ROZDZIAŁ 1

1 września 1975 roku. Peron 9 i ¾ wypełnia się rodzinami młodych czarodziei, które przybyły odprowadzić swoje pociechy do pociągu zabierającego je do Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Pożegnania bywają trudne, a te stały się jeszcze cięższe od rozpoczęcia się Pierwszej Wojny Czarodziei — która w ostatnich miesiącach trochę przycichła, na tyle, że większość rodzin mugolskich nie bała się posłać dzieci do Hogwartu, jak bywało w latach wcześniejszych. Poza tym uważano, że mimo wszystko Szkoła Magii i Czarodziejstwa jest jednym z najbezpieczniejszych miejsc w Wielkiej Brytanii.
Pożegnanie Allison Graham z rodzicami nie trwa długo. Mama z trudem wypuszcza ją z objęć.
 — Przecież zobaczymy się na święta, mamo. — Przewróciła oczami. — Mówiłaś zresztą, że w końcu będziesz mieć spokój. Zresztą będę mieć w Hogwarcie Harriett i bliźniaków, z którymś pewnie wyląduję w domu.
 — O ile nie trafisz do Slytherinu, skrzacie. — Odzywa się Harriett, siedemnastoletnia siostra Allie i lekko pociąga ją za kucyki — Taki cwaniak jak ty aż sam się prosi by zostać Ślizgonem.
 — Taa, na pewno. Nie ma mowy. — Mówi najmłodsza Graham, lecz z nutką niepewności w głosie. — Jak mogłabym się z tobą widywać? W końcu ty jesteś Gryfonką. Gryffindor i Slytherin się nienawidzą.
 — Phi, że niby miałybyśmy spędzać razem czas? Znajdź sobie przyjaciół w swoim wieku.
 — A właśnie, że znalazłam! Ostatnio na Pokątnej! I zamierzam zaraz ich znaleźć i spędzić z nimi podróż razem w przedziale. — Uśmiech gości na twarzy dziewczynki. 
 — Jesteś pewna, że ich sobie nie wymyśliłaś? Ktokolwiek niespokrewniony z nami wytrzymuje tę twoją paplaninę? — Do rozmowy włącza się milczący dotąd Peter, blondyn z kwadratowymi okularami. Zauważa jednak, że przesadził z żartem widząc szklące się szaroniebieskie oczy siostry. — Hej, hej, hej, żartowałem! Zdecydowanie nadrabiasz swoim urokiem osobistym. No kto oprze się temu twojemu szczerbatemu uśmiechowi? — Jak na zawołanie Allie pokazuje swoje uzębienie.
Państwo Graham widząc, że sytuacja opanowana zostawiają swoje pociechy i udają się w drogę powrotną.
 — Nie mogę uwierzyć, że taki mądry Krukon jak ty, Pete wciąż nabiera się na te jej sztuczki. — Ostatni z rodzeństwa, Liam kręci z niedowierzaniem głową. — Popatrz to na nią, nie przejęła się ani trochę. — Faktycznie, dziewczynka wesoło krąży wokół, z uśmiechem satysfakcji na twarzy, wypatrując kogoś w tłumie.
 — No tak, jaki ze mnie głupiec. — Peter ani trochę nie wygląda, jakby się tym przejął. Wręcz przeciwnie, jest dość zadowolony z siebie. — Allie, jakby co to możesz znaleźć nas w pociągu, będziemy grać w gargulki, chętnie się zrewanżuję za ostatnio.
 — Tak, tak. — Dziewczynki nie interesuje już rozmowa, bo wypatrzyła kogoś w tłumie.
Jin-sun przybywa na peron ze swoim ojcem. Niesie ze sobą kufer i klatkę z sową, ale co dziwi Allie, ojciec chłopaka także ma ze sobą walizkę. Żegna się z synem krótko, klepie go po głowie i odchodzi. Dziewczynka podbiega do Jina i pyta o bagaż jego ojca. Lee mamrocze coś w stylu „kolejna podróż, nic specjalnego” Postanawia nie drążyć tematu i udać się bliżej pociągu. Spośród ludzi kłębiących się na peronie wyławia rudowłosą czuprynę, która okazuje się być znajomą.
Valkiria stoi z lekko opuszczoną głową, gdy mężczyzna, który z nią przyszedł mówi pokrzepiającym głosem:
 — Valuś, wiem, że sobie świetnie poradzisz. Jesteś bardzo dzielną, pracowitą, wesołą dziewczynką i masz to wszystkim pokazać, jasne? Głowa do góry! W razie czego zawsze możesz do mnie pisać. A teraz leć, chyba ktoś na ciebie czeka.
Trochę pewniejszym krokiem Val zmierza do dwójki znajomych. Do odjazdu pociągu pozostaje dziesięć minut, część osób już zajmuje przedziały, ale Allie stanowczo oznajmia, że czekają na zewnątrz na Dante.
Chłopiec przybywa na peron z ojcem, a także kobietą która musiała być jego matką. 
 — Jesteś pewny, że masz wszystko? — Pyta ojciec.
 — Tak — Odpowiada chłopiec. — Mogę już iść? Zaraz wyjeżdżamy. — Dante wygląda na zniecierpliwionego.
 — Jasne. Chodź tutaj. — Pan Medeley niezgrabnie tuli chłopca. — Ucałuj mamę na pożegnanie.
Dante usłużnie robi, to co nakazuje ojciec i szybkim krokiem zmierza w stronę pociągu.
 — Dante. — Matka chłopca odzywa się cichym, lecz stanowczym głosem. — Nie zapomniałeś o czymś?
 — O czym, mamo? — Upewnił się, czy dalej trzyma swoją klatkę z kotem i kufer, ale wszystko się zgadzało.
 — Nie pożegnałeś się z Virgilem. To bardzo nieuprzejme z twojej strony.
 — Mamo… 
 — Dante! Powiedziałam coś! Pożegnaj się z bratem.
Dante zamiera w miejscu. Powstrzymuje się od cofnięcia się do tyłu, wie że to tylko pogorszy sytuację. Nie, nie, nie... Bierze głęboki oddech i prostuje się, dotrzymując wszelkich starań by jego ekspresja była jak najbardziej neutralna.
Podchodzi krok do przodu i wbijając wzrok w ziemię mówi cicho, starając się uspokoić swój głos:
 — Do zobaczenia...
Nie udaje mu się powstrzymać spojrzenia pełnego wyrzutu rzuconego ojcu. Czemu ona musiała tu być? Czemu wszystko musiało się kręcić wokół... niego.
Odwraca się na pięcie, niezgrabnie poprawiając torbę przerzuconą przez ramię. Kurczowo trzyma klatkę ze swoim kotem, panną Kociłapką, starając się opanować drżenie swoich dłoni.
— Dante! Tutaj! — Allie macha chłopakowi. Podchodzi i łapie go za ramię i ciągnie w stronę pociągu. — Wiem, to wszystko musi być dla ciebie oszałamiające i w ogóle, ale musimy się pospieszyć, żeby zająć przedział dla siebie. Jin i Valkiria już czekają.
Dziewczynka uznaje, że dziwny wyraz twarzy Dantego i drżenie jego rąk spowodowane musi być pierwszą podróżą do Hogwartu. Nie słyszała jego rozmowy z rodzicami.
 Dante, Allie, Jin-sun i Valkiria wchodzą w końcu do pociągu. Zaczynają zaglądać do przedziałów. Pierwszy z nich okazuje się całkowicie zapełniony, w drugim co prawda znajdowało się parę miejsc, lecz wydobywający się z niego dziwny zapach zdecydowanie zniechęca młodych czarodziei.
W końcu trzeci okazuje się pusty. A w zasadzie prawie pusty, gdyż ktoś zostawił tam już swoje kufry. Jednak nadal jest tam na tyle miejsca, że cztery osoby spokojnie się tam zmieszczą. 
 — Nie wiem, czy uda już nam się znaleźć coś lepszego… — Stwierdza Allie. — Po ilości bagaży będą tu z nami jeszcze z dwie osoby. Jeśli będziemy mieć szczęście może nawet się nie pojawią tak szybko. Ustawmy nasze bagaże na półkach. I od razu mówię, zaklepuję miejsce przy oknie!
Czarodzieje muszą się odrobinę nagimnastykować, gdyż bagaże są ciężkie, ale jakoś w końcu udaje im się je ułożyć. Pociąg w międzyczasie startuje, wszyscy zajmują miejsca. Przez pierwszą minutę nikt się nie odzywa, chłonąc tę niezwykłą chwilę. W końcu Allie nie wytrzymuje.
 — Jedziemy do Hogwartu! Czy tylko ja jestem tak podekscytowana? Nie wiem jak ja wytrzymam tę podróż, chyba nie usiedzę. Dojedziemy dopiero wieczorem. Ale wiecie co to oznacza? Możemy —
Dziewczynka przerywa, gdyż drzwi przedziału otwierają się zamaszyście.
W przejściu stoi na oko jedenastoletni chłopak. Stara się przyjąć zawadiacką pozę, co wygląda odrobinę komicznie. Jedną ręką przeczesuje swoje gęste złociste falowane włosy, drugą natomiast opiera się o ścianę przedziału. Scena ta trwa odrobinę za długo, i w końcu chłopak stwierdza, że czas by się odezwać. Nakłada na twarz firmowy uśmiech i mówi:
 — Cześć wszystkim. Nazywam się G- W tej chwili na korytarzu grupka czarodziei wybucha gromkim śmiechem, co zagłusza w pewnej chwili odpowiedź chłopaka. On jakby to ignoruje i mówi dalej. — Ale myślę, że za kilkanaście, a jak dobrze pójdzie to kilka lat nie będę musiał się przedstawiać. Aspiruję do tego, by być najmłodszym Ministrem Magii w historii. Oczywiście w międzyczasie stanowisko Prefekta Naczelnego, a kto wie czy i angielska drużyna Quidditcha nie będzie potrzebować mojej pomocy by wygrać mistrzostwa. Życie kogoś takiego jak ja nie jest łatwe, ale cóż powiedzieć? Staram się jak mogę. Jestem tak zabiegany, że ledwo zdążyłem na pociąg. Mało gdzie zostało miejsce. Myślę, że nie będziecie mieć nic przeciwko jak zajmę tutaj miejsce. — To nawet nie było pytanie, lecz ekscentryczny chłopak patrzy swoimi błękitnymi oczami na Jin-suna, obok którego jest najwięcej wolnego miejsca.
 —Obojętne, rób co chcesz — rzuca Jin-sun. Chłopak jest zbyt zajęty tym, co znajduje się za oknem, że nawet nie spogląga na niego.
Blondyn jest jakby zdziwiony brakiem zainteresowania od strony okularnika, lecz stara się tego nie okazać i uśmiecha się szerzej. Odwraca się po bagaż a jego uśmiech natychmiast znika.
 — Ohoho, pan minister! Witamy ponownie. 
Dwóch rosłych chłopaków wyłania się z korytarza. Ten, z którego ust padło “przywitanie” uśmiecha się ironicznie i podchodzi bliżej chłopca wyciągając powoli różdżkę.
 — Stoisz na drodze do naszego przedziału, pozwól że pomogę ci się przesunąć. Depulso!
Zaklęcie odpycha chłopca i powoduje, że ten ląduje na przeciwległej ścianie, a konkretnie uderza w okno, po czym osuwa się na podłogę. Wtedy prześladowca zauważa, że przedział nie jest pusty.
 — Chodź no tu, Avery i popatrz. Jakieś smarki zajęły nam przedział! 
 — Serio? A to niespodzianka. — wspomniany Avery wchodzi do środka i zaczyna krążyć po przedziale przyglądając się po kolei Jin-sunowi, Allie, Val i Dantemu aż w końcu przystaje przy stojących od początku podróży w przedziale bagażach. Przyglądając się im bliżej można zauważyć, że są one podpisane z nazwiska. Pierwsze to właśnie „Avery” a drugie „Mulciber”. Oba są bardzo ozdobne, lecz też bardzo wysłużone, możliwe, że były przekazywane z pokolenia na pokolenie. — Te dwa wielkie grawerowane kufry znaczą:” przedział zajęty”, także ktoś tutaj albo jest baardzo niedomyślny, albo baardzo chce się z nami zaprzyjaźnić. — Mówi bardzo powoli i przeciąga niektóre wyrazy jakby zwracał się do pięciolatków. Jednocześnie nie ma w nich ani trochę wesołości.
 — A mój kolega Mulciber i ja umiemy się świetnie bawić. Na przykład chętnie pokażemy wam pewną sztuczkę. Ten oto tu leżący blondasek bardzo dużo mówi. Ale żeby chociaż mówił z sensem! Tacy są naprawdę irytujący, nieprawdaż? Otóż wystarczy jedno machnięcie różdżką, aby zamknąć mu tą jego wielką buźkę. Mulciber, czyń honory.
 — Myślałem, że już nigdy nie poprosisz. — Mulciber wyciąga różdżkę, przez chwilę jej się przygląda i wypróbowuje parę ruchów nią, jakby do końca nie był pewny jak nią właściwie machnąć. Mruczy pod nosem coś w stylu:” To chyba szło jakoś tak?” I w końcu celuje w leżącego chłopaka. — Jęzlep!
Blondyn łapie się za gardło i jednocześnie zaczyna wydawać dziwne odgłosy, tak jakby chciał odkaszlnąć, ale nie mógł. Nie jest w stanie otworzyć ust, próbuje się lekko podnieść, ale gdy tylko próbuje to robić, Avery nogą spycha go do parteru. Chwilę później robi się czerwony i nie wygląda to najlepiej.
 — On się dusi! — Piszczy Allison. — Przestańcie! — Jej głos niknie pośród śmiechu dwóch prześladowców. — Ludzie, musimy coś zrobić, bo zaraz stanie się coś bardzo złego! Jin, leć po pomoc, my spróbujemy ich jakoś zdekoncentrować żebyśmy mogli mu pomóc.
Jin wychodzi z przedziału i rozgląda się po korytarzu, który jest kompletnie pusty. Czy w tym pociągu są w ogóle jacyś dorośli? W końcu chłopiec decyduje się zajrzeć do sąsiedniego przedziału w nadziei że będzie tam jakiś starszy uczeń, który będzie umiał przerwać zaklęcie i przegonić tych bezmyślnych chłopaków.
W przedziale znajduje się grupka osób, lecz większość wygląda na pierwszo — lub drugorocznych a pośród nich znajduje się znajoma twarz. To dziewczynka, którą spotkał wraz z Allie i Dantem na Pokątnej. Trochę wyprowadza go to z równowagi, ale w końcu przełamuje się i pyta:
 — Czy ktoś z was mógłby pomóc? Na jednego chłopaka rzucono zaklęcie i nie wygląda to dobrze, chyba się dusi. 
 — Wybacz, ale „Musisz poprosić kogoś innego o pomoc, a najlepiej jakichś dorosłych” — Przedrzeźnia Jin-suna czarnowłosa dziewczynka. Widać, że nie zapomniała tego, jak chłopak odmówił jej pomocy w szukaniu brata.
 — Brzmi jak coś, co zrobił Ślizgon. Oczywiście z tych gorszych Ślizgonów zafiksowanych na punkcie Sam-Wiesz-Kogo. — Odzywa się cicho brązowowłosy chłopiec siedzący obok dziewczynki. Nie przestaje przy tym czegoś notować w zeszycie. A może pamiętniku? — Diane ma rację, nic nie da się z tym zrobić, kogoś takiego przywrócić do porządku może tylko inny ślizgon lub jakiś prefekt. Tych ostatnich znajdziesz gdzieś z przodu pociągu.
Jin-sun stwierdza że nie ma sensu dłużej sterczeć i kiwa głową chłopakowi (Andrew?) i idzie zerknąć, czy sytuacja jest opanowana zanim uda się po prefekta.
Dante Medeley nie wie co się dzieje wokół. Jedyne czego jest świadom to to, że nie może ignorować stanu chłopaka leżącego na ziemi. Wie, że ten Mulciber użył różdżki i on także tylko w ten sposób może go pokonać. Wyciąga ją szybko z torby, lecz do głowy przychodzi mu pytanie: „Jak właściwie się tego używa? Tamten chłopak jakąś się nią zamachnął, o ta-”
Dante chyba za bardzo angażuje się w wymachiwanie nią, różdżka wypada mu z ręki i trafiła prosto w czoło Mulcibera.
 — Sam się rozbroiłeś, karzełku? Jak miło z twojej strony. — Kpi sobie z niego Mulciber. — Pokażę ci jak się tego używa. ‚Dretwota!’ 
Różdżka jakby wyczuwa, że jest używana nie przez swojego właściciela. Czar zamiast skierować się w stronę Dantego odbija się i trafia w rzucającego zaklęcie, a ten pada z nóg.
W tym czasie Val usilnie próbuje wpaść na pomysł jak odciągnąć Averego od blondyna, aby Allie go mogła podnieść i spróbować uspokoić. Gdyby miała tylko coś, co by go mogło choć na chwilę zdezorientować... I wtedy przypomina sobie o swojej małej, białej przyjaciółce i jak sprzedawczyni powiedziała, że nie jest ona taka jak normalne, niemagiczne myszy. Valkiria wypuszcza ją i mówi: „Bierz go, myszko” wskazując na Averego. O dziwo ta ją słucha i zaczyna wspinać się po nodze chłopaka, wchodzi mu do nogawki. Ten zaczyna wrzeszczeć i próbuje zrzucić z siebie zwierze, ale to się nie poddaje i wciąż brnie do góry.
 — Odwołaj zaklęcie w tej chwili, albo każę jej iść wyżej! — Cieniutkim głosem mówi Valkiria, jednocześnie kuli się bojąc się, że i jej może się dostać.
 — ‚Finito!’ — Avery rzuca zaklęcie, a chłopak jakby nagle bierze głęboki oddech, zaczyna kasłać, a Allie delikatnie klepie go po plecach. — Każ już jej przestać, na Merlina!!!
Valkiria odwołuje myszkę, która posłusznie wraca do swojej klatki.
Avery dopiero teraz uświadamia sobie, że jego przyjaciel leży nieruchomo. Wzbudza to w nim spory gniew.
 — Myślicie że ujdzie wam to na sucho, gnoje? Już. Jesteście. Martwi!
 — Nie sądzę. — Allison wstaje i patrzy na niego otwarcie. — O ile nie chcesz, żeby cały Hogwart się dowiedział, że boisz się małej myszki. Albo że twój kumpel sam sobie nabił guza? Nie mówiąc o tym, oczywiście, co zrobiłeś z tym chłopcem. 
Avery wygląda jakby coś chciał powiedzieć, ale się powstrzymuje. Zdejmuje zaklęcie z Mulcibera z chwilą gdy do przedziału wchodzi uśmiechnięta pani sprzedająca słodycze.
 — Coś z wózka, kochaneczki?
Zapada niezręczna cisza. Mulciber i Avery biorą swoje kufry i rzucają:”Jeszcze się policzymy” 
 — A więc? — Ponawia swoje pytanie kobieta?
 — Myślę, że chętnie każde z nas coś przekąsi. — Śmieje się nerwowo Allie. 
Dzieci kupują przekąski, a kiedy kobieta wychodzi, ci opadają na swoje miejsca.
 — Nawet nie dojechaliśmy do Hogwartu, a już nas dopadają kłopoty. Nie ma to jak nowi wrogowie na rozpoczęcie magicznej edukacji! Mówiłam, że nie usiedzę do końca podróży? Teraz chcę tylko siedzieć. Na Merlina! To było przerażające. A właśnie… — Allie przerywa swoją przemowę, by popatrzeć się na zaatakowanego chłopaka i próbuje sobie przypomnieć jego imię, wiedziała, że zaczynało się na G… — Gilbert?? Wszystko w porządku?
 — Gilderoy. — Chłopak patrzy na nią pustym wzrokiem. — Gilderoy Lockhart. I ze mną jest całkowicie w porządku. Szczerze to nawet nie musieliście mi pomagać, dałbym sobie radę sam!
 — Żartujesz? Przeciwko NIM?? Słyszałam o tych dwóch dużo od mojego rodzeństwa, uwierz mi, nie dałbyś. Bawią się czarną magią i jak tylko ukończą szkołę pobiegną by służyć Sam-Wiesz-Komu!
 Gilderoy nie odzywa się już ani słowem. Rzuca jednak w stronę wszystkich mordercze spojrzenia, jakby to oni go zaatakowali, a nie uratowali od uduszenia.
 — Myślę, że powinniśmy już przestać to roztrząsać. — rzuca Allie.
Wszyscy się zgadzają, a reszta podróży przebiega bez komplikacji.
Gdy pociąg zbliża się do Hogwartu młodzi czarodzieje przebierają się w szkolne szaty i z niecierpliwością czekają aż dojadą na miejsce. W końcu zatrzymują się i wychodzą, na dworze jest już ciemno i dość chłodno. Rozlega się donośny męski głos:
 —Pirszoroczni! Pirszoroczni tutaj!
Allie i spółka idą w stronę głosu i dość łatwo znajdują osobę do której należał, bowiem mężczyzna był widoczny z daleka dzięki lampie trzymanej w ręce oraz przede wszystkim olbrzymiemu wzrostowi. Dosłownie. Był wysokości ok. dwóch Jin-sunów, a Dante na jego widok przyjmuje taką minę, jakby chciał wskoczyć pod pociąg.
 —No, wszyscy Pirszoroczni są? Jestem Hagrid i mam was zabrać was do Hogwartu. Patrzyć pod nogi i za mną!
Wszyscy podążają za Hagridem. Mimo lampy widoczność jest znikoma, więc wszyscy idą ostrożnie. Mijają zakręt i docierają do wielkiego jeziora za którym na wysokiej górze osadzony jest zamek. Widok robi wrażenie i niejedna osoba wydaje okrzyk zachwytu. Przy brzegu jeziora znajdują się łódki i Hagrid informuje, że to właśnie za ich pomocą dostaną się do Hogwartu.
 — Po cztery osoby do łodzi, ni więcej! — oznajmia Hagrid.
Allie, Val, Jin i Dante siadają do jednej z nich. Startują, wszyscy milkną i podziwiają zbliżający się coraz bliżej zamek. Chwilę później wpływają do tunelu w skale, aż docierają do podziemnej przystani i wysiadają na skaliste nabrzeże. Idą kawałek korytarzem, wychodzą na powierzchnię i kierują się prosto do bramy Hogwartu. U progu wita ich wysoka czarnowłosa czarownica, która przedstawia się jako Minerwa McGonagall. Prowadzi ich do niewielkiej sali i informuje o konieczności przydzielenia wszystkich do domów. Pokrótce opowiada o każdym z nich, a później wychodzi na chwilę, aby dać czas na przygotowanie się do ceremonii, która ma się odbyć w obecności wszystkich uczniów.
Dante jest oszołomiony. Nikt nie mówił mu o żadnej ceremonii. Czy będzie musiał coś powiedzieć? Albo rzucić jakieś zaklęcie? Nie podobało mu się to kompletnie, że nic nie wie. Większość pozostałych uczniów także stoi sparaliżowana. Nawet Allie nie zachowuje się jak zwykle, a na jej twarzy maluje się wiele emocji. Tylko jedna osoba wygląda jakby była wręcz znudzona tą sytuacją i jest to Lee Jin-sun. Dante wydaje się to dziwne i nasuwa mu się wiele pytań. Czyżby wiedział co ich czeka i jest na to przygotowany?
Chłopak przysuwa się bliżej wysokiego Azjaty. 
 — Ty. — mówi, starając się by jego głos brzmiał całkiem neutralnie i nie zdradzał nawet odrobiny oszołomienia które naprawdę czuje. Jest szczerze zadowolony z efektu, jaki uzyskuje. — Czemu jesteś taki spokojny, hmmm?
Nie jest to pytanie, a raczej oskarżenie.
Myśli że jest taki mądry, taki lepszy od nas... — myśli brunet z goryczą — Ciekawe czy to jego zachowanie to nie oby tylko poza... — kontynuował rozmyślania Dante patrząc się na Jin-suna jadowitym spojrzeniem.
Chłopak nie chce dać po sobie poznać, że tak jak i inni, on również jest zdezorientowany i się boi. Jednak po chwili postanawia, że powie prawdę Dantemu. Tłumienie emocji nic mu nie da — myśli.
 — Yyy… Może wyglądam na spokojnego, ale uwierz, wcale tak nie jest — szepcze do Dantego.
 Dante jest zdziwiony odpowiedzią Jina i trochę żałuje, że na niego naskoczył. Czuje, że zaczyna go trochę lepiej rozumieć i odrobinę się do niego przekonuje.
W końcu McGonagall wraca i każe ustawić się w szeregu. Pierwszoroczni wchodzą do olbrzymiej sali, w której zamiast sufitu rozpościera się gwieździste niebo. Musi to być czar, gdyż zamek ma wiele pięter a sala jest na parterze. Starsi uczniowie siedzą już przy czterech długich stołach a odróżnia ich to, że mają różnokolorowe krawaty symbolizujące przynależność do danego domu. Na poprzek nich i naprzeciw wejścia mieści się stół przy którym siedzą nauczyciele. Pierwszoroczni ustawiają się w rzędzie wzdłuż niego, twarzą do innych uczniów. Profesor McGonagall stawia przed nimi stołek, na którym kładzie zniszczoną tiarę, czarodziejskie nakrycie głowy. Ku zaskoczeniu większości pierwszorocznych, zaczyna ona śpiewać:


‚Na uczniów łepetynach 
Powinność czynię starą, 
Ich myśli porządkuję, 
Przydziału jestem Tiarą.

Dzielenie, rozsyłanie 
To moje specjalności, 
Więc przywdziej mnie, a dowiesz się, 
Czyj dom ci wybrał los dziś…

Slytherin przyjmuje takich,
Co mają czystą krew,
Co mają więcej sprytu
Od uczniów domów trzech,
Ravenclaw bystrych ceni,
Gryffindor dzielnych chce,
A Hufflepuff resztę uczy
Wszystkiego co sama wie.

Czy prawda cię zatrwoży? 
Me słowo krew ci zmrozi? 
Czy Slytherin? Czy Gryffindor? 
Czy Hufflepuff? Czy Ravenclaw? 
Ciesz się, dziecino, fach swój znam. 
Nawet gdy smutek najpierw dam.

Choć nie wiem, czy mój wybór
Do zguby wiedzie wprost.
Muszę wyboru dokonać,
Bo taki już mój los.
Czytajcie znaki czasu,
Poczujcie grozy tchnienie,
Bo dzisiaj Hogwart cały
Osnuły złowróżbne cienie.
Wróg z zewnątrz na nas czyha,
Śmiertelny gotując nam cios, .
Musimy się zjednoczyć
By złowrogi odwrócić los.
Wyznałam wam całą prawdę,
Niczego nie ukryłam
I Ceremonię Przydziału
Za chwilę rozpoczynam.’

 — Trochę to… depresyjne. — komentuje blady chłopak o przeszywającym spojrzeniu.
W końcu tiara cichnie, przy stołach uczniowskich słychać szmery, lecz szybko milkną, gdy McGonagall zabiera głos 
 —Kiedy wyczytam nazwisko i imię, dana osoba nakłada tiarę i siada na stołku. Adams, Victoria!
Ładna brązowowłosa dziewczynka o ciemnej karnacji niepewnym krokiem wędruje do stolika, zakłada tiarę, która po chwili wykrzykuje:”RAVENCLAW!”. W akompaniamencie wiwatów i braw siada przy drugim stole od lewej.
Trzy kolejne osoby trafiają do Hufflepuffu, aż w końcu McGonagall czyta:
 —Bright, Valkiria!
Val podchodzi do stolika i nakłada Tiarę Przydziału. Odrobinę podskakuje gdy słyszy jej cichy szept:
— Ciekawy przypadek… Duży potencjał, możesz osiągnąć naprawdę wiele ze swoim zaangażowaniem i ambicją. W Slytherinie cenią sobie takie osoby, a uczniowie tego domu tworzą silną wspólnotę… Z drugiej strony widzę dużą determinację oraz skłonność do nieroztropnych, lecz odważnych czynów jeśli chodzi o bliskie osoby… Tak, z tak silną potrzebą lojalności najlepiej będziesz zrozumiana w domu Godryka. GRYFFINDOR! 
— Callister, Diane! — McGonagall wyczytuje kolejną osobę.
Dobrze już znana Allie, Dantemu i Jin-sunowi czarnowłosa dziewczynka także zostaje przydzielona do Gryffindoru. Siada koło Valkirii i uśmiecha się do niej. 
Po niej żywiołowa Glenda Chittock trafia do Hufflepuffu, Lorcan Eath, „blady chłopak o przeszywającym spojrzeniu” trafia do Ravenclawu a Eustace Fawley zostaje Puchonem. Następną osobą jest Anthony Flint, który z pewnością siebie podchodzi do stolika i natychmiast zostaje przydzielony do Slytherinu. Udaje zaskoczenie i siada koło bardzo podobnej do niego dziewczynki, która musi być jego siostrą. 
W końcu nadchodzi czas na Allison Graham, a przy stole nauczycielskim starszy, wąsaty nauczyciel zaciska mocno kciuki i patrzy z nadzieją na dziewczynkę.
— Musi być Slytherin, proszę! — słychać jego cichy głos.
Dziewczynka zakłada tiarę i mija kilkanaście sekund aż ta wykrzykuje: HUFFLEPUFF!
Allie jakby kamień spadł z serca, i z olbrzymim uśmiechem biegnie do puchońskiego stołu i siada koło swojego brata, Liama, który klepie ją po plecach.
— Doprowadziłaś biednego profesora Slughorna do płaczu, siostrzyczko. Tak bardzo pragnął mieć dziecko TEGO Richarda Grahama w swoim domu.
Faktycznie, wspomniany mężczyzna odrobinę przygasł i ukradkiem chowa chusteczkę do kieszeni. Poprawia mu się humor gdy parę kolejnych osób trafia do Slytherinu, przeplatane to jest paroma Gryfonami i jednym Krukonem.
— Lee, Jin-sun!
Tak jak wcześniej, chłopak na zewnątrz nie ukazuje zdenerwowania.
— Pracowity, dokładny, spokojny niczym Puchon, z drugiej strony nie można nie zauważyć wrodzonej predyspozycji do nauki oraz bystrości jaką wyróżniają się Krukoni….Niewątpliwie sprytny i ambitny, jednak czy na tyle by zostać Ślizgonem? 
Tiara potrzebuje trochę więcej niż w przypadku innych, aby podjąć decyzję.
— RAVENCLAW! — wykrzykuje w końcu, a przy stole Krukonów słychać gromkie brawa. Kilka chichoczących dziewczyn zaprasza Jin —suna, aby usiadł z nimi.
— Lockhart, Gilderoy!
Blondyn poznany w pociągu do Hogwartu idzie do stolika z wysoko podniesioną głową. Nakłada tiarę, a ta nie odpowiada natychmiastowo. Gdy w końcu wykrzykuje RAVENCLAW i spod tiary wyłania się twarz Gilderoya, jest ona blada, lecz szybko pojawia się na niej zadowolenie. Przy stole siada koło Jina i zabiera mu odrobinę uwagi dziewczyn.
W tym czasie do Tiary zostaje wywołany Dante Medeley.
 — Mamy tu przykład podręcznikowego Ślizgona — zaczyna Tiara — W Slytherinie możesz wznieść się na sam szczyt… Ale może z tym pochodzeniem bezpieczniej by było w Ravenclawie, bystrości ci nie brakuje... Jednak to pragnienie wielkości… Nie może być inaczej — SLYTHERIN!
Przy Ślizgońskim stole oklaski były bardzo skąpe, większość zaczęła szeptać między sobą. Zaczęto podejrzliwie na niego patrzeć.
 —Medeley? Pierwsze słyszę. A rody czystej krwi znam na pamięć. — odzywa się jakiś starszy Ślizgon.
 — Może przyjechał z zagranicy… — dodała niepewnie chuda dziewczyna siedząca obok niego.
Dante nie za bardzo wie, jak odnieść się do tych wypowiedzi, a także nie ma zamiaru tego robić i siada na skraju ławki.
Przy stole Puchonów Allie burzliwie dyskutuje ze swoim bratem. Wygląda na przerażoną czymś co powiedział jej Liam i zerka co chwilę w stronę Dantego, jakby był on już jedną nogą w grobie.
Dalsza część ceremonii przebiega bez większych zaskoczeń. Przy nazwisku Andrew White kilkoro członków grona nauczycielskiego wytężyło uwagę, a gdy zostaje przydzielony do Gryffindoru, Minerwa McGonagall ściska jego ramię w pokrzepiającym geście. 
W końcu gdy Dennis Yen trafia do Gryffindoru, McGonagall zwija pergamin i zabiera tiarę.
Powstaje wysoki czarodziej z długą siwą brodą i rozpromienioną twarzą, Albus Dumbledore.
 — Witajcie! — mówi — Jako dyrektor chciałbym powitać wszystkich uczniów w nowym roku szkolnym w Hogwarcie. A teraz bez zbędnego przedłużania, zapraszam na ucztę!
Na stołach znalazły się przeróżne potrawy, a uczniowie rzucili się na jedzenie. Dopiero teraz każdy uświadamia sobie, jaki jest głodny. Wszyscy są podekscytowani, słychać głośne rozmowy i śmiechy. Dante już ma zamiar sięgnąć po pieczeń, gdy podchodzi do niego Allie z poważnym wyrazem twarzy.
Musimy porozmawiać. Teraz. — Odciąga go odrobinę dalej, tak, by nikt nie mógł ich podsłuchać, choć byłoby to i tak bardzo trudne w całym tym zgiełku.
 — Słuchaj, rozmawiałam z moim bratem, Liamem i muszę cię ostrzec. Bardzo się zdziwił, że trafiłeś do Slytherinu, gdy powiedziałam mu, że jesteś Mugolakiem. Sama Tiara przyznaje, że przyjmują tam tylko czystej krwi. Dużo osób ma hopla na tym punkcie i są to ludzie pokroju Averego czy Mulcibera. Na twoim miejscu nie obnosiłabym się ze swoim statusem krwi, bo możesz mieć przechlapane. Wymyśl sobie jakąś wiarygodną historyjkę o adopcji, albo postaraj się wyglądać jakbyś znał świat magii od dziecka. Obiecasz,że będziesz na siebie uważać?
Dante stara się zachować pokerową twarz. Nie chce okazać swojego zmieszania faktem, iż został przydzielony do innego domu niż wszyscy jego znajomi. Szepty na jego temat też nie brzmiały zbyt zachęcająco. Allie ze swoją ostrzegawczą przemową zdecydowanie go nie uspokoiła. Ba, jej mały monolog tylko potwierdził jego najgorsze koszmary - znowu jest *tym* dzieckiem z *taką* rodziną.
W jego głowie jak gong rozbrzmiewa złośliwa uwaga Eddiego Buckley'a "Fuj, to dziedziczne! W przyszłości będziesz taki jak twoja mama!".
Upuszcza widelec z brzękiem na talerz.
 — Bardzo mi miło że tak się o mnie martwisz, Graham. — cedzi jadowicie. Być może niepotrzebnie kieruje swoją złość w stronę blondwłosej znajomej, ale nie podoba się mu jej współczucie. Jest przyzwyczajony samotnie zwalczać swoje problemy. — Ale nie jestem zagubionym szczeniaczkiem. Dam sobie radę.
Marszczy brwi i przygryza dolną wargę odwracając wzrok. 
 — Jeśli jednak tego tak bardzo potrzebujesz, to proszę, przysięgam ci że będę ostrożny.
Wraca niechętnie do swojego miejsca przy stole. Przez wspomnienie swojej rodziny traci cały apetyt.
—Dobrze — dziewczynka uspokoiła się trochę twierdzącą odpowiedzią Dante. — A jeśli myślisz, że teraz jak jesteś w Slytherinie to się mnie pozbędziesz, grubo się mylisz. Możesz sobie mieć humorki, proszę bardzo, ale potrzebujesz kogoś, kto będzie po twojej stronie i na twoje szczęście lub nieszczęście będę to ja. Ehm, to tyle. Wracam do siebie, jestem taka głodna! Te befsztyki wyglądają tak apetycznie, a Liam zachwala także pudding, a teraz mam mniej czasu, żeby spróbować wszystkiego. Pa, Dante, do zobaczenia! 
Allie pobiegła szybko na swoje miejsce i wygląda, że mówiła poważnie z tym jedzeniem, bowiem zaczyna wpychać w siebie tony jedzenia, tak że kilka dziewczyn patrzy na nią z obrzydzeniem, a płeć przeciwna z podziwem.
Gdy w końcu każdy się najada tak, że nie może wcisnąć więcej, półmiski znikają i dyrektor znów przemawia.
 — Zanim rozejdziecie się do dormitoriów muszę poruszyć parę kwestii. Jak zawsze, wstęp do Zakazanego Lasu jest zabroniony, proszę o tym pamiętać. Pan Filch prosił też, aby wam przypomnieć, że między lekcjami, na przerwach, nie można używać czarów. Próby do Quidditcha rozpoczną się w drugim tygodniu semestru, zainteresowani zgłaszają się do pani Hooch. Z największą przyjemnością chciałbym również powitać w gronie nauczycieli profesora Kirka Heffernana, który obejmie posadę nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią. — około 30-letni przystojny mężczyzna z delikatnym zarostem i długimi czarnymi włosami powstaje i kiwa lekko głową. Rozlegają się gromkie oklaski. — Od razu chciałbym ogłosić, że profesor Heffernan będzie odpowiedzialny za Klub Pojedynków, który ruszy od października. Myślę, że to niezwykle ważne, by ćwiczyć praktyczne użycie czarów pod okiem wykwalifikowanego nauczyciela, a także szansa, aby móc zjednoczyć uczniów wszystkich domów, gdyż będą to zajęcia mieszane. Jedność jest konieczna w tych ciężkich czasach, które nastały równie mocno co umiejętności bronienia się. Tyle przynudzania, po tej uczcie na pewno marzycie tylko o tym, by pójść do łóżek. Dziękuje za uwagę i życzę dobrej nocy. Prefekci domów zaprowadzą pierwszorocznych do Pokoi Wspólnych.
 —Gryfoni do mnie! — krzyczy czarnowłosa dziewczyna, której towarzyszy brązowowłosy chłopak, oboje z plakietkami Prefekta.
Valkiria posłusznie kieruje się za nimi w towarzystwie reszty pierwszorocznych Gryfonów. Droga wydaje się nie mieć końca i dziewczynka jest pewna, że kolejnego dnia nie będzie pamiętać jak wrócić do Wielkiej Sali. Docierają w końcu przed portret grubej kobiety w różowej sukni.
 — To jest Gruba Dama, szczerze ona wejścia do naszego Pokoju Wspólnego. Obecnie hasło to: ‚bezoar’ — kontynuuje dziewczyna — Wejdźmy, aby nie torować ruchu.
Otworzyło się przejście i uczniowie posłusznie wchodzą do okrągłego, przytulnego pomieszczenia pomalowanego na czerwono.
 — Hasło zmienia się co jakiś czas i o nowym haśle poinformujemy was my, prefekci. —Ważne informacje znajdziecie na tablicy ogłoszeń. Chcesz coś dodać, Remusie?
 — Co? Nie. — Drugi z prefektów miesza się, gdyż wyraźnie myślami jest gdzie indziej. — Wszystko zostało powiedziane. Świetnie sobie poradziłaś, Leanne.
Dziewczyna przewraca oczami. Pokazuje na koniec, gdzie jest dormitorium dziewcząt, a gdzie chłopców.
Dormitorium dziewcząt zawiera cztery łóżkach z kolumienkami w rogach, między którymi wisiały aksamitne, ciemnoczerwone zasłony. Dwie dziewczyny, Rebecca i Olivia,które natychmiast po ceremonii nawiązały nić przyjaźni rzucają się, by zająć łóżka koło siebie, więc Valkirii nie pozostaje nic innego, jak zająć miejsce przy Diane. Tamte dwie pierwsze ani myślą, żeby iść spać i zaczynają plotkować o nauczycielach, szczególnie o nowym profesorze, i bynajmniej nie omawiają aspektów naukowych.
 — Phi. Żałosne. — Mówi Diane tak, by Rebecca i Olivia jej nie słyszały i kręci głową. Val słyszy, więc od tej chwili czarnowłosa dziewczynka zwraca się do niej. — Wygląd to nie wszystko, mam nadzieję, że gość zna się na rzeczy. Jestem ciekawa tego Klubu Pojedynków, chętnie skopałabym parę tyłków. Tak w ogóle jestem Diane, dla przyjaciół Dee. — wyciąga rękę i dodaje ledwo słyszalnie: — Nie żeby było ich wiele… 
 — Ja nazywam się Valkiria, bardzo mi miło —uśmiecha się delikatnie. — A, i możesz mówić mi Val — dodaje po chwili.
Val uznaje za niestosownie dopytywać o szczegóły z życia osoby, którą dopiero poznała. Sama niechętnie dzieli się nimi z innymi, więc w pełni rozumie pozycję Dee, jednocześnie czuje, że coś je łączy, gdyż ona także spędzając całe dnie w sklepie nie miała czasu poznawać kolegów i koleżanki. Czuła się wtedy samotna, lecz od przyjazdu tutaj ani razu nie ma tego wrażenia, czuje się, jakby znowu miała rodzinę.
— Nie wiem jak ty, ale ja totalnie padam z nóg. Dobranoc, Val. — Diane odpowiada i odwzajemnia uśmiech. Cieszy się, że jej nowa koleżanka nie zwróciła uwagi na ostatnie zdanie, czuje ulgę, gdyż nie chciała, by zrobiło się niezręcznie. Ma wrażenie, że nawiązała z Val nić porozumienia i dziewczynka wysłuchałaby jej bez oceniania, jednak na to przyjdzie jeszcze czas.
Pozostałe lokatorki kończą rozmawiać, więc wkrótce całe dormitorium dziewczyn pogrąża się we śnie.

Komentarze