W ostatni tydzień wakacji ulica Pokątna wręcz tętni życiem. Ludzi jest tak dużo, że przejście od jednego sklepu do drugiego rzadko odbywa się bez potrącenia po drodze paru osób. Szczególnie małe dzieci muszą uważać, by nie zgubić się w tym tłumie. Panuje radosna atmosfera, słychać wesołe przekomarzania się młodych czarodziei, którzy przybyli, aby skompletować wszystkie potrzebne im przedmioty do nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
Dla wielu ludzi, którzy pierwszy raz mają styczność z najsłynniejszą magiczną ulicą jest to doświadczenie fascynujące, dla części jednak jest przeżyciem przytłaczającym i przerażającym.
Niski, brązowowłosy chłopiec o fiołkowych oczach wychodzi ze sklepu z kociołkami i trzyma pod pachą teleskop. Za nim wychodzi wysoki mężczyzna z cynowym kociołkiem wypełnionym kupionymi już przedmiotami, takimi jak pergaminy, pióra, fiolki czy szata.
— Czy ta lista nie ma końca? — Odzywa się mężczyzna nie przerywając chodu i lawirując pomiędzy przechodzącymi ludźmi. — Mam wrażenie, że chodzimy po tych sklepach już dobre parę godzin. I te tłumy! Jak w tych warunkach można robić zakupy? Tyle zabawy z szukaniem tych wszystkich sklepów, a ja wieczorem mam ważne spotk...
Nie dokańcza zdania, gdyż wpada na niego mała dziewczynka. Kociołek upada z hukiem a jego zawartość wysypuje się, kilka fiołek pęka..
— Allie, na Merlina, dziecko, mówiłam patrz przed siebie jak idziesz! — Pulchna kobieta, która najwyraźniej była matką dziewczynki natychmiast podbiega i za pomocą różdżki zaczyna podnosić upuszczone przedmioty. — Bardzo pana przepraszam, przysięgam, to dziecko kiedyś wpędzi mnie do grobu, jak wcześniej nie zrobi tego troje pozostałych. To pierwszy raz kiedy jest tutaj, aby zrobić zakupy dla siebie, więc jest podekscytowana. Za tydzień zaczyna naukę w Hogwarcie. Naprawdę przepraszam, czy jest coś co mogę dla pana zrobić? Zwrócę panu fiolki, po doświadczeniu ze starszymi dziećmi zawsze kupuje kilka zapasowych. — Zaczyna grzebać w niewielkiej torebce, która zdecydowanie nie wygląda na taką, w której zmieściłby się komplet fiolek, a co dopiero dwa.
— E, w porządku, nic się nie stało.
— Naprawdę mi przykro. Czy ten uroczy młodzieniec obok to pański syn?
— Tak, to Dante, on także zacznie we wrześniu swój pierwszy rok.
— Och, Allie, słyszysz? Może będziecie w tym samym domu?
— Domu? — pyta zdezorientowany ojciec Dantego. — Myślałem, że lekcje odbywają się w jakimś zamku, nie w domu.
— Pan chyba niewiele wie o Hogwarcie. Och, to pan musi być mugolem! — Krzyczy kobieta odrobinę za głośno i parę osób odwraca w jej stronę głowę. — To wyjaśnia, dlaczego nie używa pan zaklęcia do noszenia tych wszystkich zakupów. To musi być dla pana szok, tyle nowych rzeczy, kompletnie nowy świat… Och, wiem! W ramach przeprosin zapraszam pana do Dziurawego Kotła, gdzie mogę panu opowiedzieć o magicznym świecie, a Allie pokaże pańskiemu synowi ulicę.
— No nie wiem… Spieszymy się trochę…
— Moja Allie świetnie zna ulicę, gdyż była tu wiele razy ze starszym rodzeństwem. Szybko uporają się z zakupami. Myślę, że Dante chętnie zwiedzi Pokatną z rówieśniczką. — Kuca, aby zrównać się poziomem z chłopcem. — Co ty na to kochaniutki?
Pierwszą rzeczą, jaką robi Dante, jest wyrażenie swojego niezadowolenia na to, jak nieznajoma nazwała go "uroczym", a do tego jeszcze kucnęła przy nim, jakby nie mogła rozmawiać z nim normalnie, tylko przez jego niski wzrost. Robi to w sposób, jak na niego, subtelny, wiedząc że wszelkie śmielsze próby skończyły by się tylko upomnieniem ze strony jego ojca. Patrzy się więc przenikliwym spojrzeniem w stronę kobiety, ściska trzymane w rękach przedmioty i rzuca cicho:
— Nie jestem aż tak niski, proszę pani.
Później dopiero zaczyna zastanawiać się, nad tym jak odpowiedzieć na jej propozycję. Z jednej strony bardzo, ale to bardzo nie chce on iść z małą dziewczynką, która jak na razie wydaje mu się kłopotliwa i zbyt podekscytowana. Z drugiej strony chłopak nie chce odmawiać, zmieszanemu całą sytuacją, ojcu należnego odpoczynku i szansy na otrzymanie wyjaśnień jak właściwie działa jeszcze tak niedawno nieznany im świat.
Rzuca więc pytające spojrzenie ojcu, przestępując nerwowo z nogi na nogę.
Mężczyzna widocznie bije się z myślami, lecz ostatecznie odpowiada:
— Myślę, że pani ma rację. Chyba ja nie będę zbytnio przydatny, i tak dziś moja rola ogranicza się głównie do bycia tragarzem. — Uśmiecha się wymuszenie. — Dante, proszę, bądź miły dla nowej koleżanki. Trzymaj pieniądze i daj mi zakupy, żebyś miał wolne ręce.
— Cudownie! — Mama Allie wstaje i zaciera ręce. — Allie, masz tu swoje drobne, nie wydawaj ich na głupoty. Spotkamy się pod Dziurawym Kotłem za dwie godziny, jasne?
— Dwie godziny? — zerka na matkę z wyrazem beznadziei na twarzy. — Przy tym tłumie?
— Niech będzie dwie i pół. Na więcej nie licz! Idźcie już, nie marnujcie czasu. Nie zamęcz kolegi, dobrze?— Pff, mamo, ja bym miała kogoś męczyć? W życiu! Przecież mnie znasz.
— I to bardzo dobrze — mówi kobieta pod nosem — Trzymaj się, Dante.
Rodzice obydwojga odchodzą i gdy już całkowicie znikają im z oczu, dziewczynka przyskakuje do Dantego i szybki potok słów wypływa z jej ust.
— Nie wierzę, że naprawdę się udało! Pokątna na własną rękę, ale czad! Mamy tyle możliwości, aż nie wiem od czego zacząć. Koniecznie musimy zajrzeć do sklepu z magicznymi gadżetami, Liam i Harriett ostatnio kupili tam takie świetne pióra, które jak będziesz nimi pisać zaczynają przekręcać słowa. O, albo klasyka gatunku - łajnobomby! Proste, lecz skuteczne. Hahaha, przypomniała mi się taka świetna historia, kiedy raz…
Dziewczynka po paru chwilach zauważa, że powinna chyba dać Dantemu możliwość wypowiedzenia się, uderza się otwartą dłonią w głowę i mówi.
— Głupia ja, gadam i gadam, a my nawet odpowiednio się nie poznaliśmy. Jestem Allie, Allison Graham. Moja mama jest Uzdrowicielką, ma ten swój nawyk pomagania każdemu, kto tylko podwinie się jej pod rękę. Tata jest redaktorem „Transmutacji współczesnej”, takiej nudnej gazety, przynajmniej ja nic z niej nie rozumiem. Mam troje starszego rodzeństwa i każde z nich jest lub było w innym domu, co jest mega zabawne, jeśli trafię do Slytherinu to będzie chyba najdziwniejsze rozdzielenie rodzeństwa do domów w historii. Ale tyle o mnie, powiedz coś o sobie. Czy oboje twoich rodziców jest mugolami? Czy wiesz, do którego domu chciałbyś trafić?
Chłopiec już w połowie monologu dziewczynki zaczyna żałować swojej decyzji. Męczenie ojca przechadzką po resztę zakupów na Pokątnej byłoby sto razy lepsze, niż słuchanie paplania tej dziewczyny przez następne dwie i pół godziny. Pozwala dokończyć jej monolog, ale nie rezygnuje z przewrócenia oczami.
— Dante Medeley — mówi, zerkając niechętnie na dziewczynę. — Tak mam na imię. Jestem jedynakiem.
Jej pytania go trochę zaskakują. Nie wie dokładnie, jak ma na nie odpowiedzieć. Z poprzedniej rozmowy jego ojca z pulchną kobietą już co nieco o domach udało mu się dowiedzieć. Słowo "mugol" dalej jednak jest mu obce.
— Mój tata jest prawnikiem — odpowiada więc. — Nie wiem, o co chodzi ci i twojej mamie z tym "mugolem". — Dodaje, nie chcąc wspominać swojej własnej matki. — Nie wiem, jakie są te domy, więc nie mam pojęcia, do jakiego chce należeć.
Pod koniec w jego głosie słychać jest już odrobinę frustracji. Dante nie lubi, gdy czegoś nie wie. Delikatnie przygryzając dolną wargę czeka na odpowiedź ekscentrycznej dziewczyny.
— Prawnik? — dziewczynka robi dziwną minę i przekręca głowę w bok, co powoduje, że jej dwa kucyki ciemnoblond włosów podskakują w zabawny sposób. — Śmieszne słowo, rymuje się z trawnik. — Uśmiecha się, pokazując przerwę między dwoma przednimi zębami. Szybko jednak jej wyraz twarzy się zmienia i z poważną miną tłumaczy chłopcu, kim jest mugol, bardzo rzeczowo i o dziwo bez zbędnych przedłużeń. Tak samo wspomina o domach, wymieniając główne cechy ich przedstawicieli.
— Tak więc to by było na tyle. Skoro dziś się dowiedziałeś, to już nie będę cię pytać o twój wybór. Chyba, że chcesz? — Allie nie czeka na odpowiedź, wnioskuje że chłopak nie chce, zważywszy na jego wcześniejszą reakcję.
— Dobra, pogaduszki pogaduszkami, a zakupy same się nie zrobią. Gdzie powinniśmy pójść?
Dante jest zadowolony z tego, że dziewczyna postanowiła w sposób zwięzły odpowiedzieć na zadane przez niego pytania. Przez chwilę zastanawia się, czy nie spróbować dowiedzieć się od niej czegoś więcej. W końcu jednak stwierdza, że te konwersacje wolałby odbyć z ojcem, no, i istnieje jeszcze możliwość, że zachęcona Allie zacznie znowu gadać jak najęta...
Chłopiec wie, że nie powinien spieszyć się z zakupami, bo tak czy inaczej będzie musiał przeczekać te dwie i pół godziny zanim znów spotka się z ojcem. Jakkolwiek jednak "kusząco" brzmi propozycja blondynki do pójścia do sklepu sprzedającego różne dziwne gadżety, to jednak Dante doskonale wie, że jego ojciec nie byłby zachwycony, gdyby brunet wydał pieniądze na jakieś głupoty.
— Mieliśmy z tatą iść do jakiejś księgarni — mówi więc, sięgając po schludnie złożoną listę zakupów, schowaną w kieszeni jego spodni. — Wiesz gdzie to jest? — pyta od niechcenia, spoglądając się na Allison.
— Oczywiście, już udało mi się kupić tam moje podręczniki. To niedaleko. Jak już tam będziemy to, koniecznie muszę pokazać kilka książek, które przykuły moją uwagę, gdy przeglądałam dział z nowościami. A mój brat Peter to już zdecydowanie oszaleje, gdy pokażę mu moją najnowszą część! Mogę ci pożyczyć pierwszą część jak chcesz, ale muszę cię uprzedzić, że tomów jest sporo, wychodzą co cztery miesiące i …
Dziewczynka zaczyna streszczać fabułę komiksu o “szalonym mugolu” i cytować ulubione kwestie głównego bohatera, lecz nie trwa to długo, gdyż dochodzą na miejsce i wchodzą do środka.
Wzdłuż ścian przestronnego pomieszczenia stoją półki rozciągające się od podłogi do sufitu. Liczba książek w pomieszczeniu jest oszałamiająca, tak jak różnorodność ich rozmiarów, rodzajów okładek czy tematyki.
Młodzi czarodzieje wchodzą głębiej i zauważają przy kasie sprzedawcę pogrążonego w rozmowie z mężczyzną o azjatyckiej urodzie.
— A czytał pan już może „Włochaty pysk, lecz dusza ludzka”? — Odzywa się ten drugi. — Jest to nowa książka, zdecydowanie pozycja obowiązkowa, choć przyznam szczerze, że moim zdaniem sposób w jaki autor ujmuje istotę problemu nie jest do końca…
Rozmowa trwa jeszcze chwilę, w tym czasie Dante z pomocą Allie wybiera książki z listy, kierują się do odległej półki po egzemplarz “Wprowadzenia do transmutacji dla początkujących” gdzie pomiędzy dwoma regałami zauważają chłopca siedzącego na podłodze z nosem w książce.
Allie podchodzi, kuca, żeby spojrzeć na okładkę książki i mówi:
— Transmutacja? Serio? Przecież jeszcze są wakacje! — Zza książki wyjawia się okularnik, który ewidentnie jest spokrewniony z mężczyzną przy kasie. — Widzę, po wyborze lektury, że też idziesz do Hogwartu w tym roku. Co za zbieg okoliczności! My z Dante też. — Przerywa by wskazać na Medeleya, jakby nowo poznany kolega nie domyślił się, że to jest Dante. — Dlaczego siedzisz tu sam? Czy to twój tata rozmawia ze sprzedawcą? Gadają bez przerwy już chyba z dobre piętnaście minut! — Odpowiada oburzona. — Musisz się kompletnie nudzić. Jak się nazywasz?
Chłopiec spogląda na dziewczynę z poirytowanym wzrokiem. „Czego ona chce ode mnie?”, myśli.
— To nie pierwszy raz, jak czytam tę książkę… I tak, to jest mój tata, załatwia coś — odpiera, wstaje i odkłada książkę, żeby tylko jak najszybciej zakończyć tą bezsensowną rozmowę.
Gdy okularnik podnosi się z podłogi, Dante lekko się krzywi a Allie wytrzeszcza oczy i zamiera, co w jej przypadku nie zdarza się zbyt często. Oboje muszą mocno zadzierać głowy, gdyż chłopak jest niesamowicie wysoki jak na swój wiek, co mocno kontrastuje z niewielkim wzrostem Allie i Dante. Dziewczyna w końcu otrząsa się i mówi:
— W porównaniu z nim jesteś chyba mało rozmowny, wielkoludzie. Chyba tak muszę się do ciebie zwracać, skoro mi nie powiedziałeś jak się nazywasz. — Allie wydaje się być obrażona, zerka na chłopaka jakby czekając, aż naprawi swój błąd. Nie widząc reakcji, wzdycha i kontynuuje wypowiedź. — Nie powinieneś tu siedzieć tak sam, tyle sklepów jest to odwiedzenia! Na przykład sklep ze zwierzętami. Nie chciałbyś mieć zwierzątka? Sowy, kota, nawet ropuchy? Szczególnie, że nie wygląda na to, żeby twój tata miał kończyć w najbliższej chwili. Pójdziesz ze mną i Dantem? Im więcej tym weselej! Co ty na to?
— No, chyba masz rację — odpowiada. — Nie byliśmy tam jeszcze z tatą... Chodźmy. — Chłopiec nie chce dać po sobie poznać, że pomysł ten nawet mu się spodobał. Od małego uwielbia zwierzęta, a zwłaszcza marzy o posiadaniu własnego.
Młodzi czarodzieje podchodzą do kasy, Dante płaci za książki, a Allie z nowo poznanym kolegą informują ojca chłopaka o tym, że wybierają się do sklepu z magicznymi stworzeniami. Mężczyzna kiwa głową i oznajmia, że będzie w tym sklepie cały czas i żeby to tu później wrócił jego syn.
Kierują się ku sklepowi, lecz po drodze ich uwagę przyciąga pewna dziewczynka. Jest widocznie spanikowana, idzie przyspieszonym krokiem i głosem na granicy płaczu woła:
— Andy! Andy! — Rozgląda się przy tym na wszystkie strony, wypatrując kogoś. — ANDREW! Na Merlina, czy tutaj musi być tyle ludzi? ANDY!!!
Trójka przyszłych uczniów Hogwartu patrzy na siebie z konsternacją.
— Chłopaki, myślę, że ta dziewczynka może potrzebować pomocy — mówi zmartwiona Allie. — Wygląda jakby się zaraz miała rozpłakać. Wiem, że mamy iść do magizoologicznego, a z Dantem mamy tylko określony czas na zakupy, ale boje się, że mogło się stać coś niedobrego. Co powinniśmy zrobić? Dante?
Dantemu nie bardzo podoba się pomysł dołączenia do ich grupy kolejnej nieznajomej mu osoby. Wystarczy mu już gaduła i irytująco wysoki chłopak, który zdawał się patrzeć na nich z góry tylko dlatego, że czytał jakąś nudną naukową książkę. Tak jakby literatura, którą lubi, świadczyła o jego inteligencji. Ponadto młody brunet nigdy nie palił się do bycia miłosiernym samarytaninem i nie zamierza tego zmieniać. Odwraca się więc do Allie, patrząc się na nią stanowczym wzrokiem.
— Zostawmy ją w spokoju — mówi, marszcząc nos. — Pomyśl, czemu akurat my mamy jej pomóc, Allie? — pyta i krzyżuje ręce. Daje dziewczynie chwilkę na zastanowienie się, jednak zanim zdąży ona otworzyć usta kontynuuje:
— Wokół jest pełno ludzi, dorosłych nawet. My jesteśmy tylko dziećmi. Próbując znaleźć tego... Andrew, czy jak mu tam, stracimy tylko czas, a nawet sami możemy się gdzieś zgubić. Chodźmy, to nie nasz problem. Gdy wypowiada ostatnie słowa, zaczyna już powoli iść w kierunku sklepu ze zwierzętami, starając się ignorować krzyki zrozpaczonej dziewczynki. Allison wygląda na rozczarowaną odpowiedzią Dante, ale stwierdza, że być może ma rację. Ostatni raz spogląda na dziewczynkę, a ta zauważa, że się na nią patrzą. Jej wzrok skupia się na najwyższym z dzieci i nagle, jakby na coś wpadła podbiega do nich pewnym krokiem. — Przepraszam, mogłabym zająć wam chwilkę? To bardzo ważne. Nie prosiłabym o to, gdybym nie była zdesperowana. Mój przyrodni brat, Andrew zniknął. Byliśmy z rodzicami w banku Gringotta, a gdy odebraliśmy już pieniądze z naszej skrytki, a rodzice byli zajęci rozmową ze spotkanymi znajomymi zauważyłam, jak się wykrada, razem ze swoją sakiewką pieniędzy. Pobiegłam za nim, ale zgubiłam go w tym tłumie. Nie chciałam nikogo angażować, bo stwierdziłam, że dam radę sama, ale nie dam. Jesteś wysoki. — Zwraca się do chłopaka. — Może ty go lepiej wypatrzysz. Ma krótkie brązowe włosy i nosi taką fioletową koszulkę z krótkim rękawkiem. Błagam! — Patrzy na Jin-suna błagalnie swoimi wielkimi niebieskimi oczyma. — Zgadzam się z Dantem. My nic nie zdziałamy i jeszcze śpieszy nam się. Musisz poprosić kogoś innego o pomoc, a najlepiej jakichś dorosłych — mówi, po czym odwraca się i podąża za Dantem. Odchodząc słyszą, że dziewczynka wyrzuca z siebie stek przekleństw. — Już trochę mniej mi jej szkoda… — mówi Allison. — A wygląda tak niewinnie. Jak laleczka! Ja porcelanowa skóra, kruczoczarne kręcone włosy, błękitne oczy. Ugh! Pozory mylą. Dziwię się, że jej nie uległeś, wielkoludzie. — zwraca się do nowego kolegi. — Tym wzrokiem pewnie omamiła już niejedną osobę. Chociaż, jakby to był któryś z moich braci to nie wiem, jakbym zareagowała… Liam nigdy by czegoś takiego nie odstawił, ale Pete… Gadulstwo Allie wzięło górę i zaczyna opowiadać o swoich starszych braciach. Chłopcy pozwalają jej iść przodem i prowadzić, sami zachowując odpowiednią odległość. Docierają do sklepu, którego szyld głosi Magiczna Menażeria i wchodzą do środka. Wewnątrz jest ciasno i duszno, pod ścianami piętrzą się aż do sufitu klatki. Były w nich przeróżne zwierzęta: żółwie, kruki, czy niezidentyfikowane kremowo-puszyste stworzonka. Jednak młodych czarodziei interesowały inne rodzaje zwierząt. W Hogwarcie dozwolone było posiadanie kota, albo sowy, albo ropuchy. Choć te ostatnie cieszyły się małą popularnością, to był ogromny wybór: ropucha czubata, ropucha zachodnia zielona czy ropucha paskówka. Kotów także było mnóstwo: pręgowane i syjamskie. Choć w sprzedaży sów prym wiodło Centrum Handlowe Eeylopa i w Menażerii można je było kupić: puchacza, płomykówkę, sowę śnieżną, włochatkę lub syczonia. Przy kasie stoi wysoka, rudowłosa dziewczynka. Mimo lata, nosi na sobie szalik w biało-czarną kratę. Widocznie zastanawia się nad tym, jakie zwierzątko kupić. Powoli zaczyna robić się za nią kolejka, więc sprzedawczyni pośpiesza ją. — I jak, złotko? Które zwierzątko kupujesz? — pyta z uprzejmym, lecz jednocześnie ponaglającym uśmiechem. Dziewczynka rumieni się nieśmiało, widząc jaką kolejkę spowodowała za sobą. Zmieszana szybko przeprasza mówiąc, że musi już iść i zaczyna zmierzać w kierunku wyjścia z lekko spuszczoną głowa i zakrywając się szalikiem. Robiąc to, dziewczynka ograniczyła sobie mocno pole widzenia. Nie zauważa Dantego, który kucnął, żeby przyglądnąć się rudemu kotowi siedzącemu w klatce. Rudowłosa potrąca go a ten, by zachować równowagę, łapie się klatki a przesuwając ją, wszystkie klatki stojące na niej spadają. Rozlega się ogromny huk, gdy klatki zderzają się z podłogą a ich lokatorzy, w tym przypadku koty, wyrażają mocno swoje niezadowolenie miaucząc. Dwa z nich wydostają się z klatki i zaczynają ganiać po sklepie. Sprzedawczyni patrzy na dziewczynkę i Dantego morderczym wzrokiem. — Przepraszam, drogich klientów, ale proszę o opuszczenie sklepu. Wróćcie za pół godziny. — Zwraca się do osób stojących w kolejce. — A wy dokąd się wybieracie??? — Wskazuje na sprawców zamieszania i Allie oraz drugiego chłopca, który zasłonili Dantego, by umożliwić mu ucieczkę. — Migiem do sprzątania! Wyrobicie się sprawnie to może nawet pozwolę wam dokończyć zakupy. Czwórka młodych czarodziei pokornie zaczyna pracę. Allie i Dantemu udaje się złapać koty i umieścić je w klatkach, które później okularnik uklada tak, jak były na początku. Zostaje już tylko zamieść ściółkę na podłodze. Valkiria podejmuje się tego zadania, a Allie, która przez ten czas była nadzwyczaj milcząca zaczyna przesłuchanie rudowłosej. — No więc, skoro już jesteśmy tutaj sami, pogrążeni razem w pracy, może warto się zapoznać. Ja jestem Allison Graham. W tym roku zaczynam Hogwart. Tych dwoje też, a zresztą sami zaraz się przedstawią. Teraz kolej na ciebie, jak się nazywasz? I czy jesteś tu sama? Nie widziałam nikogo dorosłego przy tobie. — Eee… Nazywam się...V-V-V-V-Valkiria — mówi cicho. — przyszłam sama. Idąc ulicą zauważyłam te małe stworzonka na wystawie przed wejściem do sklepu i musiałam wejść choć na chwilę… — Ale śliczne imię! — Mówi Allie. — A te zwierzątka są mega urocze, ile bym dała, żeby móc mieć jedno z nich… Niestety rodzice nie pozwolili mi mieć własnego, to jest nie fair! Jestem tu tylko dla towarzystwa i jako przewodniczka tych dwóch. — Wskazuje na chłopaków. — No dalej, wasza kolej na przedstawianie się. — Szczególnie skupia swój wzrok na Dantem.
Dante przygryza mocno swoją dolną wargę. Dalej odczuwa złość z powodu zaistniałej przed chwilą niezręcznej sytuacji. Mimo tego, że w głębi duszy wie, że był to prawdopodobnie nieszczęśliwy wypadek, to jego duma nie pozwala mu tak szybko tego zapomnieć i wybaczyć rudej dziewczynie. Jest upokorzony, zażenowany... i po prostu okropnie zły. Podchodzi powoli do Valkirii. Gdy już jest blisko niej staje na palcach, żeby dodać sobie choć parę dodatkowych centymetrów. Jego twarz jest skrzywiona w zimnej furii - ściągnięte brwi, napięte powieki, intensywne spojrzenie fiołkowych oczu…
— Wokół jest pełno ludzi, dorosłych nawet. My jesteśmy tylko dziećmi. Próbując znaleźć tego... Andrew, czy jak mu tam, stracimy tylko czas, a nawet sami możemy się gdzieś zgubić. Chodźmy, to nie nasz problem. Gdy wypowiada ostatnie słowa, zaczyna już powoli iść w kierunku sklepu ze zwierzętami, starając się ignorować krzyki zrozpaczonej dziewczynki. Allison wygląda na rozczarowaną odpowiedzią Dante, ale stwierdza, że być może ma rację. Ostatni raz spogląda na dziewczynkę, a ta zauważa, że się na nią patrzą. Jej wzrok skupia się na najwyższym z dzieci i nagle, jakby na coś wpadła podbiega do nich pewnym krokiem. — Przepraszam, mogłabym zająć wam chwilkę? To bardzo ważne. Nie prosiłabym o to, gdybym nie była zdesperowana. Mój przyrodni brat, Andrew zniknął. Byliśmy z rodzicami w banku Gringotta, a gdy odebraliśmy już pieniądze z naszej skrytki, a rodzice byli zajęci rozmową ze spotkanymi znajomymi zauważyłam, jak się wykrada, razem ze swoją sakiewką pieniędzy. Pobiegłam za nim, ale zgubiłam go w tym tłumie. Nie chciałam nikogo angażować, bo stwierdziłam, że dam radę sama, ale nie dam. Jesteś wysoki. — Zwraca się do chłopaka. — Może ty go lepiej wypatrzysz. Ma krótkie brązowe włosy i nosi taką fioletową koszulkę z krótkim rękawkiem. Błagam! — Patrzy na Jin-suna błagalnie swoimi wielkimi niebieskimi oczyma. — Zgadzam się z Dantem. My nic nie zdziałamy i jeszcze śpieszy nam się. Musisz poprosić kogoś innego o pomoc, a najlepiej jakichś dorosłych — mówi, po czym odwraca się i podąża za Dantem. Odchodząc słyszą, że dziewczynka wyrzuca z siebie stek przekleństw. — Już trochę mniej mi jej szkoda… — mówi Allison. — A wygląda tak niewinnie. Jak laleczka! Ja porcelanowa skóra, kruczoczarne kręcone włosy, błękitne oczy. Ugh! Pozory mylą. Dziwię się, że jej nie uległeś, wielkoludzie. — zwraca się do nowego kolegi. — Tym wzrokiem pewnie omamiła już niejedną osobę. Chociaż, jakby to był któryś z moich braci to nie wiem, jakbym zareagowała… Liam nigdy by czegoś takiego nie odstawił, ale Pete… Gadulstwo Allie wzięło górę i zaczyna opowiadać o swoich starszych braciach. Chłopcy pozwalają jej iść przodem i prowadzić, sami zachowując odpowiednią odległość. Docierają do sklepu, którego szyld głosi Magiczna Menażeria i wchodzą do środka. Wewnątrz jest ciasno i duszno, pod ścianami piętrzą się aż do sufitu klatki. Były w nich przeróżne zwierzęta: żółwie, kruki, czy niezidentyfikowane kremowo-puszyste stworzonka. Jednak młodych czarodziei interesowały inne rodzaje zwierząt. W Hogwarcie dozwolone było posiadanie kota, albo sowy, albo ropuchy. Choć te ostatnie cieszyły się małą popularnością, to był ogromny wybór: ropucha czubata, ropucha zachodnia zielona czy ropucha paskówka. Kotów także było mnóstwo: pręgowane i syjamskie. Choć w sprzedaży sów prym wiodło Centrum Handlowe Eeylopa i w Menażerii można je było kupić: puchacza, płomykówkę, sowę śnieżną, włochatkę lub syczonia. Przy kasie stoi wysoka, rudowłosa dziewczynka. Mimo lata, nosi na sobie szalik w biało-czarną kratę. Widocznie zastanawia się nad tym, jakie zwierzątko kupić. Powoli zaczyna robić się za nią kolejka, więc sprzedawczyni pośpiesza ją. — I jak, złotko? Które zwierzątko kupujesz? — pyta z uprzejmym, lecz jednocześnie ponaglającym uśmiechem. Dziewczynka rumieni się nieśmiało, widząc jaką kolejkę spowodowała za sobą. Zmieszana szybko przeprasza mówiąc, że musi już iść i zaczyna zmierzać w kierunku wyjścia z lekko spuszczoną głowa i zakrywając się szalikiem. Robiąc to, dziewczynka ograniczyła sobie mocno pole widzenia. Nie zauważa Dantego, który kucnął, żeby przyglądnąć się rudemu kotowi siedzącemu w klatce. Rudowłosa potrąca go a ten, by zachować równowagę, łapie się klatki a przesuwając ją, wszystkie klatki stojące na niej spadają. Rozlega się ogromny huk, gdy klatki zderzają się z podłogą a ich lokatorzy, w tym przypadku koty, wyrażają mocno swoje niezadowolenie miaucząc. Dwa z nich wydostają się z klatki i zaczynają ganiać po sklepie. Sprzedawczyni patrzy na dziewczynkę i Dantego morderczym wzrokiem. — Przepraszam, drogich klientów, ale proszę o opuszczenie sklepu. Wróćcie za pół godziny. — Zwraca się do osób stojących w kolejce. — A wy dokąd się wybieracie??? — Wskazuje na sprawców zamieszania i Allie oraz drugiego chłopca, który zasłonili Dantego, by umożliwić mu ucieczkę. — Migiem do sprzątania! Wyrobicie się sprawnie to może nawet pozwolę wam dokończyć zakupy. Czwórka młodych czarodziei pokornie zaczyna pracę. Allie i Dantemu udaje się złapać koty i umieścić je w klatkach, które później okularnik uklada tak, jak były na początku. Zostaje już tylko zamieść ściółkę na podłodze. Valkiria podejmuje się tego zadania, a Allie, która przez ten czas była nadzwyczaj milcząca zaczyna przesłuchanie rudowłosej. — No więc, skoro już jesteśmy tutaj sami, pogrążeni razem w pracy, może warto się zapoznać. Ja jestem Allison Graham. W tym roku zaczynam Hogwart. Tych dwoje też, a zresztą sami zaraz się przedstawią. Teraz kolej na ciebie, jak się nazywasz? I czy jesteś tu sama? Nie widziałam nikogo dorosłego przy tobie. — Eee… Nazywam się...V-V-V-V-Valkiria — mówi cicho. — przyszłam sama. Idąc ulicą zauważyłam te małe stworzonka na wystawie przed wejściem do sklepu i musiałam wejść choć na chwilę… — Ale śliczne imię! — Mówi Allie. — A te zwierzątka są mega urocze, ile bym dała, żeby móc mieć jedno z nich… Niestety rodzice nie pozwolili mi mieć własnego, to jest nie fair! Jestem tu tylko dla towarzystwa i jako przewodniczka tych dwóch. — Wskazuje na chłopaków. — No dalej, wasza kolej na przedstawianie się. — Szczególnie skupia swój wzrok na Dantem.
Dante przygryza mocno swoją dolną wargę. Dalej odczuwa złość z powodu zaistniałej przed chwilą niezręcznej sytuacji. Mimo tego, że w głębi duszy wie, że był to prawdopodobnie nieszczęśliwy wypadek, to jego duma nie pozwala mu tak szybko tego zapomnieć i wybaczyć rudej dziewczynie. Jest upokorzony, zażenowany... i po prostu okropnie zły. Podchodzi powoli do Valkirii. Gdy już jest blisko niej staje na palcach, żeby dodać sobie choć parę dodatkowych centymetrów. Jego twarz jest skrzywiona w zimnej furii - ściągnięte brwi, napięte powieki, intensywne spojrzenie fiołkowych oczu…
— Dante Medeley — cedzi przez zęby.
Ściska swoją rękę w pięść tak mocno, że wbija paznokcie we wnętrze dłoni.
— Lepiej uważaj... Valkirio — prycha i ze znudzonym spojrzeniem wraca do oglądania kotów znajdujących się w klatkach. Być może jedno z tych futrzanych stworzeń zdoła ukoić jego nerwy...
— Lepiej uważaj... Valkirio — prycha i ze znudzonym spojrzeniem wraca do oglądania kotów znajdujących się w klatkach. Być może jedno z tych futrzanych stworzeń zdoła ukoić jego nerwy...
— Dante! — Allie zwraca się do niego z wyrzutem. — Przepraszam, Val, nie wiem co w niego wstąpiło. Gdy go poznałam wydawał się milszy. — Ostatnie zdanie dokańcza szeptem, tak, żeby tylko Valkiria ją słyszała. — Wielkoludzie, nie zawiedź mnie i przedstaw się grzecznie. — Uśmiecha się zachęcająco do drugiego chłopca, lecz w tym uśmiechu czai się niewypowiedziana groźba. Chłopak wzdycha a po chwili mówi:
— A ja nazywam Lee Jin-sun. Ale mówcie do mnie po prostu po imieniu, gdyż wielu czarodziei jest zawsze na początku zmieszanych i nie mają pojęcia jak się do mnie zwracać. Także po prostu Jin-sun albo krócej Jin. Jak już wolicie — dodaje i delikatnie się uśmiecha.
— Super, i to nazywa się ładne przywitanie! — Allie z dumą spogląda na Jina. — Teraz skoro już wszyscy znamy swoje imiona, możemy zostać przyjaciółmi! Czworo przyjaciół, niczym założyciele Hogwartu! Chociaż nie, to by znaczyło, że bylibyśmy w oddzielnych domach… A tego bym nie chciała. Możemy przeżyć tyle przygód razem, zobaczycie! Nie mogę się doczekać!!!
Pozostała trójka jest trochę oszołomiona tą propozycją niezwykłej przyjaźni, a ekscytację blondwłosej dziewczynki przerywa sprzedawczyni, która z pobłażaniem przyglądała się tej całej sytuacji.
— Widzę, że skończyliście, więc wybierajcie swoje zwierzątka albo zmykać, bo i tak wystarczająco dużo klientów mi spłoszyliście.
Dante z wielką satysfakcją na twarzy kupuje rudego kota, Jin-sun wybiera praktyczną płomykówkę a Val uroczą, białą myszkę, którą wypatrzyła z wystawy sklepowej.
— Okej, a teraz to, na co czekałam od samego początku, czyli różdżki! Chodźmy do Olivandera! Ty też, Val! Skoro przyszłaś tu sama to równie dobrze możesz pójść z nami. — Stwierdza Allie, gdy Valkiria po zakupie kierowała się do wyjścia.
Ruszają w stronę sklepu Ollivandera. Tuż nad wejściem do sklepu wisi złotoliterowy napis. Sklep jest mały, pełno w nim regałów z różdżkami, które trzymane są w pudełeczkach. Całe to miejsce pokrywa cienka warstwa kurzu. W rogu stoi krzesło, a pośrodku sklepiku - biurko sprzedawcy.
Pan Ollivander, staruszek o wielkich oczach stoi przed nim, jakby gotowy na przybycie młodych czarodziei.
— Dzień dobry. — Bardziej lub mniej entuzjastycznie, dzieci witają sprzedawcę.
— Dzień dobry. Cześć, Allison, w końcu przybyłaś po własną różdżkę? Ach, tak… Sprzedałem dużo różdżek dla członków twojej rodziny. Jak trzyma się różdżka Petera?
— Chyba dobrze, ale to też dlatego, że tata zagroził, że jak zniszczy trzecią to „nową będzie musiał sam wykonać, bo on nie dołoży do niej ani knuta”
— O tak, twój ojciec jest nieugiętym człowiekiem. Cedr, 12 ¾ cala, bardzo sztywna. Ale dość o tym, czas wybrać różdżkę dla ciebie. Mam już idealną propozycje…
Mężczyzna podaje dziewczynce różdżkę, a z jej końca wydobywa się delikatny blask
— Tak jak myślałem… Buk, 11 cali, włos z ogona jednorożca, odpowiednio giętka. Niech ci dobrze służy. Teraz kolej na któreś z twoich przyjaciół, może zaczniemy od dziewczynki. Jak masz na imię?
Valkiria przedstawia się i staruszek zaczyna przetrząsywać sklep w poszukiwaniu odpowiedniej różdżki, podczas gdy magiczna taśma miernicza mierzy dziewczynkę. Trzy pierwsze okazują się niewypałem, lecz z czwartej zaczynają sypać się iskry.
— Ach tak… Oczywiste! Bardzo piękna różdżka, hebanowa 12 cali, włókno ze smoczego serca, elastyczna.
Podobnie procedura przebiega z Jin-sunem, choć różdżka wybiera go dopiero za piątym razem. Sosna, 11 i ½ cala z rdzeniem z włosa z ogona jednorożca i dość sztywna i „idealnie nadająca się do magii niewerbalnej”.
Dante odrobinę się peszy, gdy zostaje zapytany o to, która dłoń „ma moc”. Przygląda się obu, jakby to miało być napisane na którejś z nich. W końcu podaje tę, z którą czuł się odrobinę pewniej, czyli prawą. Dopasowana została mu giętka głogowa różdżka, 10 i ¾ calowa, z włóknem ze smoczego serca.
— Bądź ostrożny z tą różdżką, chłopcze. Nie jest najłatwiejsza w obyciu, lecz myślę, że powinieneś dać jej radę — ostrzega Ollivander.
Dzieci płacą i wychodzą ze sklepu. Czas, który mieli Dante i Allie na zakupy powoli dobiega końca, więc czwórka czarodziei rozmawia jeszcze parę chwil (czytaj: Allie prowadzi monolog, a reszta odpowiada półsłówkami) a następnie decydują się rozdzielić. Ekscytujący dzień na Pokątnej dobiega końca.
DOBRY BLOG!!!! 10/10 CUDNY ROZDZIAŁ
OdpowiedzUsuń