest zbyt skomplikowany i zajmiemy się nim dopiero w klasie owutemowej. Ale dość blisko. Jakieś inne pomysły?
— Proszę, niech to nie będzie eliksir rozśmieszający… — prycha czarnowłosa Ślizgonka.
— Eliksir rozśmieszający, dokładnie! Brawo, panno Burke, pięć punktów dla Slytherinu. Wie pani jakie są jego właściwości?
— No, wywołuje śmiech u osoby pijącej, choć może mieć też skutki uboczne takie jak ekstremalna melancholia czy histeryczna mania.
— Idealna definicja! Kolejne 5 punktów dla Slytherinu. Tak więc podczas tych dwóch godzin macie stworzyć idealny eliksir rozśmieszający, a żeby było ciekawiej, Gryfoni wypiją eliksir wykonany przez Ślizgonów a Ślizgoni przez Gryfonów. Wcześniej upewnię się oczywiście, że jest zdatny do spożycia, nie pozwolę, aby ktoś się zatruł na pierwszych zajęciach. — Dwójka Ślizgonów jęczy ze zrezygnowaniem. — Potrzebne rzeczy macie przy stolikach. Zaczynamy!
Obie grupy otwierają księgę na przepisie. Zaczyna się dosyć prosto, obie grupy wlewają wodę do kociołka, następnie siekają nać raptuśnika, dodają ją i mieszają powoli. Kolejny punkt natomiast trochę ich zaskakuje.
— „3. Parsknij do mikstury”? Serio? — odzywa się jeden z poważnych Ślizgonów, Robert Travers.
— Nie umiesz czytać, Travers? Serio. — Przewraca oczami Clarisse Burke. — To kto parska?
Nikt się nie zgłasza. W końcu kościsty blondwłosy Ślizgon, Evan Rowland mówi:
— Wyzywam karzełka, żeby sprawił, że parsknę. — kieruje palcem na Dantego. —Lepiej się postaraj, bo nie chcę przegrać z tymi Gryfonami.
Dante czuje, że robi się czerwony na twarzy. Cała ta lekcja jak na razie była po prostu tragiczna. Oczywiście, Dante nigdy nie gardził żadnymi rywalizacjami w trakcie zajęć — były one doskonałą okazją, by pokazać się z jak najlepszej strony przed nauczycielem i wyrobić sobie jak najszybciej u niego dobrą opinie. Nie pomagało jednak to, że eliksir, jaki mieli stworzyć był bezużyteczny i niedorzeczny, a do tego jeszcze na końcu mieli kosztować eliksir drużyny przeciwnej (co, znając jego parszywe szczęście, przypadnie jemu). A teraz, przychodzi jakiś chudzielec i nazywa go karzełkiem, chyba tylko po to by nasypać soli do rany. Chłopiec jednak powstrzymuje się przed stanięciem na palcach i wykładem o tym, jak wcale nie jest niski (a przynajmniej się do tego w życiu nie przyzna). Nie ma na to czasu, i coś czuję, że to by tylko pogorszyło sytuację.
Przygląda się uważniej Evanowi — jego kościstej budowie, zielonym oczom, wrednemu uśmieszkowi... Sam szybko uśmiecha się w podobny sposób — pogardliwy i chłodny — i podchodzi do niego przymrużając drapieżnie swoje fioletowe oczy.
— No nie wiem, to może być dla mnie za trudne... Strasznie skrzywiony jesteś? Czy przypadkiem nie najadłeś się cytryn podczas dzisiejszego śniadania?
Przez chwilę udaje, że się nad tym zastanawia, po czy podnosi dłonie do ust w niemym: "Och" i kontynuuje:
— A tak, ty masz tak zawsze, auć... To musi być nawet bardziej odstraszające niż twoja okropna osobowość...
Wzdycha, patrząc się fałszywie litościwym wzrokiem na wyższego Ślizgona.
— Może lepiej ja parsknę? W końcu jak się patrzy na ciebie, to prawie przychodzi to naturalnie...
Wszyscy Ślizgoni popatrzyli się na Dante, niektórzy z niedowierzaniem, inni z szacunkiem. Nikt chyba nie odważyłby się powiedzieć takich słów co Dante, do tego wrednego, rozpieszczonego Ślizgona, więc Medeley zrobił na nich dobre wrażenie. W końcu Robert Travers nie wytrzymuje i parska śmiechem. Evan popatrzył na niego z mordem w oczach.
—No co? — Broni się Travers. —Przyznaj, to było mocne. Oo, popatrzcie, eliksir zmienił barwę!
Faktycznie, eliksir zabulgotał i przyjął zielonkawy kolor.
Evan prycha i za wszelką cenę próbuje zachować neutralny wyraz twarzy.
— Nie udało ci się mnie rozśmieszyć, karze —... — patrzy na Dante i w końcu rozmyśla się z dokończeniem ostatniego słowa — ale przynajmniej możemy ruszyć dalej, więc nie byłeś całkiem bezużyteczny…, Medeley.
— Brawo, Ślizgoni, świetnie wam idzie! — Slughorn właśnie zagląda im do kociołka — Co prawda, kolor eliksiru mógłby być nieco intensywniejszy, ale przynajmniej jesteście dalej od Gryfonów. Nie osiadajcie na laurach i pracujcie dalej!
Grupa Gryfonów stoi na 3 punkcie. Podjęli kilka prób parskania, ale często zamiast tego wychodzi im chichot lub zbyt mocny śmiech. Zbyt dobrze się przy tym bawią. Jedynie Andrew White siedzi na uboczu i pisze coś w swoim notatniku.
—Aaandy, skończ już pisać w tym swoim pamiętniku i pomóż nam! — mówi Diane.
—To nie jest pamiętnik, Diane! Ile razy mam ci powtarzać? Dziennik. D-Z-I-E-N-N-I-K.
—Nieważne. Nie wierzę, że nie chcesz utrzeć nosa Ślizgonom! Śmiejący się Ślizgon! Przecież to jest rzadsze, niż włosy na głowie Filcha! — Rebecca i Olivia znów chichoczą, a eliksir nie reaguje, czeka, aż ktoś na niego parsknie. „Andy” wzrusza ramionami. — Nie myśl, że ci odpuszczę, braciszku. — Ostatnie słowo akcentuje i wymawia z widoczną ironią.
— Nie musisz mnie tak nazywać. — wzdycha głośno Andrew. — Dobra, mogę parsknąć. Ale niech ktoś mnie rozśmieszy, bo nie dam rady na zawołanie.
— Val, to może teraz ty spróbujesz? — proponuje Diane.
Val nieśmiało podchodzi w stronę Andrew i wszyscy z nadzieją w oczach czekają czy uda jej się pomóc grupie dojść do kolejnego punktu w przepisie. Dziewczyna czuję na sobie lekka presję,nie ma bladego pojęcia co powiedzieć, chwilę się jąka jednak zaraz przyjmuje stanowcza pozycję i starając się naśladować męski głos zwraca się do Diane:
—Siostrzyczko korzystając ze słownika wyrazów przytoczę ci definicje słowa D-Z-I-E-N-N-I-K —udaje, jakoby otwierała słownik i szukała wyrazu —To "pamiętnik pisany codziennie". Aha, widzisz!!! Nie taki...Czekaj, co?! — Udaje zdziwienie.
”Andy patrzy na nią z groźnym wzrokiem, po czym sam wybucha śmiechem.
—Dość dobrze ci to wyszło, prawie jak druga wykapana Diana. Siostrzyczko, stworzyłaś potwora.” - Dziewczynka wykonując swoje przedrzeźnianie, właśnie taki chce uzyskać efekt. Odrobinę zawyżyła jednak swoje umiejętności komiczne w stosunku do Andrew. Może dobrze, że nie kończy się to tak jak przewidziała, wszak do eliksiru potrzebują parsknięcia, nie wybuchu śmiechu.
Gryfoni nie mogą powstrzymać śmiechu, Diane się prawie popłakała. Było to dość ryzykowne nabijać się z chłopaka, gdyż widać było, że sprawę dziennika traktuje bardzo poważnie, Andrew stara się zachować kamienną minę, ale w końcu parska śmiechem.
— Dobra, przyznam, masz mnie, Valkirio. — odpowiada chłopak. — Po prostu uważam, że dziennik brzmi dojrzalej i lepiej oddaje charakter moich zapisków.
— Dojrzałość i ty? To jest dopiero śmieszne. — wtrąca się Dee. — Ta akcja, którą odwaliłeś ostatnio na Pokątnej?
— Było, minęło, nie musisz mi wypominać. Już wystarczająco dostało mi się od Josephine i Philipa, wysłali mi już trzy sowy, żeby upewnić się, że trafiłem do Hogwartu. — Andrew przewraca oczami.
Gryfoni zaczynają się czuć trochę nieswojo będąc w środku konwersacji między tą dwójką. W końcu rozmowę przerywa Slughorn, gdyż podchodzi do ich kociołka.
— Tak właśnie ma to wyglądać. Idealny kolor! Kto to tak pięknie parsknął? — Diane wskazuje na Andy’ego. — Pan White? Znałem pańską matkę, doprawdy była to cudowna kobieta! Deidre umiała się pojedynkować jak nikt! Tak mi przykro, że nie ma jej już z nami. Bardzo cieszę się, że mimo tego, co się stało umiesz wykrzesać z siebie trochę wesołości. Koniecznie musisz przyjść na spotkanie Klubu Ślimaka, panna Callister również. Nawet nie wiesz, chłopcze, ile szczęścia masz, że trafiłeś pod dach Callisterów. No, już nie będę wam przeszkadzać, oczekuj mojego zaproszenia.
Andrew na początku wygląda na zaciekawionego, gdy Slughorn wspomina, że znał jego matkę, lecz później pochmurnieje, wygląda, że profesor eliksirów trafił w jego czuły punkt. Diane odprowadza go smutnym wzrokiem, gdy ten siada w ławce na końcu sali i wraca do pisania w swoim dzienniku, chowając twarz za jego okładką.
— Nie wiem, co ten Slughorn im nagadał, ale wygląda, że Gryfoni się trochę opadli na duchu, teraz jest nasza szansa. — mówi Clarisse przy kociołku Ślizgonów. — Dobra, dodaliśmy te kolce szpiczaka, zamieszaliśmy i co dalej?
— Trzeba… zachichotać do eliksiru. —odpowiada Anthony. — dobra, to może niech tym zajmie się jakaś dziewczyna. — Patrzy na Ślizgonki, Clarisse rzuca mu spojrzenie: „Chcesz umrzeć, czy co?”, Otelia, która od początku lekcji ostrzy nóż, wydaje mu się złym rozwiązaniem, a Beatrice czyta właśnie egzemplarz ,Najpopularniejszych totrur’ więc wątpi, że będzie chciała im pomóc. W końcu wypatruje Ruth, która wydawaje się najbardziej dziewczęca, czyli nie posiada tych wszystkich cech, co poprzedniczki, choć wygląda na bardzo znudzoną. — Albo też może być coś innego. Ma ktoś jakiś pomysł?
Dante przewraca oczyma. Czy naprawdę musi sam się starać, żeby ta mikstura nie skończyła się kompletną porażką? Gdy te zajęcia się skończą, ma zamiar poprosić Beatrice żeby pożyczyła mu lekturę, którą zgłębiała. Rzuca okiem na miejsce, gdzie siedzą Gryfoni. Wyglądają teraz na dość przygnębionych, ale może..., cóż z pewnością warto jest spróbować.
— Ja mam pomysł. — rzuca przez ramię, kierując się w stronę dwóch nieznajomych Gryfonek, Rebecci i Olivii, o ile dobrze pamięta ich imiona. Gdy tylko się do nich zbliżył, stara się, aby jego ekspresja z czystej irytacji przemieniła się w (ma nadzieje) urocze onieśmielenie. Być może choć raz w życiu jego niski wzrost będzie w jakiś sposób przydatny.
— Hej, dziewczyny... — mówi cichym głosem, kierując wzrok na czubki swoich butów i przygryzając dolną wargę. Ma nadzieję, że wygląda na tyle żałośnie, że zwróci to ich uwagę i może nawet wzbudzi w nich nutkę empatii.
— Przy naszym stole jest taaaak strasznie... Nawet nie wiecie. Ja jestem, no... taki mały i wszyscy Ślizgoni się ze mnie śmieją. A u was jest tak wesoło... Może dotrzymacie mi tam na chwilkę towarzystwa? Żeby się ode mnie odczepili, wiecie?
Mając nadzieję, że tym małym monologiem przekonał je do podążania za nim, kieruje swoje kroki w stronę Anthony'ego i reszty. Gdy już znajduje się w zasięgu mikstury, mówi:
— A! Wiecie kiedy kotu dokuczają zęby? Kiedy pies go gryzie, haha... — stara się, żeby jego śmiech nie był tak bardzo wymuszony... aczkolwiek udaje mu się to tylko po części.
Proszę proszę proszę, niech to zadziała — myśli, zaciskając boleśnie zęby — Bo jak nie to tego nie przeżyję...
Dziewczyny łatwo dają się nabrać na sztuczkę Dantego. Patrzą na niego współczującym wzrokiem i kierują się ku grupie Ślizgonów. Gdy chłopiec opowiada swój mało śmieszny żart, dziewczyny spoglądają na siebie.
—Biedaczek, sam wśród tych wszystkich okropnych Ślizgonów. I ten żart? Tak bardzo się stara udawać, że wszystko jest w porządku, ale widać że nie jest. — mówi współczującym tonem Olivia do swojej koleżanki.
— Ale uroczy jest, czyż nie? —Cicho mówi po paru sekundach Rebecca do Olivii i razem zaczynają chichotać. Są na tyle blisko, że działa to na wywar Ślizgonów, który bulgocze i zmienia barwę.
— Dante, jesteś genialny! — mówi rozentuzjazmowany Anthony. — Ale je wykiwałeś, normalnie brak słów! Ślizgońska krew.
— To Gryfonki, czego się po nich spodziewałeś, Flint? — Evan stara się umniejszyć zasługę Dantego. — Są głupie jak but, to trafia do nich ten humor niskich lotów.
— Być może, ale nie zmienia to faktu, że kolejny punkt przepisu mamy zaliczony i to dzięki Medeleyowi. — oznajmia Tony i krzyżuje ramiona na piersi.
Rowland patrzy na Anthony’ego spod byka, ale już z nim nie dyskutuje i przystępują do dalszej pracy.
Gryfoni patrzą z niedowierzaniem na Olivię i Rebeccę.
— Nie wierzę, jak mogłyście się na to nabrać. — mówi Diane ze zrezygnowaniem, już widocznie podirytowana tą lekcją. — NIGDY nie ufaj Ślizgonowi, nieważne jak wygląda. A tamtego skądś kojarzę, tylko nie pamiętam skąd… Nieważne. Pośpieszmy się, pierwsza godzina lekcji minęła.
Z zaskoczenia zaczyna łaskotać Olivię, a ta chichocze. Wykonują kolejne punkty z dokładnością, ale pamiętają o goniących im czasie. W końcu dochodzą do punktu 13., który głosi „Zaśmiej się głośno i niekontrolowanie”
— Dobra, skoro odkryliśmy już talent komediowy Valkirii myślę, że powinna znów spróbować nas rozśmieszyć. — mówi Diane — Dawaj, Val.
Valkiria stwierdza, że skoro przeciwnicy wykorzystali nas do swojego przepisu to czas na rewanż. Delikatnie zbliża się w kierunku Ślizgonów i skrzętnie planuje swój cel. "Nie chcę, żeby komukolwiek stała się krzywda, w końcu to ma być tylko żart ", myśli i mocno się koncentruje. Jej wzrok skupia się na Ruth. "Bingo" myśli.
Wyciąga z rękawa swoją małą biała myszkę i puszcza ją w stronę dziewczyny.
Zwierzątko wie, co ma robić i zaczyna się wspinać po szacie Ślizgonki. Gdy Ruth zauważa stworzonko, reaguje piskiem i próbuje zrzucić je z siebie, wstaje gwałtownie z krzesła, które potrąca i spotyka się ze zdezorientowanymi spojrzeniami Ślizgonów.
— Mysz!— krzyczy i wskakuje na ławkę żeby się od niej oddalić. — Wlazła na mnie i nie chciała się odczepić!
Na te słowa Evan również wskakuje na ławkę, a przy kociołku Gryffindoru słychać głośny i szczery śmiech przyglądających się Gryfonów.
— Val, zadziwiasz mnie coraz bardziej. — mówi Diane — Czułam, że możesz mieć jakiegoś asa w rękawie, ale nie aż tak dosłownie! To było bardzo pomysłowe, ale też odważne, dobrze, że Slughorn nie zauważył, bo by już było po tobie!
Chwilę wcześniej profesor wyszedł, aby przynieść coś ze swojego gabinetu, ale właśnie powraca do sali. Dziwi się widząc dwoje uczniów na ławce i pyta o powód tego zachowania. Gdy dowiaduje się, że chodziło o małą mysz oznajmia, że szczury to powszechna rzecz w lochach i to jednego z nich musiała zauważyć Ruth. Nie uwierzył jej, gdy tłumaczyła, że mysz się na nią rzuciła i nakazał wrócić im do pracy nad eliksirem.
A tymczasem małe zwierzątko wraca już do swojej właścicielki i zostaje pochwalone przez uczniów Gryffindoru.
Upokorzony Evan oraz Ruth schodzą z ławek i praca nad ślizgońskim eliksirem rusza dalej. Gdy oni także dochodzą do punktu z wykorzystaniem niekontrolowanego śmiechu Rowland postanawia naprawić swój wizerunek wśród współtowarzyszy i za najlepszy do tego sposób uznaje podstawienie nogi Anthony’emu, który wracał z magazynku z ostatnią ingrediencją— sproszkowanym chrzanem. Evan i kilku Ślizgonów ryknęło śmiechem i akurat to starczyło, aby eliksir zmienił konsystencję.
Gryfoni tymczasem kończą swoją miksturę, która zostaje zatwierdzona przez Slughorna. Dwie minuty później uczniowie Slytherinu także wykonują ostatni ruch różdżką aby zakończyć miksturę.
— Przyznaję, że wykonaliście kawał dobrej roboty — stwierdza Slughorn. — Jednak odrobinę lepiej wygląda eliksir… Gryfonów. Dlatego przyznaję 15 punktów dla Gryffindoru. — Gryfoni wiwatują i Dee przybija piątkę Val. — To teraz tak jak obiecałem, nastąpi wypróbowanie eliksiru. Zacznijmy od Ślizgonów, niech każdy z was wybierze sobie fiolkę, a następnie osobę z przeciwnego domu, która ma spróbować eliksiru.
Dante nerwowo tupie nogą w posadzkę. Co z tego, że ich eliksir wyszedł dobry, skoro nie wyszedł najlepszy? On nie chce żadnej nagrody pocieszenia... nie, nie może dostać *tylko* nagrody pocieszenia. Zdaje sobie sprawę, że cała ta lekcja polegała na pracy zespołowej, że wynik tej konkurencji nie zależał tylko od niego, ale także od innych ślizgonów wraz z nim pracujących. Świadomość ta jednak nie powstrzymuje gorzkiego posmaku w ustach, nie hamuje natłoku myśli, który pojawia się w jego głowie. Myśli takich jak to, że gdyby tylko był kreatywniejszy i bardziej zdolny, mógłby zrobić tą miksturę szybciej *i* lepiej, że gdyby tylko bardziej się przyłożył, to jego dom teraz byłby zwycięski i otrzymałby punkty, a nie Gryffindor.
Czuje irytacje — irytacje na siebie, na swój brak umiejętności; irytacje na Ruth, która przez głupią mysz umożliwiła gryfonom skończenie eliksiru, irytacje na profesora prowadzącego lekcję, że akurat wtedy nie był on obecny i nie ukarał gryfonów za nasłanie na swojego przeciwnika małego zwierzęcia... Ale przede wszystkim jego irytacja skierowana jest na Valkirię, tą samą rudowłosą dziewczynę, która w sklepie ze zwierzętami sprawiła, że najadł się wstydu i kociej sierści. Tą samą, która teraz była głównym powodem zwycięstwa Gryffindoru i jego porażki. Kłamstwem byłoby jednak stwierdzenie, że nie jest pod wrażeniem jej umiejętności szybkiego i kreatywnego myślenia. Teraz jednak nie jest moment, w którym z chęcią by jej tego pogratulował.
To właśnie ta irytacja sprawia, że z trzymaną przez siebie fiolką kieruje się w stronę Valkiri. Gdy już jest blisko niej uśmiecha się w fałszywie przyjacielski sposób — na pierwszy rzut oka widać, że jest on chłodny i nie szczerzy. Wyciąga przed siebie trzymaną w ręku fiolkę, oferując ją rudej dziewczynie.
— Jak miło cię znowu widzieć. — mówi, gorycz przeszywa każde wypowiadane przez niego słowo — Czy nie mówiłem ci żebyś uważała Valkirio?
Uśmiech spełza z jego ust i z większym naciskiem wciska dziewczynie eliksir, chcąc już żeby go wreszcie wypiła. Chce już mieć to za sobą... i jak najszybciej znaleźć jakąś grubą książkę o eliksirach by choć trochę się w tej dziedzinie podszkolić.
Eliksir Ślizgonów, choć uznany przez Slughorna za odrobinę gorszy, wywiązuje się ze swojej funkcji znakomicie. Czy ktoś chce, czy nie chce, musi spożyć chociaż łyk mikstury, gdyż profesor eliksirów czuwa. Sala wkrótce wypełnia się śmiechem Gryfonów, lecz nie jest to chyba satysfakcjonujące dla Ślizgonów, czują, jakby uczniowie Domu Lwa wyśmiewali się z nich, co po części jest prawdą.
— Znakomicie! — odpowiada Slughorn. — Dziś będę hojny! 5 punktów dla Slytherinu. Co moi Ślizgoni, czemu macie takie nietęgie miny? Zaraz koledzy z Gryffindoru was rozweselą! Takie same zasady, jedna osoba daje eliksir jednej osobie.
Valkirii nie umyka wrogość jaka się kryje w geście Dantego. „Co on do mnie ma?! Wyżywa się na mnie, jakbym co najmniej przejechała mu kiedyś kota na rowerze…”, myśli. „W sumie nie głupi pomysł, zapisze sobie na później, jeśli przekroczy granicę.” Jednak powoli złość z niej schodzi.
„O czym ja myślę??? Biedny kot nie jest niczemu winny, że ma takiego właściciela”, wzdycha.
Mimo to postanawia oszczędzić chłopaka, chce zakopać topór wojenny i jako pierwsza wystawić do niego dłoń. Ruth także już ucierpiała przez jej intrygę, dlatego wybór pada na Anthony’ego. Podchodzi do niego wolnym krokiem i wręcza fiolkę:
— Proszę — zdobywa się na lekki uśmiech, którym chce pokazać chłopakowi, że była przed chwilą w podobnej sytuacji — i z góry przepraszam, jeśli przypadkiem coś skiepściliśmy.
— Jesteś zdecydowanie zbyt miła. — chłopak patrzy na Val podejrzliwym wzrokiem. — Czy to eliksir tak działa? Wiem, komu by się to przydało — zerka w stronę Evana, któremu Diane na siłę wpycha fiolkę z eliksirem. Anthony przybliża się do Valkirii i mówi szeptem: — widziałem białą mysz wracającą do ciebie po tamtym małym incydencie. Pewnie powinienem być wkurzony, że przegraliśmy, ale jakoś widok panikującego Rowlanda sprawił mi ogromną radochę — odsuwa się i podnosi fiolkę — Zdrówko! — i bierze łyk.
Również eliksir Gryfonów zadziałał jak trzeba, mimo wątpliwości Valkirii. Widok zwijających się ze śmiechu Ślizgonów to widok szczególny, bo choć śmieją się, ich oczy wyrażają żądze mordu. Olivia i Rebecca łapią się za brzuch, który boli je od rechotu, gdy widzą Dante, któremu ta pierwsza podała eliksir.
W końcu działanie eliksiru dobiega końca, tak jak dwie godziny lekcji.
Uczniowie obydwu domów rozdzielają się, aby pójść na kolejne zajęcia już osobno. Dalsza część dnia jest również ekscytująca i większość uczniów kończy go z uśmiechem na twarzy.
Komentarze
Prześlij komentarz